czwartek, 10 października 2013

Jesteś Bogiem

Film, który rok temu rozpalał do czerwoności, a teraz wydaje się tak, nomen omen, bosko zapomniany. Sam w sobie nie zrobił rewolucji, tylko stał się kolejnym pęcherzem chwilowej mody. Ostatecznie nawet nie trzeba go było przekłuwać, bo po prostu zagoił się naturalnie. Z perspektywy roku wydaje się, że największym sukcesem obrazu Leszka Dawida i najlepszym wkładem w polską kinematografię jest danie szansy młodym, zdolnym aktorom. Ci mają na koncie już kolejne udane filmy, udowadniając, że istnieje życie po "Jesteś Bogiem".

Od kilku dni swoje pięć minut przeżywa natomiast materiał Filipa Chajzera klik poświęcony blogerom i youtuberom wypowiadającym się o modzie podczas Warsaw Fashion Weekend. Spojlerując, okazuje się, że Hans Kloss, Karel Gott, Sven Hannavald, a nawet Schleswig-Holstein projektują ubrania. Przynajmniej według przepytywanych przez Chajzera ludzi. Zawrzało. Bo syn króla pewnego proszku do prania obśmiał środowisko blogerówi i vloegerów modowych. Po raz kolejny zerwał z poprawnością polityczną, wyciągnął ciężkie działa przeciwko ignorancji i naiwności, a także, jakby na to nie patrzeć, przeciwko samym mediom. Jedni uśmiali się do łez, inni oburzyli. Jako że ja należę do tej pierwszej grupy, przedstawię argumenty drugiej (a co?), podążając za tym tekstem.

1. Brak rozpoznawalnych blogerów i vlogerów

Rozumiem, że fajniej byłoby się pośmiać z Kasi Tusk niż jakichś anonimowych ludzi, ale tak naprawdę powszechnie znanych blogerów i vlogerów modowych nie ma znów tak wielu. Optymistycznie przy tym zakładam, że nie daliby się tak wkręcić, a nawet jeśli tak, stoją za nimi zbyt potężne i ważne firmy, by wyrazić zgodę na emisję ewentualnej wpadki. Takie życie. Zresztą, materiał Chajzera pokazuje według mnie po prostu pewien przykry mechanizm, który podbija nasze media, a w szczególności internet. Ludziom wydaje się bowiem, że w sieci Bogiem można zostać w pięć sekund. Wystarczy blog lub vlog i z miejsca jesteś w danej dziedzinie znawcą, bohaterem i autorytetem. Guzik prawda tymczasem. Chajzer nie oczekiwał, że zapytani zaczną sypać wzorami chemicznymi jak z rękawa i opowiadać treść "Ulissesa". Mieli mówić o projektantach mody. Umieli - owszem - aż za dobrze. Zachowując wszelkie proporcje, od lekarza oczekuje się, że będzie znał choroby i ich objawy, a od kierowcy, że potrafi jeździć samochodem.

2. Brak nazwisk blogerów i nazw blogów

Można uznać, że materiał ma charakter sondy telewizyjnej. W sondzie podpisy raczej się nie pojawiają. Poza tym, uważam, że tu nie chodzi o to, by szukać potwierdzenia, lecz by zrozumieć, że ludzie godzą się wypowiadać przed kamerą z miną eksperta i uciekają się do kłamstw, by tej pozycji nie podważyć. To smutne, niezależnie od tego, czy mówią o modzie, czy oceniają sąsiada z naprzeciwka. (Swoją drogą, gdyby te nazwy blogów się pojawiły, to nie wiem, czy serwery by nie padły od liczy wizyt.)

3. Wypowiada się dziewczyna z obsługi

Zbrodnia! Przecież ludzie z obsługi danego wydarzenia nie muszą znać programu. W ogóle nie muszą wiedzieć, gdzie są i czym się zajmują. Ale jak idziesz do kwiaciarni i prosisz o różę, to nie chcesz dostać tulipana. Jak zgłaszasz się do punktu informacyjnego na dworcu, to oczekujesz, że podadzą ci godzinę odjazdu pociągu. Ja tak przynajmniej mam.

