Film, który powinien skończyć się kilka razy. Jakby ktoś na siłę upchnął w nim wszystkie pomysły zakończenia, które przyszły do głowy, chcąc przy tym zrekompensować momentami naprawdę męczące dłużyzny. Dobry pomysł, dla mnie nie do końca dobrze zrealizowany. Bo wybrakowany niedoróbkami fabularnymi i nieprzemyślanymi ostatnimi kilkunastoma minutami. Opowieść o polskim Robin Hoodzie z niemieckiego pogranicza trochę śmieszy głupkowatymi dialogami i trochę drażni niepotrzebnym, filmowym wydumaniem. Mogło być bardzo dobrze, a wyszło średniawo. Film zajumała groteska.
Ostatnio zaobserwować da się sytuację dość podobną. Chwilowi bohaterowie prześwietlani z każdej strony biją po oczach z okładek i czołówek. I wcale nie mam tu na myśli niejakiego Psy, który szerzy tajemnicze ujeżdżanie rodem z Korei Południowej.
Był więc bohater negatywny - czarny charakter spod znaku dwóch kółek. Postać władająca wyobraźnią i sercami. Bo tak dobrze było wierzyć, że Lance Armstrong wyrwał się szponom śmiertelnej choroby, po czym siłą woli i katorżniczego treningu wszedł na sam szczyt światowego sportu. On prześcignął historię, teraz dogoniła go sprawiedliwość. Wrzutki z opasłego raportu Amerykańskiej Agencji Antydopingowej zapełniały Armstrongiem informacje sportowe tak jak wtedy, gdy z dziecinną łatwością wyprzedzał rywali na górskich etapach Tour de France.
Ramię w ramię szedł z Lancem bohater pozytywny. Nieustraszony śmiałek udowadniający, że Red Bull rzeczywiście dodaje skrzydeł. Felix Baugmartner skoczył ze stratosfery, pobił kilka rekordów czysto technicznych i wiele medialnych. Do dzisiaj zachodzę w głowę, jak udało się TVN-owi wygenerować tak duże zainteresowanie wydarzeniem, które pozostaje dla mnie eleganckim opakowaniem lokowanego produktu. Nie chcę być cyniczna, ale pompowanie takiego faktu jak wyczyn Felixa zakrawa wręcz o rzeczywistość sztucznie stworzoną. Choć pewnie to ja się nie znam.
Po chwilowym odpoczynku na niebie zalśnili bohaterowie kolejni. Jeden bezosobowy trotylem zwany i drugi pieszczotliwie ochrzczony Jerzykiem. Co ciekawe, sukces naszego tenisisty przyblakł w sposób naturalny, ale kolejna odsłona smoleńskiego serialu dopiero nabiera rozpędu. Show Rzepie w pierwotnym stadium sprawy ukradł trochę wspomniany Janowicz, który z dnia na dzień poznał słodko-gorzki smak American Dream. Syndrom wyskakiwania z lodówki osiągnął szczyty, a komentujący wyczyny Jerzyka Andrea Anastasi, siatkarski trener znany z zamiłowania do tenisa, przelał czarę goryczy. Choć pomysł, trzeba przyznać, oryginalny po ustawicznej medialnej wędrówce Janowiczów i Wojciecha Fibaka.
Ostatnio na tapecie pojawił się Barack Obama, który do spółki z Mittem Romneyem zajumał czas duetowi Lewandowski & Piszczek. A to oni przecież mogą być naprawdę galaktyczni. Mogą i powinni. Czekam wprost na zmiany w ustawie o radiofonii i telewizji, wymieniające wśród ważnych wydarzeń sportowych mecze Borussii Dortmund w każdym możliwym rodzaju rozgrywek.
Opadłam na krzesło jednak dzisiaj, gdy obok wypowiedzi profesora Zbigniewa Brzezińskiego na temat Smoleńska zobaczyłam materiał prezentujący jego sylwetkę. Moje poczucie skretynienia zaczyna zbliżać się tym samym do stanów mocno wysokich. Za dużo siedzenia na tvn24.pl. Dochodzę do przekonania, że chyba w tym całym medialnym kotle najlepiej czerpać wiedzę z pudelka. Tam to są przynajmniej streszczenia tekstów z różnych źródeł pochodzące, więc orientację można sobie wyrobić dobrą, a przy tym zidiocieć wcale nie trzeba.
Przegląd bohaterów przypadkowy i subiektywny. Korzyści finansowych z reklamy pudelka nie czerpię.
sobota, 10 listopada 2012
Yuma
Etykiety:
Felix Baugmartner,
Janowicz,
katastrofa smoleńska,
kolarstwo,
Lance Armstrong,
media,
Obama,
skok ze stratosfery,
sport,
trotyl,
wybory USA,
wydarzenia medialne,
Yuma
niedziela, 7 października 2012
Miasto Aniołów
Widziałam lata świetlne temu, cichym chyłkiem czając się w pidżamie w
pokoju z telewizorem. Może nawet widziałam kilka razy, ale jakoś tak
pamiętam te pidżamy. I swoje spojrzenie zbitego szczeniaka w kierunku
rodziców, by móc obejrzeć do końca. <spojler> Tylko po cholerę
Nicholas Cage jechał do tego sklepu? Przecież na tamtą Meg Ryan naprawdę
dało się patrzeć z rana. Zresztą, dało się patrzeć o każdej porze dnia
</spojler>.
Dla estetycznych walorów można też zerknąć na nowy serial superduetu Tadeusz Lampka - Ilona Łepkowska. Zerknęłam. Wzrok opuszczałam z zażenowaniem. Królowa polskich seriali zalicza chyba bowiem spektakularny upadek. Do tej pory jej fabuły może nie grzeszyły polotem, ale, na upartego, dało radę je jakoś powiązać z realnością. Przynajmniej na początku. Teraz scenariusz pozostaje moim zdaniem najgorszą stroną "Wszystko przed nami". I to od pierwszego momentu, w którym losy bohaterów zarysował nam jeden z nich, głosem zza kadru na wzór książkowego narratora, w filmie nieraz wykorzystywanego z powodzeniem, ale tu drażniącego wnętrzności. Słysząc cały zarys fabularny podawany na tacy można się przecież poczuć jak debil. Tym bardziej, że skomplikowany nie jest.
Polacy na emigracji we Włoszech się lubią. Przyjaźnią. Razem popijają wino i grają w piłkę. Budowlaniec z prawnikiem, kelnerem, byłą modelką, co ma nadzianego męża, i trzyosobową rodziną nie wiadomo skąd. Włosi są wredni i podkładają dzielnym Polakom świnie. Jakieś gwałty i mafie, i nacjonalizmy wręcz jakieś. Dzielni Polacy trzymają się razem i jak na komendę wracają do Polski. Dzielny Polak kelner dzięki pomocy dzielnego Polaka prawnika dziedziczy po rodzicach kamienicę. Mało tego, na widok polskiej Polki z Lublina wreszcie zapomina o głupiej byłej narzeczonej, która 3 dni przed ślubem zakomunikowała mu, że jest w ciąży. Oczywiście, z najlepszym kumplem dzielnego Polaka kelnera. Polska Polka z Lublina nie daje jednak dzielnemu Polakowi kelnerowi numeru telefonu i, zdaje się, nawet nie zna jego imienia, chociaż spotkanie wyszło słodkie jak beza maczana w miodzie. A dzielny Polak prawnik wciąż smali cholewki do dzielnej byłej modelki, co ma nadzianego męża. A oficjalnie to przecież przyjaźń jest tylko lub aż. A oni są po prostu piękni, że piękno rozsadza ekran. I co tam, że trochę drewniani, jak piękno im wszystko wybaczy. Budowlańcowi już nie, więc musi grać trochę aktorsko. To samo rodzina (2+1) nie wiadomo skąd pochodząca. Choć on to się ponoć spotyka z Kamilą Łapicką, wdową. Niby na niwie prywatnej, a w ogóle to zawodowej, ale to nie w tym serialu.
Nie, to wcale nie jest "Moda na sukces". Tam jest więcej niespodziewanych akcji. A że w Stanach rzecz się rozgrywa, to może i bardziej to żre. "Wszystko przed nami" żre jeno czas. Ale zawsze można zerknąć na ładne, nieopatrzone buźki. Pogoda wszak brzydka, esteci cierpieć mogą. A ileż można patrzeć na wychodzącą z lodówki Zielińską?
A już tak na moment poważniej. Ilona Łepkowska naprawdę się chyba pomyliła i wepchnęła TVP 1 na górę lodową. Ale że nikt tego nie zauważył? Przecież ten serial został podobny wybrany w konkursie! Więc nie wiem, czy bardziej należy się bać poziomu innych pomysłów, czy układów w publicznej telewizji. Czy może raczej ocen, jakie producenci, reżyserzy, scenarzyści i wszelkiej maści ludzie zarządzający umysłami i czasem widzów, wystawiają i im, i sobie.
Dla estetycznych walorów można też zerknąć na nowy serial superduetu Tadeusz Lampka - Ilona Łepkowska. Zerknęłam. Wzrok opuszczałam z zażenowaniem. Królowa polskich seriali zalicza chyba bowiem spektakularny upadek. Do tej pory jej fabuły może nie grzeszyły polotem, ale, na upartego, dało radę je jakoś powiązać z realnością. Przynajmniej na początku. Teraz scenariusz pozostaje moim zdaniem najgorszą stroną "Wszystko przed nami". I to od pierwszego momentu, w którym losy bohaterów zarysował nam jeden z nich, głosem zza kadru na wzór książkowego narratora, w filmie nieraz wykorzystywanego z powodzeniem, ale tu drażniącego wnętrzności. Słysząc cały zarys fabularny podawany na tacy można się przecież poczuć jak debil. Tym bardziej, że skomplikowany nie jest.
