Zastanawiam się nad fenomenem tego filmu. Ujmujący, wzruszający, zabawny i tak dziwnie prosty zarówno w wymowie, jak i w fabule. Obejrzałam, spodziewając się wszechogarniającego zachwytu, zdębienia i zbierania szczęki z podłogi. Nie jestem jakąś szczególną fanką ani znawczynią francuskiego kina, ale zawsze kojarzyłam je z przyjemnym powiewem świeżości w chwilach hollywoodzkiego skwaru. Owszem, obraz ten miło owiewa duszę strudzoną amerykanizacją, ale, jeju, żeby od razu widzieć w nim zjawisko na miarę trzeciego miejsca rankingu filmwebu? Doceniam film, ale nie do końca rozumiem tak wysokie noty. Chyba jednak trochę zadziałał tu efekt śnieżnej kuli, wpychając ludzi do kin i przed ekrany komputerów.
Philippe i Driss byli nietykalni. Podobne, zdaje się, przeświadczenie nosił w sercu Jan Rokita. Medialna i polityczna burza wokół spodziewanego bankructwa byłego polityka Platformy Obywatelskiej szaleje w najlepsze. I na dodatek przemieszcza się w głąb partyjnej rzeczywistości naszego kraju. Apele o zbieranie pieniędzy na pomoc ciemiężonemu przez system Rokicie trącą dziwnym kabaretem. Jest sądownie potwierdzona wina, musi być kara - czy ta prosta zasada musi być specjalnie interpretowana, gdy dotyczy ludzi "zasłużonych dla Polski"? Dyskusje o tym, czy wyrok jest słuszny, nie powinny być moim zdaniem przedmiotem politycznych analiz wygłaszanych na sejmowych korytarzach czy za pośrednictwem Twittera. Nie czas teraz na to.
Sama uważam, że decyzja sądu jest dość dziwna, a wypłynięcie sprawy właśnie teraz zastanawiające, ale, do diaska, czym Rokita zasłużył na specjalne traktowanie? Dlaczego żale polityka mają być ważniejsze od codziennych zmagań z podobnymi problemami innych obywateli Polski? Dlaczego media interesują się karą 350 tys. zł, które zapłacić ma człowiek mogący sobie pozwolić na życie we Włoszech, a finansowe łapy czyhające na majątki zwykłych Polaków spychane są, w najlepszym razie, do programów interwencyjnych, w których trzeba głośno płakać i biednie wyglądać w blasku świeczek (bo prąd odcięty)? Rokita, owszem, jest zapewne medialnie atrakcyjny, a sam temat nośny, ale o co tak naprawdę kruszyć tu kopie? Czego niedoszły premier z Krakowa oczekuje? Co, poza oglądalnością, klikalnością i słuchalnością chcą na tym ambarasie ugrać media? Sprawa jest przecież patowa, a dyskusje jałowe. Bardziej jałowe od ostatnich politycznych podrygów, które mają chyba z założenia wywołać wojnę, a wyglądają jak pójście na barykady z procą w dłoni.
Do podobnej pustki można się co prawda przyzwyczaić, ale boli mnie takie medialne nakręcanie totalnie abstrakcyjnego tematu. Rokita boi się, że komornik zabierze mu komputer i księgozbiór. Spodziewa się własnej ruiny. Abstrahując od "nikczemności" Konrada Kornatowskiego, by do takiej sytuacji nie dopuścić, byłemu posłowi PO wystarczyło jedynie w odpowiednim czasie rozpocząć budowę politycznego kapitału, który sięgałby dalej niż komisja śledcza i brylowanie w sondażach. Czyżby startował z tym przedsięwzięciem właśnie teraz, z takim opóźnieniem? Ciekawie by było na pewno. W sumie to już jest. Dawny polityczny gwiazdor w końcu nie co dzień wygląda swojego finansowego bankructwa. Na dodatek, mając za wroga nie tylko przeciwników, ale też przyjaciół z czasów świetności. Jan Rokita myślał, że jest nietykalny? Wygląda na to, że ktoś poszedł dalej i sprawdza teraz, czy jest nieśmiertelny. Medialnie, a może i politycznie. Dla mnie może wracać, ale, na Boga, niech robi to w lepszym stylu!