4. Uogólnienie

To normalne zjawisko. Psychologicznie uzasadnione. Tak jest skonstruowany nasz mózg. By żyło się lepiej. To boli, razi i mierzi, ale tak jest. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Nie ma się co oburzać na ludzką naturę. Ale trzeba rozumieć, że ten materiał nie dotyczy wszystkich, tak samo, jak trzeba zdawać sobie sprawę, że nie każdy Polak to pijak i złodziej.

5. Impreza biletowana

I co z tego? Czy ktoś tych ludzi wołami ciągnął przed kamerę i kazał odpowiadać na pytania Chajzera? Mogli tam nawet sprzątać, ale skoro zgodzili się wypowiedzieć, to ich sprawa i ich problem.

6. Można nie wiedzieć, kim był Kohl

Owszem. Można nie wiedzieć, że był kanclerzem Niemiec. Można by było nawet nie wiedzieć, gdyby był projektantem mody. Ale wystarczyło powiedzieć, że się nie wie albo nie kojarzy kogoś takiego. Czasem mniej znaczy więcej. A ci ludzie, nie chcąc wyjść na niekompetentnych, woleli iść w zaparte, a na niekompetentnych wyszli i tak.

7. To (wykształcone) media ich wylansowały

Jasne, wińmy garbatego, że ma proste dzieci. Poza tym, stosując retorykę obrońców blogerów i vlogerów, jak tak można uogólniać? Bo na pewno nie wszystkie media...

8. Sprytny montaż, wycięte ujęcia

Ludzie, tak się robi telewizję! Tak się robi media! Selekcja informacji jest sprawą naturalną, a, jakby na to nie patrzeć, manipulacja (nie twierdzę, że zawsze zamierzona) to chleb powszedni tej branży. Redaguje się wywiady prasowe, przycina dźwięki w radiu, składa wypowiedzi dla telewizji. Montuje się filmy i seriale oraz wiele programów. Ba, książki się tłumaczy. Każda taka obróbka jest w jakimś sensie manipulacją, interpretacją, dokonaniem wyboru. Nie da się pokazać wszystkiego. Przecież Chajzer nie powiedział, że wszyscy zapytani dali się nabrać. Pokazał po prostu tych, których wkręcił, zresztą, w sposób do bólu niewyszukany.

Taki sprytny montaż stosują chociażby twórcy "Matura to bzdura.TV". Ich celem jest pokazanie, że ludzie nie znają odpowiedzi na proste pytania. Tak, jak celem Chajzera, było pokazanie, że ci, co uznają się za znawców mody, nie do końca mają o niej pojęcie. To się nazywa konwencja. Owszem, są to materiały z tezą. Proponuję jednak filozoficznie rozważyć ideę obiektywizmu w ogóle i wtedy ciskać gromy.


Przyznam szczerze, że obrona ze strony środowiska blogowo-vlogowego trochę mnie bawi. Jak Maff nie poradziła sobie w programie Kuby Wojewódzkiego, a teraz jest lektorką w serialu, w którym jedna dziewczyna zostaje twarzą rajstop, a druga bardzo lubi jabłka, aż takiego wsparcia od kolegów z branży nie było. Daleka jestem co prawda od namawiania do kalania własnego gniazda (lojalność naprawdę cenię), ale trochę dystansu jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Bogowie internetu też są ludźmi. A niektórzy, chociaż bezimienni w materiale Chajzera, stali się dzięki niemu gwiazdami daleko przekraczającymi granice sieci.




czwartek, 13 czerwca 2013

Nietykalni

Zastanawiam się nad fenomenem tego filmu. Ujmujący, wzruszający, zabawny i tak dziwnie prosty zarówno w wymowie, jak i w fabule. Obejrzałam, spodziewając się wszechogarniającego zachwytu, zdębienia i zbierania szczęki z podłogi. Nie jestem jakąś szczególną fanką ani znawczynią francuskiego kina, ale zawsze kojarzyłam je z przyjemnym powiewem świeżości w chwilach hollywoodzkiego skwaru. Owszem, obraz ten miło owiewa duszę strudzoną amerykanizacją, ale, jeju, żeby od razu widzieć w nim zjawisko na miarę trzeciego miejsca rankingu filmwebu? Doceniam film, ale nie do końca rozumiem tak wysokie noty. Chyba jednak trochę zadziałał tu efekt śnieżnej kuli, wpychając ludzi do kin i przed ekrany komputerów.