Polacy na emigracji we Włoszech się lubią. Przyjaźnią. Razem popijają wino i grają w piłkę. Budowlaniec z prawnikiem, kelnerem, byłą modelką, co ma nadzianego męża, i trzyosobową rodziną nie wiadomo skąd. Włosi są wredni i podkładają dzielnym Polakom świnie. Jakieś gwałty i mafie, i nacjonalizmy wręcz jakieś. Dzielni Polacy trzymają się razem i jak na komendę wracają do Polski. Dzielny Polak kelner dzięki pomocy dzielnego Polaka prawnika dziedziczy po rodzicach kamienicę. Mało tego, na widok polskiej Polki z Lublina wreszcie zapomina o głupiej byłej narzeczonej, która 3 dni przed ślubem zakomunikowała mu, że jest w ciąży. Oczywiście, z najlepszym kumplem dzielnego Polaka kelnera. Polska Polka z Lublina nie daje jednak dzielnemu Polakowi kelnerowi numeru telefonu i, zdaje się, nawet nie zna jego imienia, chociaż spotkanie wyszło słodkie jak beza maczana w miodzie. A dzielny Polak prawnik wciąż smali cholewki do dzielnej byłej modelki, co ma nadzianego męża. A oficjalnie to przecież przyjaźń jest tylko lub aż. A oni są po prostu piękni, że piękno rozsadza ekran. I co tam, że trochę drewniani, jak piękno im wszystko wybaczy. Budowlańcowi już nie, więc musi grać trochę aktorsko. To samo rodzina (2+1) nie wiadomo skąd pochodząca. Choć on to się ponoć spotyka z Kamilą Łapicką, wdową. Niby na niwie prywatnej, a w ogóle to zawodowej, ale to nie w tym serialu.
Nie, to wcale nie jest "Moda na sukces". Tam jest więcej niespodziewanych akcji. A że w Stanach rzecz się rozgrywa, to może i bardziej to żre. "Wszystko przed nami" żre jeno czas. Ale zawsze można zerknąć na ładne, nieopatrzone buźki. Pogoda wszak brzydka, esteci cierpieć mogą. A ileż można patrzeć na wychodzącą z lodówki Zielińską?
A już tak na moment poważniej. Ilona Łepkowska naprawdę się chyba pomyliła i wepchnęła TVP 1 na górę lodową. Ale że nikt tego nie zauważył? Przecież ten serial został podobny wybrany w konkursie! Więc nie wiem, czy bardziej należy się bać poziomu innych pomysłów, czy układów w publicznej telewizji. Czy może raczej ocen, jakie producenci, reżyserzy, scenarzyści i wszelkiej maści ludzie zarządzający umysłami i czasem widzów, wystawiają i im, i sobie.
wtorek, 25 września 2012
Milczenie owiec
Podchodziłam do tego filmu jak do jeża, rozczarowana wcześniejszymi przygodami z klasykami kina. Gdy w ręce wpadła mi książka Thomasa Harrisa z Jodie Foster i Anthonym Hopkinsem na okładce, myślałam, że teraz to już szybko nadejdzie wiekopomna chwila z przyciskiem "play" w roli głównej. Tymczasem nadeszła pierwsza w moim życiu finansowa kara za przetrzymanie wypożyczonej z biblioteki książki. Mam zbiednieć o 2 zł (chlip, chlip ;)), bo nie zamierzałam wydać 30 na podróż po ratunek dla mojej regulaminowej postawy.
Film w końcu obejrzałam. I tak za szybko po przeczytaniu książki. Nieustanna i mimowolna gimnastyka umysłu z wyszukiwaniem różnic jednak psuje odbiór. Nie polecam. Film tak, bo pozbawił powieść Harrisa, ku mojej zresztą uciesze, dwóch maksymalnie wkurzających wątków rodem z taniej obyczajówki.
Ale o taniej obyczajówce mowy tu nie będzie. Raczej o milczeniu owiec, które tym akurat razem wcale nie było pożądane i oczekiwane. Pewnie wielu na złość zostało przerwane. Katarzyna Figura udzieliła wywiadu o swoim toksycznym małżeństwie i agresywnym mężu, o życiu, które przypominało dramat, strachu i wstydzie niszczonej psychicznie i fizycznie kobiety, żony i matki. W mediach rozpętała się burza. Jakby pierwszy raz okazało się, że sielski obrazek z życia gwiazd maluje się tylko na użytek świata zewnętrznego. Jakby ręki nie można było podnieść na znaną aktorką. Jakby nigdy nie słyszano historii kobiet przez lata żyjących obok mężczyzn, którzy je krzywdzą.
Katarzyna Figura opowiedziała swoją historię w kolorowym piśmie i chyba w tym tkwi dla wielu sedno problemu. Pytania o sens tego wywiadu idą ramię w ramię z tymi o lata życia w koszmarze milczenia. Jasne, że taka forma zwierzenia się ze swego dramatu jest większości ludzi niedostępna. Oburza, gdy gdzieś obok niej pojawiają się rzewne historie o braku pieniędzy na cotygodniowego wyjście na sushi, wzruszające sesje zdjęciowe z dopiero co urodzonymi dziećmi czy spekulacje o kolejnych operacjach plastycznych. Powszednieje, gdy rozstania znanych par stają się dodatkiem do porannej kawy. Siłą rzeczy i medialnego rozpędu historia Katarzyny Figury jest więc kojarzona z kolejnym aktem ekshibicjonizmu i wołaniem o zainteresowanie wielkiego świata showbiznesu. W erze podglądactwa i celebryckich wynurzeń gubimy zwyczajną ludzką wrażliwość, wszędzie doszukując się spisku i ustawki.
Tym bardziej, że aktorce udawać łatwiej. Skoro dawała radę ponad 10 lat...
Czy łzy Katarzyny Figury w przerwanym wywiadzie telewizyjnym i rozmowie z Tomaszem Lisem mogą do czegokolwiek kogokolwiek przekonać? Czy opowieści o rodzinnym koszmarze w programie aspirującym do poważnej publicystyki politycznej, mogą odciągnąć widzów od utopijnego serialu o lekarzach z wyimaginowanego szpitala? Czy w tym całym cyrku są jeszcze jacyś pozytywni bohaterowie, którzy po prostu mówią prawdę i chcą coś zmienić, nie myśląc o wizerunkowych i finansowych korzyściach?
Po erze Big Brothera stajemy się z każdą chwilą coraz bardziej czujni na wylewającą się z mediów realność. To dobrze, że nie chcemy dawać się ogłupiać. Do momentu, gdy pojawia się sytuacja, gdzie normalne nie jest kiwanie głową z niedowierzaniem i internetowy hejt.
Film w końcu obejrzałam. I tak za szybko po przeczytaniu książki. Nieustanna i mimowolna gimnastyka umysłu z wyszukiwaniem różnic jednak psuje odbiór. Nie polecam. Film tak, bo pozbawił powieść Harrisa, ku mojej zresztą uciesze, dwóch maksymalnie wkurzających wątków rodem z taniej obyczajówki.
Ale o taniej obyczajówce mowy tu nie będzie. Raczej o milczeniu owiec, które tym akurat razem wcale nie było pożądane i oczekiwane. Pewnie wielu na złość zostało przerwane. Katarzyna Figura udzieliła wywiadu o swoim toksycznym małżeństwie i agresywnym mężu, o życiu, które przypominało dramat, strachu i wstydzie niszczonej psychicznie i fizycznie kobiety, żony i matki. W mediach rozpętała się burza. Jakby pierwszy raz okazało się, że sielski obrazek z życia gwiazd maluje się tylko na użytek świata zewnętrznego. Jakby ręki nie można było podnieść na znaną aktorką. Jakby nigdy nie słyszano historii kobiet przez lata żyjących obok mężczyzn, którzy je krzywdzą.
Katarzyna Figura opowiedziała swoją historię w kolorowym piśmie i chyba w tym tkwi dla wielu sedno problemu. Pytania o sens tego wywiadu idą ramię w ramię z tymi o lata życia w koszmarze milczenia. Jasne, że taka forma zwierzenia się ze swego dramatu jest większości ludzi niedostępna. Oburza, gdy gdzieś obok niej pojawiają się rzewne historie o braku pieniędzy na cotygodniowego wyjście na sushi, wzruszające sesje zdjęciowe z dopiero co urodzonymi dziećmi czy spekulacje o kolejnych operacjach plastycznych. Powszednieje, gdy rozstania znanych par stają się dodatkiem do porannej kawy. Siłą rzeczy i medialnego rozpędu historia Katarzyny Figury jest więc kojarzona z kolejnym aktem ekshibicjonizmu i wołaniem o zainteresowanie wielkiego świata showbiznesu. W erze podglądactwa i celebryckich wynurzeń gubimy zwyczajną ludzką wrażliwość, wszędzie doszukując się spisku i ustawki.
Tym bardziej, że aktorce udawać łatwiej. Skoro dawała radę ponad 10 lat...
Czy łzy Katarzyny Figury w przerwanym wywiadzie telewizyjnym i rozmowie z Tomaszem Lisem mogą do czegokolwiek kogokolwiek przekonać? Czy opowieści o rodzinnym koszmarze w programie aspirującym do poważnej publicystyki politycznej, mogą odciągnąć widzów od utopijnego serialu o lekarzach z wyimaginowanego szpitala? Czy w tym całym cyrku są jeszcze jacyś pozytywni bohaterowie, którzy po prostu mówią prawdę i chcą coś zmienić, nie myśląc o wizerunkowych i finansowych korzyściach?
Po erze Big Brothera stajemy się z każdą chwilą coraz bardziej czujni na wylewającą się z mediów realność. To dobrze, że nie chcemy dawać się ogłupiać. Do momentu, gdy pojawia się sytuacja, gdzie normalne nie jest kiwanie głową z niedowierzaniem i internetowy hejt.
czwartek, 20 września 2012
Przypadkowy mąż
O, Panie, litości! Nawet moja prymitywna popkulturowość ciężko to zniosła. Są po prostu rzeczy, których robić nie należy, a zaliczyć do nich trzeba obsadzanie Umy Thurman w komedii romantycznej klasy Z. Tylko moja chora pamięć do tytułów potwierdza dzisiaj obejrzenie. Choć, w sumie, trudno od komedii romantycznej oczekiwać wbicia się na banię i krążenia w czeluściach mózgu dłużej niż do napisów końcowych.
To, że koniec może być nowym początkiem, pokazuje Kamila Łapicka. Tak, ta od Andrzeja Łapickiego. Tak, ta, co to wyrzuciła pamiątki po mężu do śmietnika, gdy łzy po pogrzebie obeschnąć jeszcze nie powinny. Ta sama, która przez ostatnie 3 lata budziła sensację swoją młodością, która dzielnie stała ramię w ramię przy podeszłym wieku najpierw swego narzeczonego, a potem - męża. Oj, zapomnieć o sobie nie daje...
