Wciąż, mimo upływu lat, to jeden z moich ulubionych filmów. Dzisiaj zafunkcjonowałby już w innym kontekście. Niemal dekadę temu, w erze panowania "Big Brothera" i poglądackiej mody, był majstersztykiem. Przypowieścią ukrytą pod komediowym płaszczykiem, 13-posterunkową wesołkowatością Cezarego Pazury, przerysowaną blond naiwnością Joanny Pierzak i prymitywną nagością spod prysznica. Tak to widziałam i tak to widzę do dziś. Chociaż jest to dostrzeganie szczerości, która wystawia na próbę polskość.
Wszystkie wrażenia wyniesione z filmu "Show" wracają po obejrzeniu filmiku na youtubie pt. "Gr@żyna" (więcej o tym tutaj). Widziałam go w sobotę, gdy miał 300 kilka wyświetleń, dzisiaj ma ponad 728 tysięcy. To oddaje skalę siły Internetu i fermentu, jaki wywołał obraz kulisów powstawania eksperymentalnego projektu Grzegorza Cholewy i Bartłomieja Szkopa. Ups, może nie powinnam tego pisać. Może lepiej byłoby najpierw skomentować wcześniejsze filmiki umieszczone na profilu Grażyny Żarko i odnieść się do jej "katolickiego głosu w Internecie", który w dwa miesiące stał się hitem. Tak dużym, że kontrowersyjny projekt trzeba było przerwać. Rady i poglądy 56-letniej nauczycielki, która chciała przywrócić w polskiej sieci kulturę, normalność i patriotyczne tradycje, zrodziły zbyt potężny ruch oburzonych. Wirtualni pluwacze i hejterzy, bohaterowie klawiatury i przedstawiciele pokolenia mającego tworzyć tolerancyjną Polskę, zaczęli być niebezpieczeństwem jak najbardziej realnym. W wiązankach wulgaryzmów i obelg grozili Grażynie Żarko śmiercią. Wróć, grozili Annie Lisak, aktorce - amatorce wcielającej się w fikcyjną, wymyśloną na potrzeby projektu postać.
Zrównana z błotem przez youtuberów, obśmiana przez innych wideoblogerów puszysta kobieta w okularach, z eksponowanymi w filmikach zbliżeniami rzadkich włosów i krzywych zębów jest po sobotniej publikacji bohaterką. Grażyna Żarko stała się wyrzutem sumienia. Wcześniej tylko stawała ością w gardle razem ze swoimi radykalnymi, moherowymi poglądami. Ale teraz nikomu nie chce się już wkładać palca do buzi, by sprowokować na jej widok wymioty. Anna Lisak w nagrodę za oscarową zdaniem wielu rolę ma zostać wysłana na wymarzone wakacje. Tak, żeby skończyło się dobrze. Bo "my Slowanie, my lubim sielanki".
Czy tym razem rzeczywiście coś zrozumiemy? Czy tylko poszpanujemy w komentarzach swoją przenikliwością, względnie: nawet przeprosimy, by po chwili wyśmiewać się z gabarytów promowanych na salonach Grycanek?
Społeczny i medialny lincz Kuby Wojewódzkiego i Michała Figurskiego po żartach z Ukrainek link zauważono z miejsca. Grażyna Żarko (nomen omen skomentowana też przez Wojewódzkiego) przez dwa miesiące funkcjonowała w Internecie jako wdzięczny temat do drwin. Bo to przecież ani EURO 2012 nie zagrażało, ani w ustach znanych osób w tradycyjnym medium się nie znalazło, ani polskich wielkich nie dotyczyło.