Philippe i Driss byli nietykalni. Podobne, zdaje się, przeświadczenie nosił w sercu Jan Rokita. Medialna i polityczna burza wokół spodziewanego bankructwa byłego polityka Platformy Obywatelskiej szaleje w najlepsze. I na dodatek przemieszcza się w głąb partyjnej rzeczywistości naszego kraju. Apele o zbieranie pieniędzy na pomoc ciemiężonemu przez system Rokicie trącą dziwnym kabaretem. Jest sądownie potwierdzona wina, musi być kara - czy ta prosta zasada musi być specjalnie interpretowana, gdy dotyczy ludzi "zasłużonych dla Polski"? Dyskusje o tym, czy wyrok jest słuszny, nie powinny być moim zdaniem przedmiotem politycznych analiz wygłaszanych na sejmowych korytarzach czy za pośrednictwem Twittera. Nie czas teraz na to.

Sama uważam, że decyzja sądu jest dość dziwna, a wypłynięcie sprawy właśnie teraz zastanawiające, ale, do diaska, czym Rokita zasłużył na specjalne traktowanie? Dlaczego żale polityka mają być ważniejsze od codziennych zmagań z podobnymi problemami innych obywateli Polski? Dlaczego media interesują się karą 350 tys. zł, które zapłacić ma człowiek mogący sobie pozwolić na życie we Włoszech, a finansowe łapy czyhające na majątki zwykłych Polaków spychane są, w najlepszym razie, do programów interwencyjnych, w których trzeba głośno płakać i biednie wyglądać w blasku świeczek (bo prąd odcięty)? Rokita, owszem, jest zapewne medialnie atrakcyjny, a sam temat nośny, ale o co tak naprawdę kruszyć tu kopie? Czego niedoszły premier z Krakowa oczekuje? Co, poza oglądalnością, klikalnością i słuchalnością chcą na tym ambarasie ugrać media? Sprawa jest przecież patowa, a dyskusje jałowe. Bardziej jałowe od ostatnich politycznych podrygów, które mają chyba z założenia wywołać wojnę, a wyglądają jak pójście na barykady z procą w dłoni.

Do podobnej pustki można się co prawda przyzwyczaić, ale boli mnie takie medialne nakręcanie totalnie abstrakcyjnego tematu. Rokita boi się, że komornik zabierze mu komputer i księgozbiór. Spodziewa się własnej ruiny. Abstrahując od "nikczemności" Konrada Kornatowskiego, by do takiej sytuacji nie dopuścić, byłemu posłowi PO wystarczyło jedynie w odpowiednim czasie rozpocząć budowę politycznego kapitału, który sięgałby dalej niż komisja śledcza i brylowanie w sondażach. Czyżby startował z tym przedsięwzięciem właśnie teraz, z takim opóźnieniem? Ciekawie by było na pewno. W sumie to już jest. Dawny polityczny gwiazdor w końcu nie co dzień wygląda swojego finansowego bankructwa. Na dodatek, mając za wroga nie tylko przeciwników, ale też przyjaciół z czasów świetności. Jan Rokita myślał, że jest nietykalny? Wygląda na to, że ktoś poszedł dalej i sprawdza teraz, czy jest nieśmiertelny. Medialnie, a może i politycznie. Dla mnie może wracać, ale, na Boga, niech robi to w lepszym stylu!

poniedziałek, 18 marca 2013

Każdy chce być Włochem

Taki głupi film, który zalega u mnie na komputerze. Ostał się po porządkach, które zwolnić miały choć trochę niezbędnego miejsca na dysku. Jakaś romantyczna komedyjka, w której to podobno warto Włochem być i basta. Na pewno obejrzę w chwili smutku i życiowego przytłoczenia. O to w sumie wcale nietrudno, ale na razie radzę sobie sama, do spółki z Internetem.