... czyli książkę wydaje. Napisała znaczy się. Rozmowy z mężem. "Łapa w łapę ". Tytuł zgrabny, treści nie znam. Pobieżnie może tylko, bo czego można się dowiedzieć z dwóch wizyt w programach śniadaniowych i jednego wywiadu w tygodniku? Wszystko co prawda w tempie godnym sprintera, i to niekoniecznie takiego z Polski, bo w 4 dni, ale jednak.
Przyznaję, że gdy wczoraj zobaczyłam zapowiedź jej wizyty w TVP2, to sobie pomyślałam, że ho ho. O książce nie pomyślałam. Gdy dzisiaj zobaczyłam ją w TVN-ie, to tylko na uśmiech pod nosem się zdobyłam. Ale kiedy w ręce wpadł mi najnowszy "Newsweek" z wywiadem, to już nawet buzię otworzyłam. Może trochę z podziwu. Bo jednak jakoś się przełamała i poopowiadała. Bo jednak twardo na żadne pytania o tabloidowe doniesienia nie odpowiadała. Bo jednak tym swoim milczeniem zachęcić do kupienia i przeczytania była gotowa. Ja nie wiem, czy to taki charakter, czy taki tupet, ale Kamila Łapicka niewątpliwie żyje po życiu. Po książce może żyć nawet bardzo godnie, chociaż reklamuje ją jako skończoną kilka dni przed śmiercią męża. Nie potępiam. Na razie nie mam stanowiska. Ot, taka po prostu ciekawostka plus mały syndrom wyskakiwania z lodówki. I do tego kontynuacja na razie nieformalnej akcji "Cała Polska pisze książki".
To, że koniec może być nowym początkiem, pokazuje Kamila Łapicka. Tak, ta od Andrzeja Łapickiego. Tak, ta, co to wyrzuciła pamiątki po mężu do śmietnika, gdy łzy po pogrzebie obeschnąć jeszcze nie powinny. Ta sama, która przez ostatnie 3 lata budziła sensację swoją młodością, która dzielnie stała ramię w ramię przy podeszłym wieku najpierw swego narzeczonego, a potem - męża. Oj, zapomnieć o sobie nie daje...
... czyli książkę wydaje. Napisała znaczy się. Rozmowy z mężem. "Łapa w łapę ". Tytuł zgrabny, treści nie znam. Pobieżnie może tylko, bo czego można się dowiedzieć z dwóch wizyt w programach śniadaniowych i jednego wywiadu w tygodniku? Wszystko co prawda w tempie godnym sprintera, i to niekoniecznie takiego z Polski, bo w 4 dni, ale jednak.
Przyznaję, że gdy wczoraj zobaczyłam zapowiedź jej wizyty w TVP2, to sobie pomyślałam, że ho ho. O książce nie pomyślałam. Gdy dzisiaj zobaczyłam ją w TVN-ie, to tylko na uśmiech pod nosem się zdobyłam. Ale kiedy w ręce wpadł mi najnowszy "Newsweek" z wywiadem, to już nawet buzię otworzyłam. Może trochę z podziwu. Bo jednak jakoś się przełamała i poopowiadała. Bo jednak twardo na żadne pytania o tabloidowe doniesienia nie odpowiadała. Bo jednak tym swoim milczeniem zachęcić do kupienia i przeczytania była gotowa. Ja nie wiem, czy to taki charakter, czy taki tupet, ale Kamila Łapicka niewątpliwie żyje po życiu. Po książce może żyć nawet bardzo godnie, chociaż reklamuje ją jako skończoną kilka dni przed śmiercią męża. Nie potępiam. Na razie nie mam stanowiska. Ot, taka po prostu ciekawostka plus mały syndrom wyskakiwania z lodówki. I do tego kontynuacja na razie nieformalnej akcji "Cała Polska pisze książki".
poniedziałek, 10 września 2012
GoldenEye
Nie lubię filmów o Jamesie Bondzie i nie przypominam sobie, żebym i ten zobaczyła w całości, od deski do deski. Nie lubię filmów o Jamesie Bondzie od dawna i nie mogę przymierzyć się do zmiany tego stanu rzeczy. Nie pomogła Izabela Scorupco, której warkocz majtał się później po twarzy Michała Żebrowskiego i której były mąż jako pierwszy Polak strzelił później niż później gola na Stadionie Narodowym w Warszawie. Strzelił nogą i trafił w piłkę, co w przypadku jego profesji warto podkreślić, nawet jeśli jest dzisiaj tylko byłą profesją. Nie lubię filmów o Jamesie Bondzie i nie przekonał mnie spadochroniarski wyczyn Daniela Craiga (ostatnio podpisał umowę na jeszcze dwa Bondy) i królowej Elżbiety II (ostatnio straciła psa i odzyskała wnuka aferzystę). Ale dziwnie myślę, że GoldenEye samo w sobie bym polubiła.
Broń to śmiercionośna, a chociaż zapędy zbrodnicze tylko miewam, w jej posiadanie weszłabym chętnie. Temu i owemu przydałoby się prawdziwe widmo zagłady przed oczami. Zagłady większej niż debiutancki start w zawodach najwyższej sportowej rangi, presja kibiców, długie podróże, niedobre jedzenie i dziwnie słoneczna pogoda w Londynie. Nie chciałam jednak i nie chcę pastwić się nad tymi, którzy podczas igrzysk olimpijskich zaliczyli glebę, chociaż na różne szczyty chcieli się wdrapać i z różnych wysokości spadali. Głośniejszy od upadków był huk pękających balonów wypełnionych absurdalnymi medalowymi szansami, także tymi pewnymi, czekającymi tylko na wykucie ostatniej litery nazwiska zwycięzcy znad Wisły.
Medialno-kibicowskie przebudzenie przyszło za późno. A może przerodziło się tylko w drzemkę. Dzisiaj chyba znów jesteśmy już pogrążeni w zimowym śnie. Na krótko budzą nas z niego bohaterskie przemarsze medalistów po telewizjach śniadaniowych, talk-showach, programach rozrywkowych, wydarzeniach na poły sportowych, na poły celebryckich. Niech chodzą - proszę bardzo. W końcu sukcesy zwykle osiągnęli sami z siebie, na opak z systemem, którego de facto nie ma. W końcu medale wykuli z ciężkiej pracy, poświęcenia, łez i starań dobrych dusz, które spotkali na swojej drodze. Niech tylko zostaną sobą, bo medialne małpy tworzy się u nas z zawrotną celebrycką prędkością pytań: "Jak cię czujesz?", "Jakie to uczucie?", "Jakie to emocje?". Na rozgrzewkę. Po komendzie startera czeka już bowiem seria z ulubionym jedzeniem, dzieciństwem i łóżkiem na pierwszym planie.
Olimpijscy herosi z Londynu (bo każdy z naszych medalistów jest dla mnie rzeczywiście godny jakoś tak szczególnie i fajny tak po ludzku) zostają jeszcze na dodatek zestawieni z klęską swoich kolegów, prowizorką sportu jako dziedziny życia i instrumentu działań państwa oraz sukcesami paraolimpijczyków. Ci ostatni mogą dzisiaj krzyczeć głośniej, choćby i wykorzystując wszechwładzę politycznej poprawności i sezon na Korwin-Mikkego.
Aż firma Sportfive zainspirowana tym, że sukcesy przychodzą wtedy, gdy nikt ich nie pokazuje, poszła po rozum do głowy i chce zakląć rzeczywistość dla polskich piłkarzy. Oficjalnie poszło o cenę za prawo do pokazywania meczów reprezentacji w eliminacjach do MŚ 2014. Nieoficjalnie myślę, że mogło dojść do spisku PZPN-u z nadawcami. Grzegorz Lato ostrzegł najpewniej Włodzimierza Szaranowicza i Mariana Kmitę. Tylko narodu nie ostrzegł.
A biedny James Bond, którego filmów nie lubię, zamiast przylecieć mi tu z GoldenEye, wciąż nie może z tym swoim spadochronem wylądować. Względnie: śpiewa i tańczy z Meryl Streep do piosenek Abby. Bez broni.
PS Sportowa kartka z kalendarza. 10 września 1972 roku polska reprezentacja w piłce nożnej zdobyła złoty medal Igrzysk Olimpijskich w Monachium. Po 2 bramkach Kazimierza Deyny biało-czerwoni ograli Węgrów 2:1. Na ławce trenerskiej siedział Kazimierz Górski.
Broń to śmiercionośna, a chociaż zapędy zbrodnicze tylko miewam, w jej posiadanie weszłabym chętnie. Temu i owemu przydałoby się prawdziwe widmo zagłady przed oczami. Zagłady większej niż debiutancki start w zawodach najwyższej sportowej rangi, presja kibiców, długie podróże, niedobre jedzenie i dziwnie słoneczna pogoda w Londynie. Nie chciałam jednak i nie chcę pastwić się nad tymi, którzy podczas igrzysk olimpijskich zaliczyli glebę, chociaż na różne szczyty chcieli się wdrapać i z różnych wysokości spadali. Głośniejszy od upadków był huk pękających balonów wypełnionych absurdalnymi medalowymi szansami, także tymi pewnymi, czekającymi tylko na wykucie ostatniej litery nazwiska zwycięzcy znad Wisły.
Medialno-kibicowskie przebudzenie przyszło za późno. A może przerodziło się tylko w drzemkę. Dzisiaj chyba znów jesteśmy już pogrążeni w zimowym śnie. Na krótko budzą nas z niego bohaterskie przemarsze medalistów po telewizjach śniadaniowych, talk-showach, programach rozrywkowych, wydarzeniach na poły sportowych, na poły celebryckich. Niech chodzą - proszę bardzo. W końcu sukcesy zwykle osiągnęli sami z siebie, na opak z systemem, którego de facto nie ma. W końcu medale wykuli z ciężkiej pracy, poświęcenia, łez i starań dobrych dusz, które spotkali na swojej drodze. Niech tylko zostaną sobą, bo medialne małpy tworzy się u nas z zawrotną celebrycką prędkością pytań: "Jak cię czujesz?", "Jakie to uczucie?", "Jakie to emocje?". Na rozgrzewkę. Po komendzie startera czeka już bowiem seria z ulubionym jedzeniem, dzieciństwem i łóżkiem na pierwszym planie.
Olimpijscy herosi z Londynu (bo każdy z naszych medalistów jest dla mnie rzeczywiście godny jakoś tak szczególnie i fajny tak po ludzku) zostają jeszcze na dodatek zestawieni z klęską swoich kolegów, prowizorką sportu jako dziedziny życia i instrumentu działań państwa oraz sukcesami paraolimpijczyków. Ci ostatni mogą dzisiaj krzyczeć głośniej, choćby i wykorzystując wszechwładzę politycznej poprawności i sezon na Korwin-Mikkego.