Miałkość Internetu spod znaku biało-czerwonej flagi w takich sytuacjach boli bardziej. Chamstwo internautów, z których większość stanowią młodzi ludzie, już chyba tylko przeraża. Gdy faktem stanie się wprowadzenie opłat za te ekskluzywne i unikalne (czyli w wielu przypadkach: wyższych lotów) treści w Internecie, może być gorzej. Szansa przeczytania choćby kilku linijek analitycznego, wartościowego tekstu zmaleje, bo w polskiej sieci się nie płaci. Z zasady. Tak jak nie płaci się za anonimowe obrażanie innych.
poniedziałek, 23 lipca 2012
wtorek, 3 lipca 2012
Zakręcony piątek
Coś naiwnego i infantylnego na weekendową posiadówkę nastoletnich psiapsiółek. Zbuntowanych przeciw rodzicom i przeżywających problemy z chłopakami. Które doskonale wiedzą, jak się obecnie układa Lindsay Lohan i nie mają pojęcia, czym są prawdziwe kłopoty.
Trąci stereotypem aż huczy, brzęczy i łupie w krzyżu? Ale naprawdę czasami są to obrazy tak prawdziwe...
Kiedy w polskim pociągu wracasz z Warszawy z ćwierćfinału EURO 2012 klik, to widzisz wszystko z całym dobrodziejstwem inwentarza, chociaż Dworzec Centralny wygląda jak marzenie i ksenofobi nie biegają po ulicach z siekierami. Pociąg zmierza do Gdyni. Doskonały wybór w dniu, w którym ćwierćfinałowe szaleństwo przenosi się do Gdańska, porywając ze sobą przede wszystkim Niemców i Greków. Wieża Babel przestaje być biblijnym wspomnieniem.
Już są koszulki, peruki i pomalowane twarze. Śpiew "Polska, Polska" dopada i tutaj. EUROpociąg gorący nie tylko od futbolowych emocji, ale też rozgrzany pokonanymi od Lublina kilometrami.
W przedziale też międzynarodowo. Drzwi raz po raz otwierają kolejni młodzi Grecy. Zaglądają do znajomych, posiedzą, pogadają i wychodzą. Liczę ich. W sumie ośmioro. Przy pierwszej wizycie konduktora okazuje się, że mają bilet dziesięcioosobowy.
Trąci stereotypem aż huczy, brzęczy i łupie w krzyżu? Ale naprawdę czasami są to obrazy tak prawdziwe...
Kiedy w polskim pociągu wracasz z Warszawy z ćwierćfinału EURO 2012 klik, to widzisz wszystko z całym dobrodziejstwem inwentarza, chociaż Dworzec Centralny wygląda jak marzenie i ksenofobi nie biegają po ulicach z siekierami. Pociąg zmierza do Gdyni. Doskonały wybór w dniu, w którym ćwierćfinałowe szaleństwo przenosi się do Gdańska, porywając ze sobą przede wszystkim Niemców i Greków. Wieża Babel przestaje być biblijnym wspomnieniem.
Już są koszulki, peruki i pomalowane twarze. Śpiew "Polska, Polska" dopada i tutaj. EUROpociąg gorący nie tylko od futbolowych emocji, ale też rozgrzany pokonanymi od Lublina kilometrami.
W przedziale też międzynarodowo. Drzwi raz po raz otwierają kolejni młodzi Grecy. Zaglądają do znajomych, posiedzą, pogadają i wychodzą. Liczę ich. W sumie ośmioro. Przy pierwszej wizycie konduktora okazuje się, że mają bilet dziesięcioosobowy.
– How much are you going? – chce wiedzieć jeden z tych greckich współpasażerów.
Czuję zresztą, że cały czas patrzy z zaciekawieniem. Głupio mi pod tym spojrzeniem. Trzy godziny nie robią na nim specjalnego wrażenia, w odróżnieniu od dziesięciu, które łącznie spędzi w tym pociągu siedzący pod oknem inny Polak.
– Do you
have playing cards? – zapytuje po pewnym czasie inny Grek.
Południowcom nudzi się w polskim pociągu. Z oferowanego piwa nie korzystają, bo i samozwańczy handlarz jakoś macha na nasz przedział ręką. Za głośno im, więc zamykają okno. No tak, oni się nie poduszą, bo przyzwyczajeni do skwaru, ale ja za siebie nie ręczę.