Bo mnie informacji dostarcza właśnie Internet. Pozbawiona telewizora i nieprzyzwyczajona do przeglądów prasy, do oporu grzebię w sieci. I to w sieci śledziłam zarówno "Watykan Show", jak i jego peryferia. I, z całym szacunkiem, te drugie były zdecydowanie ciekawsze.

O, taki monolog Abelarda Gizy z kabaretu Limo. Zmasowanym atakiem przedziwnej cenzury usuwany z Internetu (ale wciąż do znalezienia!). Zbyt dosłowny i zbyt obrazoburczy. Może zbyt kabaretowy? Bo gdy w przededniu konklawe w Telewizji Polskiej, w piątek o godz. 23, w programie od lat 16, którego sama nazwa wskazuje na ograniczenia odbioru ("Tylko dla dorosłych"), kabareciarz wskazuje na ludzki obraz papieża, to przejść nad tym do porządku dziennego nie można. I basta! Tymczasem sprowadzony do puszczania przez głowę Kościoła bąków stand-up Abelarda Gizy jest po prostu artystycznym komentarzem wygłoszonym w postawie stojącej, bez nabożnej czci, którą krytycy chcieliby tu widzieć. Bo o katolicyzmie mówić w Polsce można tylko wielkimi literami i tylko ze śmiertelną powagą. Dziwne, bo nawet Jan Paweł II potrafił być tak po ludzku zabawny. Łatwo i przyjemnie było się śmiać, gdy mówił o kremówkach jedzonych po maturze. Tymi właśnie otwartością i bezpretensjonalnością, a nie teologią, kupował tłumy i przyciągał młodzież. Z pobrzmiewającą w tle inkwizycją chcą ten radosny obraz zniszczyć politycy, którzy tak lubią się identyfikować z papieżem - Polakiem.

Niestety, najgorsze, że pod zarzutami o obrzydliwość i naruszanie zapisów Ustawy o radiofonii i telewizji ugina się TVP. Gdy wreszcie wypuściła program, o którym mówi się więcej niż "porażka" i "szmira", niby broni, po czym nie śmie się nie ukorzyć przed świętym oburzeniem Parlamentarnego Zespołu ds. Przeciwdziałania Ateizacji Polski. Ja, katoliczka, żadnych przeprosin nie oczekiwałam. Oczekiwałam za to i oczekuję nowoczesnej telewizji publicznej, która nie będzie poprawna, ugrzeczniona i zdominowana przez siły polityczne. Nawet dziecko w przedszkolu wie, że jeśli coś jest letnie, to jest nijakie, a często po prostu byle jakie. A wtedy trudno liczyć na jakikolwiek sukces. A gdy ten trafia się jak ślepej kurze ziarno, zostaje z miejsca ustawiony w kolejce do posypania popiołem. Popiołem ze spalonym kart do głosowania podczas konklawe.

A w przededniu inauguracji pontyfikatu papieża Franciszka, święte oburzenie w mediach. Kto nie skomentował felietonu Pawła Reszki, ten nie śmie nazywać się dziennikarzem newsowym (ale tym w formie elektronicznej)! Przyznaję, autor tekstu ma u mnie dużego plusa za książki "Daleko od Wawelu" i "Daleko od miłości" napisane wespół z Michałem Majewskim (polecam, połyka się jak najlepsze kryminały!). Ale racji w swojej prześmiewczej relacji z konklawe made by telewizyjna stacja newsowa, też ma dużo. Tak, wciąż podtrzymuję, że nie mam telewizora i "Watykan Show" znam z sieci. I wystarcza mi to w zupełności. Aż nadto mi niby-informacji, które serwowała, a w które ja namiętnie klikałam (mea culpa!). Rozumiem, że w takich sytuacjach prochu nikt nie wymyśli, ale nie po to wysyła się do Rzymu najlepszych dziennikarzy, żeby ci opalali się w cieniu uroczej włoskiej knajpki, zajadając makaron, pizzę i lody. Bo faktycznie istotne informacje i tak zdobywają inni. Bo sylwetkę nowego papieża machnie się w Warszawie na podstawie doniesień Reutersa (w najlepszym przypadku). Bo kulisy konklawe poda się za "La Stampą". Bo o komentarz poprosi się polskiego biskupa. Bo stanie się w stand-upie (który tym razem w założeniach nie ma nic wspólnego z kabaretem) na tle Bazyliki św. Piotra. Czy w takim przypadku naprawdę może dziwić, że dziennikarz, który na pracy w zawodzie zjadł zęby, ma czelność skrytykować miałkość pracy kolegów ze szklanego pudełka?