Aż firma Sportfive zainspirowana tym, że sukcesy przychodzą wtedy, gdy nikt ich nie pokazuje, poszła po rozum do głowy i chce zakląć rzeczywistość dla polskich piłkarzy. Oficjalnie poszło o cenę za prawo do pokazywania meczów reprezentacji w eliminacjach do MŚ 2014. Nieoficjalnie myślę, że mogło dojść do spisku PZPN-u z nadawcami. Grzegorz Lato ostrzegł najpewniej Włodzimierza Szaranowicza i Mariana Kmitę. Tylko narodu nie ostrzegł.
A biedny James Bond, którego filmów nie lubię, zamiast przylecieć mi tu z GoldenEye, wciąż nie może z tym swoim spadochronem wylądować. Względnie: śpiewa i tańczy z Meryl Streep do piosenek Abby. Bez broni.
PS Sportowa kartka z kalendarza. 10 września 1972 roku polska reprezentacja w piłce nożnej zdobyła złoty medal Igrzysk Olimpijskich w Monachium. Po 2 bramkach Kazimierza Deyny biało-czerwoni ograli Węgrów 2:1. Na ławce trenerskiej siedział Kazimierz Górski.
poniedziałek, 23 lipca 2012
Show
Wciąż, mimo upływu lat, to jeden z moich ulubionych filmów. Dzisiaj zafunkcjonowałby już w innym kontekście. Niemal dekadę temu, w erze panowania "Big Brothera" i poglądackiej mody, był majstersztykiem. Przypowieścią ukrytą pod komediowym płaszczykiem, 13-posterunkową wesołkowatością Cezarego Pazury, przerysowaną blond naiwnością Joanny Pierzak i prymitywną nagością spod prysznica. Tak to widziałam i tak to widzę do dziś. Chociaż jest to dostrzeganie szczerości, która wystawia na próbę polskość.
Wszystkie wrażenia wyniesione z filmu "Show" wracają po obejrzeniu filmiku na youtubie pt. "Gr@żyna" (więcej o tym tutaj). Widziałam go w sobotę, gdy miał 300 kilka wyświetleń, dzisiaj ma ponad 728 tysięcy. To oddaje skalę siły Internetu i fermentu, jaki wywołał obraz kulisów powstawania eksperymentalnego projektu Grzegorza Cholewy i Bartłomieja Szkopa. Ups, może nie powinnam tego pisać. Może lepiej byłoby najpierw skomentować wcześniejsze filmiki umieszczone na profilu Grażyny Żarko i odnieść się do jej "katolickiego głosu w Internecie", który w dwa miesiące stał się hitem. Tak dużym, że kontrowersyjny projekt trzeba było przerwać. Rady i poglądy 56-letniej nauczycielki, która chciała przywrócić w polskiej sieci kulturę, normalność i patriotyczne tradycje, zrodziły zbyt potężny ruch oburzonych. Wirtualni pluwacze i hejterzy, bohaterowie klawiatury i przedstawiciele pokolenia mającego tworzyć tolerancyjną Polskę, zaczęli być niebezpieczeństwem jak najbardziej realnym. W wiązankach wulgaryzmów i obelg grozili Grażynie Żarko śmiercią. Wróć, grozili Annie Lisak, aktorce - amatorce wcielającej się w fikcyjną, wymyśloną na potrzeby projektu postać.
Zrównana z błotem przez youtuberów, obśmiana przez innych wideoblogerów puszysta kobieta w okularach, z eksponowanymi w filmikach zbliżeniami rzadkich włosów i krzywych zębów jest po sobotniej publikacji bohaterką. Grażyna Żarko stała się wyrzutem sumienia. Wcześniej tylko stawała ością w gardle razem ze swoimi radykalnymi, moherowymi poglądami. Ale teraz nikomu nie chce się już wkładać palca do buzi, by sprowokować na jej widok wymioty. Anna Lisak w nagrodę za oscarową zdaniem wielu rolę ma zostać wysłana na wymarzone wakacje. Tak, żeby skończyło się dobrze. Bo "my Slowanie, my lubim sielanki".
Czy tym razem rzeczywiście coś zrozumiemy? Czy tylko poszpanujemy w komentarzach swoją przenikliwością, względnie: nawet przeprosimy, by po chwili wyśmiewać się z gabarytów promowanych na salonach Grycanek?
Społeczny i medialny lincz Kuby Wojewódzkiego i Michała Figurskiego po żartach z Ukrainek link zauważono z miejsca. Grażyna Żarko (nomen omen skomentowana też przez Wojewódzkiego) przez dwa miesiące funkcjonowała w Internecie jako wdzięczny temat do drwin. Bo to przecież ani EURO 2012 nie zagrażało, ani w ustach znanych osób w tradycyjnym medium się nie znalazło, ani polskich wielkich nie dotyczyło.
Miałkość Internetu spod znaku biało-czerwonej flagi w takich sytuacjach boli bardziej. Chamstwo internautów, z których większość stanowią młodzi ludzie, już chyba tylko przeraża. Gdy faktem stanie się wprowadzenie opłat za te ekskluzywne i unikalne (czyli w wielu przypadkach: wyższych lotów) treści w Internecie, może być gorzej. Szansa przeczytania choćby kilku linijek analitycznego, wartościowego tekstu zmaleje, bo w polskiej sieci się nie płaci. Z zasady. Tak jak nie płaci się za anonimowe obrażanie innych.
Wszystkie wrażenia wyniesione z filmu "Show" wracają po obejrzeniu filmiku na youtubie pt. "Gr@żyna" (więcej o tym tutaj). Widziałam go w sobotę, gdy miał 300 kilka wyświetleń, dzisiaj ma ponad 728 tysięcy. To oddaje skalę siły Internetu i fermentu, jaki wywołał obraz kulisów powstawania eksperymentalnego projektu Grzegorza Cholewy i Bartłomieja Szkopa. Ups, może nie powinnam tego pisać. Może lepiej byłoby najpierw skomentować wcześniejsze filmiki umieszczone na profilu Grażyny Żarko i odnieść się do jej "katolickiego głosu w Internecie", który w dwa miesiące stał się hitem. Tak dużym, że kontrowersyjny projekt trzeba było przerwać. Rady i poglądy 56-letniej nauczycielki, która chciała przywrócić w polskiej sieci kulturę, normalność i patriotyczne tradycje, zrodziły zbyt potężny ruch oburzonych. Wirtualni pluwacze i hejterzy, bohaterowie klawiatury i przedstawiciele pokolenia mającego tworzyć tolerancyjną Polskę, zaczęli być niebezpieczeństwem jak najbardziej realnym. W wiązankach wulgaryzmów i obelg grozili Grażynie Żarko śmiercią. Wróć, grozili Annie Lisak, aktorce - amatorce wcielającej się w fikcyjną, wymyśloną na potrzeby projektu postać.
Zrównana z błotem przez youtuberów, obśmiana przez innych wideoblogerów puszysta kobieta w okularach, z eksponowanymi w filmikach zbliżeniami rzadkich włosów i krzywych zębów jest po sobotniej publikacji bohaterką. Grażyna Żarko stała się wyrzutem sumienia. Wcześniej tylko stawała ością w gardle razem ze swoimi radykalnymi, moherowymi poglądami. Ale teraz nikomu nie chce się już wkładać palca do buzi, by sprowokować na jej widok wymioty. Anna Lisak w nagrodę za oscarową zdaniem wielu rolę ma zostać wysłana na wymarzone wakacje. Tak, żeby skończyło się dobrze. Bo "my Slowanie, my lubim sielanki".
Czy tym razem rzeczywiście coś zrozumiemy? Czy tylko poszpanujemy w komentarzach swoją przenikliwością, względnie: nawet przeprosimy, by po chwili wyśmiewać się z gabarytów promowanych na salonach Grycanek?
Społeczny i medialny lincz Kuby Wojewódzkiego i Michała Figurskiego po żartach z Ukrainek link zauważono z miejsca. Grażyna Żarko (nomen omen skomentowana też przez Wojewódzkiego) przez dwa miesiące funkcjonowała w Internecie jako wdzięczny temat do drwin. Bo to przecież ani EURO 2012 nie zagrażało, ani w ustach znanych osób w tradycyjnym medium się nie znalazło, ani polskich wielkich nie dotyczyło.
Miałkość Internetu spod znaku biało-czerwonej flagi w takich sytuacjach boli bardziej. Chamstwo internautów, z których większość stanowią młodzi ludzie, już chyba tylko przeraża. Gdy faktem stanie się wprowadzenie opłat za te ekskluzywne i unikalne (czyli w wielu przypadkach: wyższych lotów) treści w Internecie, może być gorzej. Szansa przeczytania choćby kilku linijek analitycznego, wartościowego tekstu zmaleje, bo w polskiej sieci się nie płaci. Z zasady. Tak jak nie płaci się za anonimowe obrażanie innych.
wtorek, 3 lipca 2012
Zakręcony piątek
Coś naiwnego i infantylnego na weekendową posiadówkę nastoletnich psiapsiółek. Zbuntowanych przeciw rodzicom i przeżywających problemy z chłopakami. Które doskonale wiedzą, jak się obecnie układa Lindsay Lohan i nie mają pojęcia, czym są prawdziwe kłopoty.
Trąci stereotypem aż huczy, brzęczy i łupie w krzyżu? Ale naprawdę czasami są to obrazy tak prawdziwe...
Kiedy w polskim pociągu wracasz z Warszawy z ćwierćfinału EURO 2012 klik, to widzisz wszystko z całym dobrodziejstwem inwentarza, chociaż Dworzec Centralny wygląda jak marzenie i ksenofobi nie biegają po ulicach z siekierami. Pociąg zmierza do Gdyni. Doskonały wybór w dniu, w którym ćwierćfinałowe szaleństwo przenosi się do Gdańska, porywając ze sobą przede wszystkim Niemców i Greków. Wieża Babel przestaje być biblijnym wspomnieniem.
Już są koszulki, peruki i pomalowane twarze. Śpiew "Polska, Polska" dopada i tutaj. EUROpociąg gorący nie tylko od futbolowych emocji, ale też rozgrzany pokonanymi od Lublina kilometrami.