Uprzejmi. Ten od długości podróży chce rozmienić 100 zł zdesperowanemu Polakowi. Ale tylko 70 ma w portfelu.
Druga wizyta konduktora to scenka rodzajowa żywcem wyjęta z dowcipów i stereotypów. Grecy wiedzą, że będzie sprawdzanie biletów. Szybko, w pół słowa dogadują się w sprawie swojego na dziesięć osób. Gorzej idzie z paszportem. Konduktor mówi coraz głośniej, a Grek coraz bardziej nie rozumie. Pomagamy, jak możemy, gdy trzeba datę urodzenia znaleźć. Honoru Polki poliglockiej bronimy.
Konduktor macha jednak na to tylko ręką. Musi wysiąść i pociąg zmienić. Kolejna stacja.
Na następnej czeka koniec mojej podróży. Grecy dziękują za życzenia i szybko rozkładają się na zwolnionych miejscach. Z innych przedziałów słychać kibicowskie śpiewy. Na korytarzu trwają telefoniczne rozmowy.
To będzie naprawdę zwariowany piątek. Ćwierćfinał z sześcioma golami. Więcej w jednym meczu na EURO 2012 nie padło i nie padnie.
(To chyba na tyle wspominek - i tak dużo było. Moje własne podsumowanie, które nijak nie dorasta do przyjętej w tym względzie nomenklatury. Ale naprawdę nie chciałam wybierać swojej jedenastki mistrzostw i pisać, jakim filmem jest każdy z Hiszpanów. Czy coś podobnego.)
(To chyba na tyle wspominek - i tak dużo było. Moje własne podsumowanie, które nijak nie dorasta do przyjętej w tym względzie nomenklatury. Ale naprawdę nie chciałam wybierać swojej jedenastki mistrzostw i pisać, jakim filmem jest każdy z Hiszpanów. Czy coś podobnego.)
poniedziałek, 2 lipca 2012
Marzyciel
Kolejny przykład znakomitych zdolności translatorskich. Do przełknięcia bardziej niż wirujący seks, który wyrósł z całkiem niewinnie brzmiącego nieprzyzwoitego tańca. Chociaż, w końcu Johny Depp może budzić różne emocje, zwłaszcza, gdy swoimi poczynaniami znacznie oddala się od Jamesa Barriego. Chodzącej niewinności gładko ogolonej twarzy marzyciela. I to wcale nie dlatego, że na horyzoncie znajduje się dla mnie zwyczajnie świetna Kate Winslet.
Też miałam marzenie. Obiecałam sobie, że jeśli Polska i Ukraina dostaną zadanie organizacji EURO 2012, to przynajmniej jeden mecz obejrzę na żywo. Ja, nieopierzony wówczas podlotek, z nutką romantycznej natury i wiarą w sukces.
Pamiętam 18 kwietnia 2007 roku. Dzień wyboru polsko-ukraińskiej kandydatury, który tak zupełnie realnie stał się początkiem. Jakkolwiek śmiesznie to nie zabrzmi, od tamtego czasu zaczęłam zbierać pieniądze na bilet i wyjazd. Wakacyjna praca, urodziny, imieniny, święta - cieszyła się z takich okazji moja finansowa skarpeta. Ograniczenie spod znaku $$$ szybko przestało być problemem.
Wierzyłam, że się uda. Że zdążymy. Może przestawałam traktować EURO 2012 z takim entuzjazmem, jak na początku. Może mój chłodny ogląd sytuacji coraz częściej przysłaniał optymizm. Może rozumiałam braki i widziałam niedociągnięcia.
Ale nic nie mogło zepsuć mi radości i nadziei, kiedy 30 kwietnia 2011 roku zobaczyłam w swojej skrzynce mailowej temat wiadomości: "Twój wniosek na UEFA EURO 2012 został wylosowany". Ćwierćfinał 1A - 2B. Stadion Narodowy. 21 czerwca 2012 roku. Yes, yes, yes!