Może rzeczywiście w takich sytuacjach lepiej być Włochem. Bo to i wyluzowany człowiek, i nie marznie niepotrzebnie, i dystansu do siebie i świata wkoło ma jakby więcej. I jak gratulacje wyśle nie do tego kardynała, co trzeba, i to tak jakoś wybrnie. Z honorem. Z humorem może też. 

PS W ferworze walki (z wiatrakami) zapomniałam o "mistrzowskim" komentarzu Ewy Wójciak, dyrektor poznańskiego Teatru Ósmego Dnia. Skoro wybrali chuja, to wybrali. Tylko co jak co, ale chociaż ascetyzm nowego papieża w Poznaniu się powinien podobać.

poniedziałek, 4 marca 2013

Życie jest piękne

Cudowny w każdym celu Roberto Benigni. Czarujący włoskim temperamentem (którego fanką na co dzień nie jestem) w najlepszym wydaniu i w każdej sytuacji. Rezygnujący z mitu wojennego męczeństwa spod znaku zbolałej miny i patosu. Stworzył film poruszający, chociaż dla części Polaków trudny do przyjęcia, może nawet nieco uwłaczający podręcznikom do historii, które znamy. Mimo tych rys, ja uważam go za... zwyczajnie piękny.

Ot, taki pretekst dla klimatu, który powstał po Mistrzostwach Świata w Narciarstwie Klasycznym w Val Di Fiemme. Nie mogłam uwierzyć, że życie może być takie. Że takie rzeczy mają szansę się zdarzać. Że można w ogóle śmieć o nich myśleć. Czwartkowy konkurs skoków oglądałam z sentymentu i dla sprawdzenia możliwości mojego świeżo naprawionego komputera (przetrzymał!). Bez przesadnej spiny i nadziei na sukces. Uważałam, że Predazzo 10 lat temu przyniosło już polskiemu sportowi chwile tak magiczne, że na więcej liczyć po prostu nie wypadało. A jednak. Znów serce stawało w gardle, a oczy na koniec zaczęły się dziwnie pocić. Kamil Stoch został mistrzem świata i z miejsca okrzyknięto go bohaterem narodowym, co jest w Polsce typowe, gdy któryś z naszych sportowców osiąga sukces tego kalibru. Sama radość zaś, jak zwykle, przerodziła się w dziesiątki wywiadów i setki spekulacji. Bo Stoch wygrał w najpiękniejszy możliwy sposób i w najgorszych okolicznościach, jakie tylko jestem sobie w stanie wyobrazić.

