poniedziałek, 19 grudnia 2011

Pora umierać

Nieziemska rola Danuty Szaflarskiej. Jedna, drobna, posunięta już w latach kobieta zrobiła cały film. Który wygląda zresztą prawie jak dokument czy nawet reportaż. Tylko, jak zawsze w polskim kinie, dźwięk nagrywali chyba w jakimś rowie oceanicznym. Cicho i niewyraźnie.

 A tu przed świętami głośno wcale nie o świątecznych zakupach, promocjach, wędlinach bez mięsa, cukrze bez słodyczy, Mikołaju bez sań czy nawet karpiu bez wody. Gdy jedna śmierć nie zdąży jeszcze wybrzmieć marszem żałobnym, pojawia się wieść o kolejnej. W grudniu można się więc poczuć trochę jak w listopadzie. Względnie jak w kwietniu, pod warunkiem, że umrze Papież Polak lub zdarzy się katastrofa smoleńska.

Bo trup nakręca niesamowicie. Można pisać setki artykułów. Zrobić dziesiątki wywiadów. Nakręcić kilka filmów wspomnieniowych. I napisać ze dwa dobre reportaże. I w publicystycznych programach wcale już nie trzeba gadać o wystąpieniu ministra Sikorskiego w Niemczech ani unii fiskalnej, którą zgotował nam premier Tusk na szczycie w Brukseli. Nawet krzyż, co go chciał zdejmować z sali posiedzeń Sejmu prezes Palikot gdzieś się rozpłynął. I utarczki pisowsko - solidarne jakby nagle ustały. Czy to oznacza, że wszystkie te sprawy przestają być ważne? Nie. Po prostu pojawiają się nowsze i ciekawsze. A jeśli trup nie wyłazi z niewłaściwej szafy, to jest tematem wdzięcznym i dla większości wygodnym. A jak się dobrze ułoży, będzie się ścielił gęsto i różnorodnie, to środowisk można do komentowania zaangażować, że ho ho. Muzyk powspomina Cesarię Evorę, polityk poubolewa nad śmiercią Vaclava Havla, a politolo-socjolog wypowie się w sprawie Kim Dzong Ila.

Fajnie, zgrabnie i powabnie. My w Polsce tak lubimy: Wszystko nie o nas - z nami. Na zdrowie. Tak, że nikomu nawet news o trupie (co z tego, że - jakby na to nie patrzeć - obcym) ością w gardle nie stanie.

Ale jakby tak jeszcze jakaś polska ploteczka gdzieś się w tle pojawiła - mimo wszystko wyglądałoby lepiej.

niedziela, 4 grudnia 2011

Testosteron

Jestem kobietą. Może nie do końca wyglądam. Ale myślę po babsku. I nie rozumiem tego filmu. Dystans do siebie i swojej płci mam jaki-taki. A podczas oglądania uśmiechnęłam się tu może z raz. Tak trochę. To w sumie ciut dziwne, bo powinnam czuć takie posiadówkowe klimaty... Tylko że samo rzucanie mięsem i seksualna jazda bez trzymanki to dla mnie za mało, żeby ubawić się po pachy.

Co niektórzy w ciągu kilku ostatnich dni po pachy to się co najwyżej urobili.