W przedziale też międzynarodowo. Drzwi raz po raz otwierają kolejni młodzi Grecy. Zaglądają do znajomych, posiedzą, pogadają i wychodzą. Liczę ich. W sumie ośmioro. Przy pierwszej wizycie konduktora okazuje się, że mają bilet dziesięcioosobowy.
Trąci stereotypem aż huczy, brzęczy i łupie w krzyżu? Ale naprawdę czasami są to obrazy tak prawdziwe...
Kiedy w polskim pociągu wracasz z Warszawy z ćwierćfinału EURO 2012 klik, to widzisz wszystko z całym dobrodziejstwem inwentarza, chociaż Dworzec Centralny wygląda jak marzenie i ksenofobi nie biegają po ulicach z siekierami. Pociąg zmierza do Gdyni. Doskonały wybór w dniu, w którym ćwierćfinałowe szaleństwo przenosi się do Gdańska, porywając ze sobą przede wszystkim Niemców i Greków. Wieża Babel przestaje być biblijnym wspomnieniem.
Już są koszulki, peruki i pomalowane twarze. Śpiew "Polska, Polska" dopada i tutaj. EUROpociąg gorący nie tylko od futbolowych emocji, ale też rozgrzany pokonanymi od Lublina kilometrami.
W przedziale też międzynarodowo. Drzwi raz po raz otwierają kolejni młodzi Grecy. Zaglądają do znajomych, posiedzą, pogadają i wychodzą. Liczę ich. W sumie ośmioro. Przy pierwszej wizycie konduktora okazuje się, że mają bilet dziesięcioosobowy.
– How much are you going? – chce wiedzieć jeden z tych greckich współpasażerów.
Czuję zresztą, że cały czas patrzy z zaciekawieniem. Głupio mi pod tym spojrzeniem. Trzy godziny nie robią na nim specjalnego wrażenia, w odróżnieniu od dziesięciu, które łącznie spędzi w tym pociągu siedzący pod oknem inny Polak.
– Do you
have playing cards? – zapytuje po pewnym czasie inny Grek.
Południowcom nudzi się w polskim pociągu. Z oferowanego piwa nie korzystają, bo i samozwańczy handlarz jakoś macha na nasz przedział ręką. Za głośno im, więc zamykają okno. No tak, oni się nie poduszą, bo przyzwyczajeni do skwaru, ale ja za siebie nie ręczę.
Uprzejmi. Ten od długości podróży chce rozmienić 100 zł zdesperowanemu Polakowi. Ale tylko 70 ma w portfelu.
Druga wizyta konduktora to scenka rodzajowa żywcem wyjęta z dowcipów i stereotypów. Grecy wiedzą, że będzie sprawdzanie biletów. Szybko, w pół słowa dogadują się w sprawie swojego na dziesięć osób. Gorzej idzie z paszportem. Konduktor mówi coraz głośniej, a Grek coraz bardziej nie rozumie. Pomagamy, jak możemy, gdy trzeba datę urodzenia znaleźć. Honoru Polki poliglockiej bronimy.
Konduktor macha jednak na to tylko ręką. Musi wysiąść i pociąg zmienić. Kolejna stacja.
Na następnej czeka koniec mojej podróży. Grecy dziękują za życzenia i szybko rozkładają się na zwolnionych miejscach. Z innych przedziałów słychać kibicowskie śpiewy. Na korytarzu trwają telefoniczne rozmowy.
To będzie naprawdę zwariowany piątek. Ćwierćfinał z sześcioma golami. Więcej w jednym meczu na EURO 2012 nie padło i nie padnie.
(To chyba na tyle wspominek - i tak dużo było. Moje własne podsumowanie, które nijak nie dorasta do przyjętej w tym względzie nomenklatury. Ale naprawdę nie chciałam wybierać swojej jedenastki mistrzostw i pisać, jakim filmem jest każdy z Hiszpanów. Czy coś podobnego.)
(To chyba na tyle wspominek - i tak dużo było. Moje własne podsumowanie, które nijak nie dorasta do przyjętej w tym względzie nomenklatury. Ale naprawdę nie chciałam wybierać swojej jedenastki mistrzostw i pisać, jakim filmem jest każdy z Hiszpanów. Czy coś podobnego.)
poniedziałek, 2 lipca 2012
Marzyciel
Kolejny przykład znakomitych zdolności translatorskich. Do przełknięcia bardziej niż wirujący seks, który wyrósł z całkiem niewinnie brzmiącego nieprzyzwoitego tańca. Chociaż, w końcu Johny Depp może budzić różne emocje, zwłaszcza, gdy swoimi poczynaniami znacznie oddala się od Jamesa Barriego. Chodzącej niewinności gładko ogolonej twarzy marzyciela. I to wcale nie dlatego, że na horyzoncie znajduje się dla mnie zwyczajnie świetna Kate Winslet.
Też miałam marzenie. Obiecałam sobie, że jeśli Polska i Ukraina dostaną zadanie organizacji EURO 2012, to przynajmniej jeden mecz obejrzę na żywo. Ja, nieopierzony wówczas podlotek, z nutką romantycznej natury i wiarą w sukces.
Pamiętam 18 kwietnia 2007 roku. Dzień wyboru polsko-ukraińskiej kandydatury, który tak zupełnie realnie stał się początkiem. Jakkolwiek śmiesznie to nie zabrzmi, od tamtego czasu zaczęłam zbierać pieniądze na bilet i wyjazd. Wakacyjna praca, urodziny, imieniny, święta - cieszyła się z takich okazji moja finansowa skarpeta. Ograniczenie spod znaku $$$ szybko przestało być problemem.
Wierzyłam, że się uda. Że zdążymy. Może przestawałam traktować EURO 2012 z takim entuzjazmem, jak na początku. Może mój chłodny ogląd sytuacji coraz częściej przysłaniał optymizm. Może rozumiałam braki i widziałam niedociągnięcia.
Ale nic nie mogło zepsuć mi radości i nadziei, kiedy 30 kwietnia 2011 roku zobaczyłam w swojej skrzynce mailowej temat wiadomości: "Twój wniosek na UEFA EURO 2012 został wylosowany". Ćwierćfinał 1A - 2B. Stadion Narodowy. 21 czerwca 2012 roku. Yes, yes, yes!
To dlatego tak bolała porażka z Czechami. Bo to mógł być nie tylko mój, ale całej Polski mecz. Wcześniej obiecałam nawet samej sobie, że kupię wszystkie gadżety, by utonąć w biało-czerwonym świecie i kibicowskim szaleństwie. A że pływam po warszawsku, to deklaracja była to nie byle jaka. Infantylizm porwał jednak do tańca piłkoszał, zrywając tym samym z całym pragmatyzmem. Tak chciałam odchudzić ten cholerny portfel. A tu tylko, dosłownie i w przenośni, Cesky Sen.
Marzenie, które nie wyśniło się do końca, miało trwać i bez polskich piłkarzy na płycie Stadionu Narodowego. Więcej o tym tutaj. A to jeszcze nie koniec wyprawy na mecz EURO 2012...
Mecz, który nie zmienił historii i był prawdopodobnie najmniej atrakcyjnym ćwierćfinałem polsko-ukraińskiego turnieju. Mecz jeden z 31 na tych mistrzostwach. I ja też tak zwyczajnie wyrwana z tłumu, który cokolwiek obejrzał na żywo. Ale, cholera, jak dobrze było być jego częścią!
Też miałam marzenie. Obiecałam sobie, że jeśli Polska i Ukraina dostaną zadanie organizacji EURO 2012, to przynajmniej jeden mecz obejrzę na żywo. Ja, nieopierzony wówczas podlotek, z nutką romantycznej natury i wiarą w sukces.
Pamiętam 18 kwietnia 2007 roku. Dzień wyboru polsko-ukraińskiej kandydatury, który tak zupełnie realnie stał się początkiem. Jakkolwiek śmiesznie to nie zabrzmi, od tamtego czasu zaczęłam zbierać pieniądze na bilet i wyjazd. Wakacyjna praca, urodziny, imieniny, święta - cieszyła się z takich okazji moja finansowa skarpeta. Ograniczenie spod znaku $$$ szybko przestało być problemem.
Wierzyłam, że się uda. Że zdążymy. Może przestawałam traktować EURO 2012 z takim entuzjazmem, jak na początku. Może mój chłodny ogląd sytuacji coraz częściej przysłaniał optymizm. Może rozumiałam braki i widziałam niedociągnięcia.
Ale nic nie mogło zepsuć mi radości i nadziei, kiedy 30 kwietnia 2011 roku zobaczyłam w swojej skrzynce mailowej temat wiadomości: "Twój wniosek na UEFA EURO 2012 został wylosowany". Ćwierćfinał 1A - 2B. Stadion Narodowy. 21 czerwca 2012 roku. Yes, yes, yes!
To dlatego tak bolała porażka z Czechami. Bo to mógł być nie tylko mój, ale całej Polski mecz. Wcześniej obiecałam nawet samej sobie, że kupię wszystkie gadżety, by utonąć w biało-czerwonym świecie i kibicowskim szaleństwie. A że pływam po warszawsku, to deklaracja była to nie byle jaka. Infantylizm porwał jednak do tańca piłkoszał, zrywając tym samym z całym pragmatyzmem. Tak chciałam odchudzić ten cholerny portfel. A tu tylko, dosłownie i w przenośni, Cesky Sen.
Marzenie, które nie wyśniło się do końca, miało trwać i bez polskich piłkarzy na płycie Stadionu Narodowego. Więcej o tym tutaj. A to jeszcze nie koniec wyprawy na mecz EURO 2012...
Mecz, który nie zmienił historii i był prawdopodobnie najmniej atrakcyjnym ćwierćfinałem polsko-ukraińskiego turnieju. Mecz jeden z 31 na tych mistrzostwach. I ja też tak zwyczajnie wyrwana z tłumu, który cokolwiek obejrzał na żywo. Ale, cholera, jak dobrze było być jego częścią!
czwartek, 28 czerwca 2012
Prestiż
Film, który polecę każdemu. Zachwalę, jak pani na targu świeżutkie pomidorki i ziemniaczki. Przekonujący od startu do mety, trzymający w napięciu, dający widzowi po głowie i po łapach. Magia bez Harry'ego Pottera, Gandalfa i dziecinnego hokus-pokus. Walka o swoje jestestwo, o pozycję, o tajemnicę, o prestiż, walka, która najpierw wydaje się nie mieć granic, a potem rozbija się o człowieczeństwo.
