wtorek, 8 stycznia 2013

The Social Network

Powinnam lubić ten film, bo lubię filmy z historią, takie, za którymi kryje się opowieść, co to wzruszy i poruszy, potrząśnie moim światem albo chociaż nim zachwieje. Wcale nie chodzi mi o efekty, wysublimowanie, warsztat techniczny i artystyczny. O zdjęcia, muzykę, aktorstwo czy nawet scenariusz. Dla mnie - filmowego laika, domorosłego krytyka znad klawiatury - wszystko to jest w istocie sprawą drugorzędną. Ja chcę poczuć historię. Po prawie 2 latach od obejrzenia "The Social Network" pamiętam z niego niewiele. Pamiętam, że nic ze mną nie zrobił. I że muzyka chyba była niezła. I że chyba było dwóch wioślarzy.

Ale po ponad dwóch latach od założenia Facebooka, może wyciągnęłabym z filmowej opowieści o jego założycielu więcej. Chociaż i tak nie zmieniłoby to we mnie pewnie przekonania, że Facebooka nie lubię. Takie słowa wychodzące spod palców osoby, dla której jest to jedna z pierwszych stron włączanych po uruchomieniu Internetu, trącą fałszem okropnym i graniczącym ze schizofrenią. Ale tak jest. Wiem, że Facebook jest mi zwyczajnie potrzebny do wygodniejszej obsługi rzeczywistości pozawirtualnej. Nie, nie chodzi o te wszystkie mniej lub bardziej dziwne aplikacje, które wykraczają poza moje zdolności przybicia piątki ze światem techniki. Codzienna komunikacja bez fejsa byłaby po prostu trudniejsza, chociaż życie bez Internetu w ogóle pamiętam doskonale.

Ale fejsbukowa rzeczywistość mnie mierzi. Zwłaszcza zjawisko, którego istotę wprost idealnie oddaje dla mnie określenie "fejsbukowy ekshibicjonizm". Używam go z upodobaniem, wymawiam z namaszczeniem, dopieszczam intonacją, wzmacniam gestykulacją. Dla mnie to coś rodem z kozetki u psychoanalityka lub pamiętnika skrzętnie zamykanego na klucz w szufladzie. Publiczne życie prywatne rozgrywające się przed oczami mniej lub bardziej przypadkowych znajomych, a jak dobrze pójdzie, tzn. źle pójdzie zamykanie profilu - także przed oczami ludzi kompletnie obcych, którzy są zapraszani na audiencję z intymności.

Owszem, wpisy na Facebooku, nawet te osobiste, bywają ciekawe, inteligentne, błyskotliwe. Gdy komentują celnie, z dystansem, poczuciem humoru i ironią, zawierają refleksje, nie są biciem piany a elementem kreowania wizerunku, budowania sieci fanów czy znajomych  - naprawdę je szanuję. Tyle że często aż krzyczą jałowością, infantylizmem, umysłowym wstecznictwem, pustką intelektualną i emocjonalną. Jakby w szale Internetu ludzie zapominali, że to, co napisze się tutaj, ma znaczenie daleko większe niż zwykła gadka-szmatka. Nie wiem dlatego, czy bardziej się ludzkiej ignorancji czy parcia na szkło boję, czy bardziej mnie to dziwi. W czasach, gdy coraz więcej mówi się o stalkingu, a memy szerzą się jak Internet długi i szeroki, paradoksalnie odnoszę wrażenie, że instynkt samozachowawczy zaniknął. Zamknięci we wszechpotężnej sieci, stłoczeni na swoich fragmencikach przestrzeni, żyjemy niby bardziej indywidualistycznie, samowystarczalnie i anonimowo, a tak naprawdę każdy ma nas i naszych bliskich na kilka kliknięć myszki. Własnymi rękami odzierając się na Facebooku do gołych gości, tylko oliwimy tę gigantyczną maszynę.

W świecie, w którym najważniejszy jest status na fejsie, wszystko widać jak w krzywym zwierciadle. A ja lubię patrzeć prosto. Jasne, że okiem idioty, z czającą się z tyłu głowy piosenką "Ona tańczy dla mnie" i obrazem Chytrej Baby z Radomia, ale z resztkami dobrej woli, która każe mi bić na alarm w zalewie wydarzeń medialnych w rodzaju komentarza o eutanazji Jurka Owsiaka czy uzasadnienia wyroku sędziego Igora Tulei i jawnego lenistwa intelektualnego, które upycha do "11" Roku FIFA "10" z Barcelony i Realu + Radamela Falcao czy robi z Dortmundu stolicę Polski na uchodźstwie.

Przepraszam, że nie mam takiej wyobraźni, by zawsze widzieć mercedesa, gdy patrzę na rozklekotany rower. Czasami jest po prostu tak cholernie trudno kłaść się i wstawać ze swoim ograniczeniem, na które recepty żadna apteka nie wyda. Sieciowa też nie.