Po pierwsze, Kamil został mistrzem świata na skoczni, na której dekadę temu triumfował Adam Małysz, co samo w sobie jest wystarczająco przytłaczające. Po drugie jednak, wygrał dokładnie w 10. rocznicę zwycięstwa Adama na normalnej skoczni w Predazzo, co oznaczało wówczas skompletowanie fenomenalnego dubletu. Po trzecie, Stoch wygrał po tym, jak we Włoszech pojawił się Małysz. Po czwarte, wygrał 5 dni po tym, jak stracił szansę na medal na normalnej skoczni po nieudanym skoku w drugiej serii. I tak, z 2. miejsca spadł na 8., prowokując gorącą dyskusję o słabej głowie, nieumiejętności radzenia sobie z presją i stracie wielkiej, życiowej szansy. Po piąte, wygrał, gdy na mistrzostwach wiodło się całej polskiej reprezentacji słabo. Przyzwyczajeni do medali, rozpieszczeni zimowymi sukcesami, czekaliśmy na worek krążków, a nadzieje rozwiewały się wraz z kolejnymi startami Justyny Kowalczyk i niepowodzeniem Stocha właśnie. Po szóste, Kamil wygrał na rok przed igrzyskami olimpijskimi, co z miejsca rodzi wiadome oczekiwania. Po siódme, wygrał w sezonie, który zaczął się dla wszystkich polskich skoczków totalną klapą, a on sam nie zwyciężył wcześniej w żadnym konkursie. Po ósme, do mistrzostwa dochodził powoli, do czołówki wspinał się krok po kroku, ciężką pracą, uporem i wyrzeczeniami. W jego karierze nie było szarży na miarę tej Małyszowej z przełomu wieków. Było za to stopniowe zdobywanie terenu. Po dziewiąte, wygrał, zmagając się tak właściwie od początku pojawienia się w kadrze z ikoną Orła z Wisły. Tłumaczył, że nie będzie i nie chce być drugim Małyszem. Teraz mówi, że takie porównania to dla niego komplement.

Myślę, że scenariusz filmowy nie zniósłby podobnego natłoku historii bez szkody dla ostatecznego kształtu dzieła. Ale ja, mimo obaw, które przynosi, nie potrafię nie uwielbiać tej cudownej opowieści, bo przywraca mi wiarę w to, że niemożliwe nie istnieje. Na taki finał czekałam bowiem i w Turynie, i w Vancouver, i w Oslo, gdy może trochę wbrew zdrowemu rozsądkowi nieśmiało czekałam na zwycięstwa Małysza. Nie udało się ani razu. Myślałam, że w skokach nie uda się długo. Bo, przyznam szczerze, Stocha nie potrafiłam uważać za zawodnika wielkiego kalibru, takiego na miarę "dawnych" lub "nowych" mistrzów, których popisy mogłam i mogę podziwiać (Małysz, Ahonen, Schmitt, Hannawald, Ammann, Morgenstern, Schlierenzauer...). Zaliczyłam go do kategorii, której idealnym przedstawicielem jest dla mnie Anders Bardal, czyli grupy skoczków dobrych, będących w stanie wygrywać pojedyncze konkursy, ale jednak nie te najważniejsze w sezonie, prawdziwy błysk prezentujących tylko okazyjnie i to i tak nie na miarę wielkich mistrzów.

Tak, dostałam potężnego prztyczka w nos, bo i Stoch, i Bardal zostali we Włoszech mistrzami świata :). Ogarnięta początkiem mojej przygody ze skokami, chyba zapominam, że tak, jak w czasach Małysza się już dzisiaj po prostu nie skacze, bo zwyczajnie się nie da. Muszę przywyknąć. Cholera, w blasku złota Kamila i brązu całej drużyny będzie to naprawdę przyjemne przyzwyczajanie się.

sobota, 23 lutego 2013

Mój rower

Film w programie TVN-u "Co za tydzień?" odnotowany jako jedna z najlepszych pozycji polskiej kinematografii zeszłego roku. Pewnie dlatego, że TVN jest współproducentem, co zresztą skrzętnie zostaje przypomniane w absurdalnej scenie w końcówce obrazu. I bez niej nie przeszłyby mi przez gardło słowa sytuujące film Piotr Trzaskalskiego w takim - po latach wreszcie zaszczytnym - gronie. Jeśli miał być oparty na sucharach wypowiadanych tonem, od którego przeciętnego widza bolą zęby, to ok. Jeśli jednak to nie żadna konwencja kazała odtwórcom głównych ról być tak aktorsko drewnianymi, to szkoda. Bo pomysł był niezły, a okazał się i słabo zagrany, i ostatecznie fabularnie przekombinowany.