To dlatego tak bolała porażka z Czechami. Bo to mógł być nie tylko mój, ale całej Polski mecz. Wcześniej obiecałam nawet samej sobie, że kupię wszystkie gadżety, by utonąć w biało-czerwonym świecie i kibicowskim szaleństwie. A że pływam po warszawsku, to deklaracja była to nie byle jaka. Infantylizm porwał jednak do tańca piłkoszał, zrywając tym samym z całym pragmatyzmem. Tak chciałam odchudzić ten cholerny portfel. A tu tylko, dosłownie i w przenośni, Cesky Sen.
Marzenie, które nie wyśniło się do końca, miało trwać i bez polskich piłkarzy na płycie Stadionu Narodowego. Więcej o tym tutaj. A to jeszcze nie koniec wyprawy na mecz EURO 2012...
Mecz, który nie zmienił historii i był prawdopodobnie najmniej atrakcyjnym ćwierćfinałem polsko-ukraińskiego turnieju. Mecz jeden z 31 na tych mistrzostwach. I ja też tak zwyczajnie wyrwana z tłumu, który cokolwiek obejrzał na żywo. Ale, cholera, jak dobrze było być jego częścią!
Też miałam marzenie. Obiecałam sobie, że jeśli Polska i Ukraina dostaną zadanie organizacji EURO 2012, to przynajmniej jeden mecz obejrzę na żywo. Ja, nieopierzony wówczas podlotek, z nutką romantycznej natury i wiarą w sukces.
Pamiętam 18 kwietnia 2007 roku. Dzień wyboru polsko-ukraińskiej kandydatury, który tak zupełnie realnie stał się początkiem. Jakkolwiek śmiesznie to nie zabrzmi, od tamtego czasu zaczęłam zbierać pieniądze na bilet i wyjazd. Wakacyjna praca, urodziny, imieniny, święta - cieszyła się z takich okazji moja finansowa skarpeta. Ograniczenie spod znaku $$$ szybko przestało być problemem.
Wierzyłam, że się uda. Że zdążymy. Może przestawałam traktować EURO 2012 z takim entuzjazmem, jak na początku. Może mój chłodny ogląd sytuacji coraz częściej przysłaniał optymizm. Może rozumiałam braki i widziałam niedociągnięcia.
Ale nic nie mogło zepsuć mi radości i nadziei, kiedy 30 kwietnia 2011 roku zobaczyłam w swojej skrzynce mailowej temat wiadomości: "Twój wniosek na UEFA EURO 2012 został wylosowany". Ćwierćfinał 1A - 2B. Stadion Narodowy. 21 czerwca 2012 roku. Yes, yes, yes!
To dlatego tak bolała porażka z Czechami. Bo to mógł być nie tylko mój, ale całej Polski mecz. Wcześniej obiecałam nawet samej sobie, że kupię wszystkie gadżety, by utonąć w biało-czerwonym świecie i kibicowskim szaleństwie. A że pływam po warszawsku, to deklaracja była to nie byle jaka. Infantylizm porwał jednak do tańca piłkoszał, zrywając tym samym z całym pragmatyzmem. Tak chciałam odchudzić ten cholerny portfel. A tu tylko, dosłownie i w przenośni, Cesky Sen.
Marzenie, które nie wyśniło się do końca, miało trwać i bez polskich piłkarzy na płycie Stadionu Narodowego. Więcej o tym tutaj. A to jeszcze nie koniec wyprawy na mecz EURO 2012...
Mecz, który nie zmienił historii i był prawdopodobnie najmniej atrakcyjnym ćwierćfinałem polsko-ukraińskiego turnieju. Mecz jeden z 31 na tych mistrzostwach. I ja też tak zwyczajnie wyrwana z tłumu, który cokolwiek obejrzał na żywo. Ale, cholera, jak dobrze było być jego częścią!
Subskrybuj:
Posty (Atom)