Nie żebym była jakimś tropicielem. Hejterem jakimś strasznym. Nieomylnością chodzącą, co to od alfy i omegi więcej ma w sobie wiedzy. Ot, po prostu zwykła ciekawość po wczorajszym półfinale EURO 2012 skierowała ma paluszki i oczęta na kilka najpopularniejszych newsowych stron w Polsce. Tak, żeby sobie sprawdzić, jakie tytuły wymyślili redaktorzy, jak oceniają, co piszą i komu na głowę wkładają wieniec bohatera spotkania. Czy użalić się raczą nad Cristiano Ronaldo za brak szansy w serii jedenastek. Czy choćby cichym westchnieniem pożegnają heroiczną walkę Portugalii, która jednym udowodniła, że na trzech defensywnych pomocników grać można całkiem skutecznie, ładnie i "do przodu", a drugim pokazała, jak należy działać, by taki efekt uzyskać bez piętna narodowej klęski.
I tak właśnie wyłapałam dwa pomeczowe "kwiatki", wyhodowane chyba na naturalnym nawozie pomeczowych emocji.
1. www.wyborcza.pl (błąd dość szybko poprawili)
2. www.tvn24.pl, "Poprzeczka nie wpuściła Portugalii do finału" (trzy gole Fabregasa wiszą w tekście do dzisiaj; gdyby nie napisali, jak wynika z kontekstu, o sytuacji przed wczorajszym meczem, można by uznać, że policzyli mu już wykorzystanego karnego; gdyby to nie było EURO 2012 można by uznać, że jakiś inny turniej mieli na myśli; a tak...)
Prestiż to czasem nie wszystko.
Nie żebym była jakimś tropicielem. Hejterem jakimś strasznym. Nieomylnością chodzącą, co to od alfy i omegi więcej ma w sobie wiedzy. Ot, po prostu zwykła ciekawość po wczorajszym półfinale EURO 2012 skierowała ma paluszki i oczęta na kilka najpopularniejszych newsowych stron w Polsce. Tak, żeby sobie sprawdzić, jakie tytuły wymyślili redaktorzy, jak oceniają, co piszą i komu na głowę wkładają wieniec bohatera spotkania. Czy użalić się raczą nad Cristiano Ronaldo za brak szansy w serii jedenastek. Czy choćby cichym westchnieniem pożegnają heroiczną walkę Portugalii, która jednym udowodniła, że na trzech defensywnych pomocników grać można całkiem skutecznie, ładnie i "do przodu", a drugim pokazała, jak należy działać, by taki efekt uzyskać bez piętna narodowej klęski.
I tak właśnie wyłapałam dwa pomeczowe "kwiatki", wyhodowane chyba na naturalnym nawozie pomeczowych emocji.
1. www.wyborcza.pl (błąd dość szybko poprawili)
2. www.tvn24.pl, "Poprzeczka nie wpuściła Portugalii do finału" (trzy gole Fabregasa wiszą w tekście do dzisiaj; gdyby nie napisali, jak wynika z kontekstu, o sytuacji przed wczorajszym meczem, można by uznać, że policzyli mu już wykorzystanego karnego; gdyby to nie było EURO 2012 można by uznać, że jakiś inny turniej mieli na myśli; a tak...)
Prestiż to czasem nie wszystko.
wtorek, 26 czerwca 2012
Bruce Wszechmogący
Czy można oglądać film kilka razy, nie lubiąc go? Można. "Bruce'a Wszechmogącego" widziałam nieraz, chociaż nawet przez myśl nie przeszło mi, że mogę zaliczyć go do moich ulubionych. Zwłaszcza, że występuje w nim Jim Carrey, które budzi we mnie uczucia wprawdzie od mordu dalekie, ale jednak niemające wiele wspólnego z sympatią. Jest jednak w tym obrazie coś tak ludzkiego, że fajnie obejrzeć go w zaciszu weekendowego domu/mieszkania, gdy refleksja "co by było, gdyby..." nie uwiera tak, jak zazwyczaj.
Do tej pory wszechomogący wydawali się Kuba Wojewódzki i Michał Figurski - kontrowersyjni prowadzący w radiu Eska "Poranny WF". Niestraszne im były procesy i zarzuty, oskarżenia i oburzenia. Oni jakby nawet trochę (bardzo?) się z tych medialnych burz i piorunów cieszyli. Brak świętości nosili przed sobą dumnie niczym tarcze, które pozwalały im żartować w sposób dla przeciętnego Polaka nie do zaakceptowania. Może oburzonym chodziło o przyzwoitość, a może o zazdrość - nie mam pojęcia i nie chcę dociekać. Niewątpliwie obaj panowie wprowadzali do polskiego, nieco czasem stęchłego światka dziennikarskiego dużo kolorytu, co wcale za pozytyw uznane z miejsca być nie musi i nie powinno.
Tak czy siak, miarka się przebrała po niewybrednych gwałto-żartach z Ukrainek. "Poranny WF" znika z anteny radia Eska, Michał Figurski traci konferansjerką fuchę przed półfinałem EURO 2012 w Warszawie, a Kuba Wojewódzki, jak nie on, snuje twarzo-książkowe wyjaśnienia link. Czy obaj panowie są świadomi tego, że teraz to przegięli, i to ostro? Że póki ich ironiczny śmiech wypełniał polskie piekiełko, można go było jakoś takoś obronić, ale gdy stał się międzynarodowy, i to podczas EURO, to chwieje pozytywnym wizerunkiem naszego kraju? Że tego żartu inteligencją już nie da się przykryć. Ba, mało tego, że właśnie z inteligencją to on jest mocno na bakier?
Przyznam szczerze, że tylko pobieżnie znając poglądy obu panów, nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać ze stawianych im oskarżeń o rasizm, nacjonalizm i ksenofobię. Zachowań w ich stylu nie pochwalałam, ale jednak przełamywały one pewne tabu w zupełnie niementorski, niemędrkowaty sposób. A ich odbiorcy są, właściwie należałoby powiedzieć: byli, specyficzni. Tacy w typie kumatych. Polska cała nie była jednak gotowa na taki ton. Wojewódzki i Figurski musieli więc być karani za antenowe wybryki. Krzewienie humanizmu, wolności i tolerancji, jakie proponowali, mocno się przy tym oczywiście promując, wymierzało policzek etyce tak dziennikarskiej, jak i ogólnoludzkiej. Typowy pat, który zarówno oni, jak i ich stacja, dzielnie znosili. Do czasu.
Szkoda, że inteligentni ludzie sami sobie zepsuli hamulce. A może po prostu zapomnieli, jak się ich używa. Czyżby poczucie gwiazdorstwa i pogoń za skandalem rozpuściły ich poglądy? Ale nie wykluczam przy tym, że to ja dałam się nabrać i po prostu chciałam widzieć w ich kontrowersyjnych tekstach drugie dno.
Bo sami Wojewódzki i Figurski pojawią się gdzieś na pewno. Nie mam wątpliwości, że znów zaskoczą.
Do tej pory wszechomogący wydawali się Kuba Wojewódzki i Michał Figurski - kontrowersyjni prowadzący w radiu Eska "Poranny WF". Niestraszne im były procesy i zarzuty, oskarżenia i oburzenia. Oni jakby nawet trochę (bardzo?) się z tych medialnych burz i piorunów cieszyli. Brak świętości nosili przed sobą dumnie niczym tarcze, które pozwalały im żartować w sposób dla przeciętnego Polaka nie do zaakceptowania. Może oburzonym chodziło o przyzwoitość, a może o zazdrość - nie mam pojęcia i nie chcę dociekać. Niewątpliwie obaj panowie wprowadzali do polskiego, nieco czasem stęchłego światka dziennikarskiego dużo kolorytu, co wcale za pozytyw uznane z miejsca być nie musi i nie powinno.
Tak czy siak, miarka się przebrała po niewybrednych gwałto-żartach z Ukrainek. "Poranny WF" znika z anteny radia Eska, Michał Figurski traci konferansjerką fuchę przed półfinałem EURO 2012 w Warszawie, a Kuba Wojewódzki, jak nie on, snuje twarzo-książkowe wyjaśnienia link. Czy obaj panowie są świadomi tego, że teraz to przegięli, i to ostro? Że póki ich ironiczny śmiech wypełniał polskie piekiełko, można go było jakoś takoś obronić, ale gdy stał się międzynarodowy, i to podczas EURO, to chwieje pozytywnym wizerunkiem naszego kraju? Że tego żartu inteligencją już nie da się przykryć. Ba, mało tego, że właśnie z inteligencją to on jest mocno na bakier?
Przyznam szczerze, że tylko pobieżnie znając poglądy obu panów, nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać ze stawianych im oskarżeń o rasizm, nacjonalizm i ksenofobię. Zachowań w ich stylu nie pochwalałam, ale jednak przełamywały one pewne tabu w zupełnie niementorski, niemędrkowaty sposób. A ich odbiorcy są, właściwie należałoby powiedzieć: byli, specyficzni. Tacy w typie kumatych. Polska cała nie była jednak gotowa na taki ton. Wojewódzki i Figurski musieli więc być karani za antenowe wybryki. Krzewienie humanizmu, wolności i tolerancji, jakie proponowali, mocno się przy tym oczywiście promując, wymierzało policzek etyce tak dziennikarskiej, jak i ogólnoludzkiej. Typowy pat, który zarówno oni, jak i ich stacja, dzielnie znosili. Do czasu.
Szkoda, że inteligentni ludzie sami sobie zepsuli hamulce. A może po prostu zapomnieli, jak się ich używa. Czyżby poczucie gwiazdorstwa i pogoń za skandalem rozpuściły ich poglądy? Ale nie wykluczam przy tym, że to ja dałam się nabrać i po prostu chciałam widzieć w ich kontrowersyjnych tekstach drugie dno.
Bo sami Wojewódzki i Figurski pojawią się gdzieś na pewno. Nie mam wątpliwości, że znów zaskoczą.
sobota, 16 czerwca 2012
Życie za życie
Może trochę zbyt amerykańsko i holywoodzko. Może za dużo patosu i polityki. Sztucznych ponoć łez Kate Winslet i zbolałych min Kevina Spacey'ego. W opowieści o tym, co ratować: życie czy ideę nie ma miejsca na kompromisy. Jest za to dużo dylematów, znaków zapytania i podszytego tajemnicą człowieczeństwa.