Chociaż może to wstyd związany z tym, że w całym 2012 roku na rowerze nie jeździłam ani razu, napędza całą moją krytykę?

Ostatnio tak dużo przecież o rezygnacjach i podziałach, sprzecznych stanowiskach i wątpliwościach, ładnych opakowaniach kryjących smutną prawdę. Bo jeśli się o czymś głośno nie mówi, to musi oznaczać czające się paskudztwo najwyższej próby.

Jest więc Benedykt XVI, który z papiestwa abdykuje przez gejowskie afery w Kościele, intelektualny niedowład albo dziwny upadek w łazience, w wyniku którego usłyszał tajemniczy Głos z Góry nawołujący do rezygnacji. Nigdy nie byłam papieżem, ale mając 86 lat zapewne wolałabym siedzieć sobie w kapciach przed telewizorem i czytać książki niż wiecznie być na cenzurowanym za słowa i czyny, na które tak rzadko mam jakikolwiek realny wpływ. Może to jednak po prostu moja wyobraźnia jest zbyt wybujała.

Jak najgorsze motywy muszą też oczywiście stać za wszystkimi przetasowaniami politycznymi, które na razie są raczej partyzantką niż rzeczywistą wojną. Sprawy honoru i sumienia to kwestie delikatne, więc szczególnie cenne w sporze o władzę. Bo tak wiele tłumaczą, mydląc oczy frazesami i półsłówkami. Fotel lidera kusi chyba bardziej od premii czy obrony światopoglądu. Nie chciałabym jednak, by ktoś podcierał sobie polityczny tyłek feminizmem, związkami partnerskimi czy czymkolwiek innym, co jest medialnie i społecznie nośne. Czy sprowadzony jakiś czas temu do parteru Paweł Kukiz po odejściu z zespołu "Piersi" wskóra coś w tym grajdołku? Nie wiem. Sukces Ruchu Palikota uczy pokory, chociaż formalnie to zestawienie trafione słabo, bo w działaniach Kukiza chcę dostrzegać więcej autentycznego ducha społecznikostwa niż pijarowskiego show.

Pod znakiem zapytania stanęły za to popisy Oscara Pistoriusa. Czy triumf człowieka nad materią (a może w jego przypadku wręcz odwrotnie) znów stanie się faktem? Lekkoatleta na razie to musi zwyciężyć z materią prawną. I tak stawiam jednak dolary przeciwko orzechom, że bez względu na wszystko cień morderstwa przylepi się do niego jak druga skóra. I sorry, Oscar, nie potrafię uwierzyć w taki przypadek. Ale przynajmniej teraz masz pewność, że film o Tobie nakręcą. Taki fabularny, ąę, na Oscary. Wiele kombinować nie będzie trzeba. Tu scenariusz naprawdę napisało życie. A tak szczerze, to nie dowierzam, że coś takiego w ogóle się stało. Ma taką ładną, niewinną, bezkonfliktową buźkę, jakby na złość przestępstwu, o które jest oskarżony.

Justyna na razie bez medalu. Kamil ponoć zaliczył katastrofę. Aż strach się bać, co za paskudztwa kryją się w ich przypadku. Przekombinowali?

wtorek, 8 stycznia 2013

The Social Network

Powinnam lubić ten film, bo lubię filmy z historią, takie, za którymi kryje się opowieść, co to wzruszy i poruszy, potrząśnie moim światem albo chociaż nim zachwieje. Wcale nie chodzi mi o efekty, wysublimowanie, warsztat techniczny i artystyczny. O zdjęcia, muzykę, aktorstwo czy nawet scenariusz. Dla mnie - filmowego laika, domorosłego krytyka znad klawiatury - wszystko to jest w istocie sprawą drugorzędną. Ja chcę poczuć historię. Po prawie 2 latach od obejrzenia "The Social Network" pamiętam z niego niewiele. Pamiętam, że nic ze mną nie zrobił. I że muzyka chyba była niezła. I że chyba było dwóch wioślarzy.