Najpierw słów kilka, a jakże, o siatkarzach :P. Bardzo się cieszę z ich awansu na Igrzyska Olimpijskie w Londynie. I to z awansu pewnego już po dwóch setach przedostatniego meczu. I to awansu wcale nie z tak w tym sezonie ukochanego trzeciego miejsca, a z drugiego.
Jeżeli jednak mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale po tym, jak kończy, to nasi siatkarze jakoś tak słabo tym testosteronem epatują. Wolałabym, żeby wyszarpali wczoraj te dwa sety Brazylijczykom z gardła, po grze na przewagi, w stylu zaczerpniętym ze spotkania z Włochami. Wolałabym walkę o życie zamiast dwuipółsetowego pogromu i kanarkowego odrodzenia. Nie chcę wierzyć w antywłoskie układy. Najchętniej nie wierzyłabym w żadne. Wolałabym mieć pewność co do pełnego profesjonalizmu. Mentalnej siły zamiast wątpienia. Głodu zwycięstwa wypierającego zdziwienie czy lęk przed niespodziewaną szansą na wielki sukces.
Dlatego ta moja wczorajsza radość z awansu miała smak rozczarowania. Pewnie dzisiejsze pyrrusowe zwycięstwo po tie-breaku nad grającymi od czwartego seta rezerwami Rosjanami nie byłoby nawet połowicznym zadośćuczynieniem, ale dałoby jakąś gwarancję, że potrafimy wycisnąć swoje okazje jak cytrynę. Może nie zawsze, ale jednak się zdarza. Tymczasem znów przyszła, jakby na to nie patrzeć, frajerska porażka.
Chcę myśleć, że wygrana w Pucharze Świata za bardzo zagotowałaby wszystkim serca i głowy, więc mamy sukces, ale z niedosytem. Świetny wynik, ale z irańsko-brazylijsko-rosyjską rysą. I tak pewnie teraz wielu zacznie snuć wizje o potędze polskiej siatkówki i złocie olimpijskim za rok. I to złocie bez warunków co do składu naszego a dyspozycji przeciwników. Dobrze, że zaraz wracają ligi i czasu na pochwalne festyny nie będzie dużo. W tej radości bowiem życzyłabym sobie, żeby dostrzegano, że trzy medale polskiej reprezentacji z tego roku są jednak sukcesem ponad stan. I żadna to polaczkowatość, żadne malkontenctwo. Bo ilu zawodników, którzy bez utraty poziomu zastąpiliby tych grających w Japonii, zostało w kraju? Z kogo jeszcze będzie mógł skorzystać Anastasi za rok? Jak duże w stosunku do innych drużyn mamy rezerwy? Te sportowe, i te mentalne. I trochę się boję następnego sezonu. Presji, oczekiwań, pozycji faworyta, parcia na sukces. Żądzy rewanżu innych. Bo teraz było tak dobrze. Czy powtórka jest w ogóle możliwa?

Piątkowe losowanie grup Euro 2012 pokazuje wprawdzie, że niemożliwe nie istnieje, ale jest to na razie stanowisko grudniowe. Zobaczymy, co przyniesie czerwiec. 2 grudnia przecierałam jednak oczy z niedowierzania, gdy raz za razem dolosowywano nam rywali z grupy marzeń, tworząc na dodatek dość sprzyjający układ spotkań. Trzeba zupełnie trzeźwo przyznać, że lepiej być po prostu nie mogło. Właśnie tacy mieli być nasi wyśnieni rywale. A tonujące nastroje komentarze świadczą tylko o tym, że jesteśmy piłkarsko drużyną słabą, według rankingu zwyczajnie najsłabszą w tym turnieju. I pewni nie możemy być niczego. Ale awans z tej grupy wydaje się możliwy.
W spragnionej futbolowego sukcesu Polsce oznacza to presję. Jeśli nasi piłkarze dojdą do ćwierćfinału, choćby na kolanach, to nawet mniejsze niż się spodziewano wpływy promocyjno-marketingowe zaczną mieć znaczenie drugorzędne. W przypadku braku dobrego sportowego wyniku, będziemy zerkać na Ukraińców zazdrosnym okiem. Dużym jak pięciozłotówka.

A to całe męskie towarzystwo uzupełnili wczoraj czterej panowie z programu The Voice of Satan. W finale programu usłyszymy więc tylko śpiewanie spod znaku testosteronu. 

PS Teatralna kartka z kalendarza. Dzisiaj, 4 grudnia 2011 roku zmarł w Warszawie Adam Hanuszkiewicz. Aktor i reżyser. Miał 87 lat.