Tak jak dzisiaj. Dzisiaj jest dzień, o którym nie mogę nie napisać. Może przejdzie do historii na zawsze z czerwoną kartą w futbolowym kalendarzu, zepchnie w czeluście przeszłości Wembley, mecz na wodzie i hiszpańską corridę.
W sumie to się cieszę, że w ostatnich dniach medialne zamieszanie wokół meczu z Czechami skupiło się na obsadzie polskiej bramki i kontuzjach trzech naszych piłkarzy. Gdy do tego doszła wojenka internautów z TVP o filmik zagrzewający biało-czerwonych do walki "Mecz o wszystko Polska - Czechy", poczułam się niemal spokojna. Bo stawka mimo wszystko gdzieś wnika. Oczekiwania i presja chowają się za troską. I ogromną polską flagą, w której ma dzisiaj utonąć stadion we Wrocławiu.
Ja mogę utonąć nawet w deszczu - za oknem zaczyna grzmieć. Byle tylko w tej ulewie było miejsce na łzy radości i kapek kilka pewnych szczególnych napojów.
Polska, biało-czerwoni!!!
PS Serialowa kartka z kalendarza. 16 czerwca 1997 roku wyemitowano pierwszy odcinek serialu "Klan".
PS 2 Społeczna kartka z kalendarza. 16 czerwca 1992 roku w Warszawie otwarto pierwszą w Polsce restaurację McDonald's (tak przeczytałam w autobusie, bo Wikipedia mówi, że to było dzień później).
Tak jak dzisiaj. Dzisiaj jest dzień, o którym nie mogę nie napisać. Może przejdzie do historii na zawsze z czerwoną kartą w futbolowym kalendarzu, zepchnie w czeluście przeszłości Wembley, mecz na wodzie i hiszpańską corridę.
W sumie to się cieszę, że w ostatnich dniach medialne zamieszanie wokół meczu z Czechami skupiło się na obsadzie polskiej bramki i kontuzjach trzech naszych piłkarzy. Gdy do tego doszła wojenka internautów z TVP o filmik zagrzewający biało-czerwonych do walki "Mecz o wszystko Polska - Czechy", poczułam się niemal spokojna. Bo stawka mimo wszystko gdzieś wnika. Oczekiwania i presja chowają się za troską. I ogromną polską flagą, w której ma dzisiaj utonąć stadion we Wrocławiu.
Ja mogę utonąć nawet w deszczu - za oknem zaczyna grzmieć. Byle tylko w tej ulewie było miejsce na łzy radości i kapek kilka pewnych szczególnych napojów.
Polska, biało-czerwoni!!!
PS Serialowa kartka z kalendarza. 16 czerwca 1997 roku wyemitowano pierwszy odcinek serialu "Klan".
PS 2 Społeczna kartka z kalendarza. 16 czerwca 1992 roku w Warszawie otwarto pierwszą w Polsce restaurację McDonald's (tak przeczytałam w autobusie, bo Wikipedia mówi, że to było dzień później).
środa, 13 czerwca 2012
Baby są jakieś inne
Zamknięci w hali wypełnionej zielenią, by stworzyć polskie kino drogi. Akcji tam nie ma. Żadne byki czy bawoły przed maskę nie wybiegają, nie widać nawet polskich żubrów. Tylko Więckiewicz i Woronowicz w samochodowej podróży do męskiej świadomości, ukrytej pod płaszczykiem mizoginii i wyrażonej w składni Koterskiego. Można zasnąć z braku dynamizmu lub popłakać się od nadmiaru inteligentnej narracji - co kto woli.
Ale baby jakieś inne są. Nie ukrywam, że trochę mi z tego powodu żałość skręca wnętrzności. A Euro 2012 jest znakomitą okazją, by wykończyć te moje flaki totalnie i bez wyrzutów sumienia.
Najpierw widzę celebrytki, które deklarują doping dla piłkarzy i którym jak ślepej kurze ziarno trafia się bilet na mecz Polaków. Taka tam okazja do skromnego lansiku. Bo w końcu chyba dobrze na stadionach się pokazać, jak się zaproszenie dostaje. A jak się takiego szczęścia nie ma, to można poopowiadać o swoich planach na Euro 2012. I żadna z tych celebrytek się oczywiście z antyfutbolowego stereotypu nie wyłamie. Na drugie danie zewsząd zalewają porady dla takich właśnie pań. Że kosmetyczka, że fryzjer, że zakupy. I nawet że przyjaciółka, kawka, ploteczki ujdą jak bum cyk cyk.
Ale finał i tak jest najlepszy. Pozwolę sobie przytoczyć rozmowę, którą osobiście dzisiaj odbyłam ze znaną mi przedstawicielką płci pięknej.
- A to dzisiaj jakiś mecz jest? - pyta owa dziewoja.
- Tak, nawet dwa - odpowiadam.
- Ale to Euro? - pyta ponownie ze zdziwieniem, jakby chciała mi wyjaśnić, że przecież nie chodzi jej o jakiś tam pierwszy lepszy mecz.
- Tak, teraz mecze są codziennie - wyjaśniam.
- Ale to Polska gra? - pyta po raz trzeci.
- Nie - mówię.
- A to kiedy teraz Polska gra? - pada czwarte pytanie.
- W sobotę - informuję.
No tak to, tak. Na piłce nożnej kobieta znać się nie musi. Sama się zresztą tylko orientuję. Ale jak dla mnie powyższa scenka rodzajowa nie jest wcale ignorancją sportową czy piłkarską. To jest ignorancja społeczna i ogólnoludzka. W dobie wszechobecnych mediów i docierających z każdej niemal strony, wwiercających się w mózg informacji o Euro, zwyczajnie mnie zaskoczyła. Zwłaszcza, że panie pokazują, jak potrafi je ogarnąć prawdziwy piłkoszał. Taki niemający nic wspólnego z Cristiano Ronaldo czy kimś do niego zupełnie niepodobnym.
Ale baby jakieś inne są. Nie ukrywam, że trochę mi z tego powodu żałość skręca wnętrzności. A Euro 2012 jest znakomitą okazją, by wykończyć te moje flaki totalnie i bez wyrzutów sumienia.
Najpierw widzę celebrytki, które deklarują doping dla piłkarzy i którym jak ślepej kurze ziarno trafia się bilet na mecz Polaków. Taka tam okazja do skromnego lansiku. Bo w końcu chyba dobrze na stadionach się pokazać, jak się zaproszenie dostaje. A jak się takiego szczęścia nie ma, to można poopowiadać o swoich planach na Euro 2012. I żadna z tych celebrytek się oczywiście z antyfutbolowego stereotypu nie wyłamie. Na drugie danie zewsząd zalewają porady dla takich właśnie pań. Że kosmetyczka, że fryzjer, że zakupy. I nawet że przyjaciółka, kawka, ploteczki ujdą jak bum cyk cyk.
Ale finał i tak jest najlepszy. Pozwolę sobie przytoczyć rozmowę, którą osobiście dzisiaj odbyłam ze znaną mi przedstawicielką płci pięknej.
- A to dzisiaj jakiś mecz jest? - pyta owa dziewoja.
- Tak, nawet dwa - odpowiadam.
- Ale to Euro? - pyta ponownie ze zdziwieniem, jakby chciała mi wyjaśnić, że przecież nie chodzi jej o jakiś tam pierwszy lepszy mecz.
- Tak, teraz mecze są codziennie - wyjaśniam.
- Ale to Polska gra? - pyta po raz trzeci.
- Nie - mówię.
- A to kiedy teraz Polska gra? - pada czwarte pytanie.
- W sobotę - informuję.
No tak to, tak. Na piłce nożnej kobieta znać się nie musi. Sama się zresztą tylko orientuję. Ale jak dla mnie powyższa scenka rodzajowa nie jest wcale ignorancją sportową czy piłkarską. To jest ignorancja społeczna i ogólnoludzka. W dobie wszechobecnych mediów i docierających z każdej niemal strony, wwiercających się w mózg informacji o Euro, zwyczajnie mnie zaskoczyła. Zwłaszcza, że panie pokazują, jak potrafi je ogarnąć prawdziwy piłkoszał. Taki niemający nic wspólnego z Cristiano Ronaldo czy kimś do niego zupełnie niepodobnym.
poniedziałek, 11 czerwca 2012
Gol!
Wiem, że to takie banalne, takie przyziemne, takie boleśnie mainstreamowe. Dotyczy to tak samego filmu, jak i mojego wyboru. Przepraszam więc, że losy Santiago Muneza pasują mi do atmosfery Euro, w której rodzą się herosi i zmartwychwstają bogowie.
Wszystko to w klimacie dwóch goli Andrija Szewczenki. Takich iście filmowych. Bo takie rzeczy się nie zdarzają w wypełnionym brutalną codziennością życiu. Żeby po kontuzji, u schyłku kariery, w swoim kraju i w mieście, które dało tyle wzruszeń, zbliżać rodaków do piłkarskiego raju. Niby takie nic. Taka tam piłka nożna. Ale serce mi wariuje, a oczy się pocą na myśl, jak cieszą się teraz ludzie w Kijowie i na całej Ukrainie. I jakkolwiek okrutnie to nie zabrzmi, raczej w radości tej nie będzie myśli o zachodnim bojkocie Euro, łamaniu praw człowieka i więzionej Julii Tymoszenko. Sukces spycha na drugi plan problemy, formatuje świadomość. Nawet, jeśli dotyczy sprawy tak prymitywnej, jak kopanie piłki.
Dzisiaj zazdroszczę Ukraińcom tego prymitywizmu. Tego, że mogą się z niego tak głęboko, prawdziwie, po ludzku ucieszyć. Że mają pełne prawo zwariować zamiast robienia dobrej miny do złej gry.
I wielki jest Szewa! Polska łza się aż w oku zakręciła... Król nie umarł. I nagi też wcale nie jest.
Wszystko to w klimacie dwóch goli Andrija Szewczenki. Takich iście filmowych. Bo takie rzeczy się nie zdarzają w wypełnionym brutalną codziennością życiu. Żeby po kontuzji, u schyłku kariery, w swoim kraju i w mieście, które dało tyle wzruszeń, zbliżać rodaków do piłkarskiego raju. Niby takie nic. Taka tam piłka nożna. Ale serce mi wariuje, a oczy się pocą na myśl, jak cieszą się teraz ludzie w Kijowie i na całej Ukrainie. I jakkolwiek okrutnie to nie zabrzmi, raczej w radości tej nie będzie myśli o zachodnim bojkocie Euro, łamaniu praw człowieka i więzionej Julii Tymoszenko. Sukces spycha na drugi plan problemy, formatuje świadomość. Nawet, jeśli dotyczy sprawy tak prymitywnej, jak kopanie piłki.