Ale po ponad dwóch latach od założenia Facebooka, może wyciągnęłabym z filmowej opowieści o jego założycielu więcej. Chociaż i tak nie zmieniłoby to we mnie pewnie przekonania, że Facebooka nie lubię. Takie słowa wychodzące spod palców osoby, dla której jest to jedna z pierwszych stron włączanych po uruchomieniu Internetu, trącą fałszem okropnym i graniczącym ze schizofrenią. Ale tak jest. Wiem, że Facebook jest mi zwyczajnie potrzebny do wygodniejszej obsługi rzeczywistości pozawirtualnej. Nie, nie chodzi o te wszystkie mniej lub bardziej dziwne aplikacje, które wykraczają poza moje zdolności przybicia piątki ze światem techniki. Codzienna komunikacja bez fejsa byłaby po prostu trudniejsza, chociaż życie bez Internetu w ogóle pamiętam doskonale.

Ale fejsbukowa rzeczywistość mnie mierzi. Zwłaszcza zjawisko, którego istotę wprost idealnie oddaje dla mnie określenie "fejsbukowy ekshibicjonizm". Używam go z upodobaniem, wymawiam z namaszczeniem, dopieszczam intonacją, wzmacniam gestykulacją. Dla mnie to coś rodem z kozetki u psychoanalityka lub pamiętnika skrzętnie zamykanego na klucz w szufladzie. Publiczne życie prywatne rozgrywające się przed oczami mniej lub bardziej przypadkowych znajomych, a jak dobrze pójdzie, tzn. źle pójdzie zamykanie profilu - także przed oczami ludzi kompletnie obcych, którzy są zapraszani na audiencję z intymności.

Owszem, wpisy na Facebooku, nawet te osobiste, bywają ciekawe, inteligentne, błyskotliwe. Gdy komentują celnie, z dystansem, poczuciem humoru i ironią, zawierają refleksje, nie są biciem piany a elementem kreowania wizerunku, budowania sieci fanów czy znajomych  - naprawdę je szanuję. Tyle że często aż krzyczą jałowością, infantylizmem, umysłowym wstecznictwem, pustką intelektualną i emocjonalną. Jakby w szale Internetu ludzie zapominali, że to, co napisze się tutaj, ma znaczenie daleko większe niż zwykła gadka-szmatka. Nie wiem dlatego, czy bardziej się ludzkiej ignorancji czy parcia na szkło boję, czy bardziej mnie to dziwi. W czasach, gdy coraz więcej mówi się o stalkingu, a memy szerzą się jak Internet długi i szeroki, paradoksalnie odnoszę wrażenie, że instynkt samozachowawczy zaniknął. Zamknięci we wszechpotężnej sieci, stłoczeni na swoich fragmencikach przestrzeni, żyjemy niby bardziej indywidualistycznie, samowystarczalnie i anonimowo, a tak naprawdę każdy ma nas i naszych bliskich na kilka kliknięć myszki. Własnymi rękami odzierając się na Facebooku do gołych gości, tylko oliwimy tę gigantyczną maszynę.

W świecie, w którym najważniejszy jest status na fejsie, wszystko widać jak w krzywym zwierciadle. A ja lubię patrzeć prosto. Jasne, że okiem idioty, z czającą się z tyłu głowy piosenką "Ona tańczy dla mnie" i obrazem Chytrej Baby z Radomia, ale z resztkami dobrej woli, która każe mi bić na alarm w zalewie wydarzeń medialnych w rodzaju komentarza o eutanazji Jurka Owsiaka czy uzasadnienia wyroku sędziego Igora Tulei i jawnego lenistwa intelektualnego, które upycha do "11" Roku FIFA "10" z Barcelony i Realu + Radamela Falcao czy robi z Dortmundu stolicę Polski na uchodźstwie.

Przepraszam, że nie mam takiej wyobraźni, by zawsze widzieć mercedesa, gdy patrzę na rozklekotany rower. Czasami jest po prostu tak cholernie trudno kłaść się i wstawać ze swoim ograniczeniem, na które recepty żadna apteka nie wyda. Sieciowa też nie.