Dzisiaj zazdroszczę Ukraińcom tego prymitywizmu. Tego, że mogą się z niego tak głęboko, prawdziwie, po ludzku ucieszyć. Że mają pełne prawo zwariować zamiast robienia dobrej miny do złej gry.
I wielki jest Szewa! Polska łza się aż w oku zakręciła... Król nie umarł. I nagi też wcale nie jest.
czwartek, 7 czerwca 2012
Dzień świra
Dokładnie 10 lat temu pojawił się na horyzoncie polskiej kinematografii. Skradł serca, umysły i języki. Wszystko uczynił mojszym lub nawet najmojszym. Z gówna (psiego) ukręcił bicz. I to niejeden. Długo urok ten docierał do mnie w odcinkach, częściowo. Aż wreszcie gruchnął całą swoją świrowatością. W każdej kropelce. Starannie odliczonej i rytualnej. Klasyk. Miauczyńskiego, Koterskiego, Kondrata.
I na ojców sukcesu czekam jutro. Wraz z Polską. Może nie całą, ale dużą jej częścią. W wigilię. Święto takie rodzinne, a wcale nie bożonarodzeniowe. Choć na bogów czas rzeczywiście przyjdzie jutro. Serce zabije za 24 godziny mocniej. Huknie "Mazurkiem Dąbrowskiego", który może nawet zafałszuję.
Cieszę się! Jakże ja się cieszę! A Euromalkontenci są dla mnie sprytną zagrywką sił politycznych lub ogólnoludzkich, które gotowe są zrobić wiele, byle wyszło na ich. To zacieranie rąk, czekanie na błąd, palenie się w blokach do krytyki jest przykre dla milionów Polaków. Zwłaszcza dla tych 23 facetów, którzy bywają wszakże biegaczo-kopaczami, ale mogą się stać ikonami polskiego sportu. A my wszyscy (z wyjątkami tylko na życzenie), szarzy i zwykli, z Adasiową najniższą krajową dotkniemy wtedy bram społecznego eldorado.
I na ojców sukcesu czekam jutro. Wraz z Polską. Może nie całą, ale dużą jej częścią. W wigilię. Święto takie rodzinne, a wcale nie bożonarodzeniowe. Choć na bogów czas rzeczywiście przyjdzie jutro. Serce zabije za 24 godziny mocniej. Huknie "Mazurkiem Dąbrowskiego", który może nawet zafałszuję.
Cieszę się! Jakże ja się cieszę! A Euromalkontenci są dla mnie sprytną zagrywką sił politycznych lub ogólnoludzkich, które gotowe są zrobić wiele, byle wyszło na ich. To zacieranie rąk, czekanie na błąd, palenie się w blokach do krytyki jest przykre dla milionów Polaków. Zwłaszcza dla tych 23 facetów, którzy bywają wszakże biegaczo-kopaczami, ale mogą się stać ikonami polskiego sportu. A my wszyscy (z wyjątkami tylko na życzenie), szarzy i zwykli, z Adasiową najniższą krajową dotkniemy wtedy bram społecznego eldorado.
sobota, 12 maja 2012
Nad życie
Często mówisz: "Kocham Cię nad życie", "Lubię to robić nad życie"... A można też po prostu nad życie żyć. Wiem, że to takie wzniosłe, górnolotne, ociekające patosem. A ja łapię się raz za razem na tym, jak mi to coraz bardziej wadzi. Dlatego tak trudno mi jakoś się odnieść do filmu o Agacie Mróz-Olszewskiej, siatkarce, która najpierw chciała urodzić dziecko, a dopiero potem poddała się przeszczepowi szpiku kostnego. Która nie umarła jednak wcale na białaczkę, a na sepsę. Której mąż nie chciał przyjąć przyznanego jej pośmiertnie Krzyża Kawalerskiego Orderu Odrodzenia Polski.
Filmu jeszcze nie widziałam. Znam go tylko z zapowiedzi i komentarzy. I nie wiem, co z tym fantem zrobić. Bo nawet unikając taniego sentymentalizmu, może właśnie go potęgować. Tworzyć mit heroiny, a nie kobiety, która walczyła na siatkarskim boisku i wysoko wystawiała ręce także ponad prywatną siatkę choroby. Czy trzeba wystawiać ludziom pomniki za miłość, spłycając ją przy tym już na samym starcie?
Z podobnie mieszanymi uczuciami, wklejam to:
Teksty moje, ale zabić nie powinny nikogo.
Filmu jeszcze nie widziałam. Znam go tylko z zapowiedzi i komentarzy. I nie wiem, co z tym fantem zrobić. Bo nawet unikając taniego sentymentalizmu, może właśnie go potęgować. Tworzyć mit heroiny, a nie kobiety, która walczyła na siatkarskim boisku i wysoko wystawiała ręce także ponad prywatną siatkę choroby. Czy trzeba wystawiać ludziom pomniki za miłość, spłycając ją przy tym już na samym starcie?
Z podobnie mieszanymi uczuciami, wklejam to:
Teksty moje, ale zabić nie powinny nikogo.
środa, 11 kwietnia 2012
Mamuśka
Zero wzniosłego kina. Chociaż może? Jak dla kogo. Macierzyństwo Susan Sarandon na pierwszym planie, w tle i nawet w szerokim uśmiechu Julii Roberts (co to podobno gorsza jest od Małgorzaty Foremniak aktorsko, ale lepsza marketingowo). Wszystko w hollywoodzkim sosie, który trąci, jak to bywa, cukierkowym smaczkiem.
Ale my gorsi od Hollywoodu nie jesteśmy wcale. Też mamy swoją mamuśkę. I to od ponad dwóch miesięcy, a sprawa jest rozwojowa. I nie, chociaż mięsożerna, to ludożercą nie jestem: nie zamierzam karmić się tragedią, która w istocie już od dawna nią nie jest. Przynajmniej nie w moim rozumieniu tragedii. Tak zwyczajnie i po ludzku gratuluję po prostu scenarzyście/scenarzystom widowiska. Sztuka to wielka tworzyć taką fabułą, mając do dyspozycji tak skromną obsadę aktorską. Wciąż ci sami bohaterowie, a tyle interesujących wątków. Zwroty akcji. Emocje. Ach... Naprawdę lepsza to historia niż te odgrzewane smoleńskie kotlety. Nie mam tu na myśli ofiar katastrofy ani ich rodzin. Obrazić nikogo nie chcę. Szydzić wcale nie mam ochoty. Trwający od prawie dwóch lat spektakl raczej polityczny niż ogólnoludzki odbieram po prostu jako nieudolny. W zestawieniu ze sprawą z Sosnowca wygląda zaś już szczególnie żałośnie. Bo wciąż te same wątki, które nie nużą chyba wyłącznie głównych aktorów przedstawienia. Do znudzenia powtarzających swoje kwestie. Grających jedną, wcale nieoscarową miną, źle napisane role.
Dumni więc być chyba powinniśmy ze scenariusza rodzinnej tragedii, której nie łyknęłaby antyczna zasada decorum, ale którą połykamy my. Chociaż łykowata. Dumni, dumni. Bo do tego wszystkiego to nie jest żaden zagraniczny format (przynajmniej nic mi na ten temat nie wiadomo), przerobiony mniej lub bardziej zręcznie. Ale nasza, polska, rodzima produkcja! Szkoda tylko, że na razie Galla Anonima. Bo jakby autor się ujawnił, to mógłby pisać więcej. Tak, żeby uchronić polski przemysł filmowy przed kolejną skacowaną Warszawą.
Ale my gorsi od Hollywoodu nie jesteśmy wcale. Też mamy swoją mamuśkę. I to od ponad dwóch miesięcy, a sprawa jest rozwojowa. I nie, chociaż mięsożerna, to ludożercą nie jestem: nie zamierzam karmić się tragedią, która w istocie już od dawna nią nie jest. Przynajmniej nie w moim rozumieniu tragedii. Tak zwyczajnie i po ludzku gratuluję po prostu scenarzyście/scenarzystom widowiska. Sztuka to wielka tworzyć taką fabułą, mając do dyspozycji tak skromną obsadę aktorską. Wciąż ci sami bohaterowie, a tyle interesujących wątków. Zwroty akcji. Emocje. Ach... Naprawdę lepsza to historia niż te odgrzewane smoleńskie kotlety. Nie mam tu na myśli ofiar katastrofy ani ich rodzin. Obrazić nikogo nie chcę. Szydzić wcale nie mam ochoty. Trwający od prawie dwóch lat spektakl raczej polityczny niż ogólnoludzki odbieram po prostu jako nieudolny. W zestawieniu ze sprawą z Sosnowca wygląda zaś już szczególnie żałośnie. Bo wciąż te same wątki, które nie nużą chyba wyłącznie głównych aktorów przedstawienia. Do znudzenia powtarzających swoje kwestie. Grających jedną, wcale nieoscarową miną, źle napisane role.
Dumni więc być chyba powinniśmy ze scenariusza rodzinnej tragedii, której nie łyknęłaby antyczna zasada decorum, ale którą połykamy my. Chociaż łykowata. Dumni, dumni. Bo do tego wszystkiego to nie jest żaden zagraniczny format (przynajmniej nic mi na ten temat nie wiadomo), przerobiony mniej lub bardziej zręcznie. Ale nasza, polska, rodzima produkcja! Szkoda tylko, że na razie Galla Anonima. Bo jakby autor się ujawnił, to mógłby pisać więcej. Tak, żeby uchronić polski przemysł filmowy przed kolejną skacowaną Warszawą.
środa, 29 lutego 2012
W ciemności
Przepraszam, ale nie widziałam. Chociaż chciałabym. Zwłaszcza dla Więckiewicza, który nie dość, że jest dobrym aktorem, wydaje się fajnym człowiekiem, to jeszcze cudownie odnalazł się w tych krótkich wstawkach na czerwonym dywanie.
A tak w ogóle to poczułam niepohamowaną żądzę, by coś napisać, bo dzisiaj 29 lutego. Następna taka okazja za 4 lata. No, a że w tym roku przyjdzie koniec świata, to i tak nie będzie mi dane. Zresztą, nawet i bez tego, nie mam pewności, czy by mi było.
Jestem więc w tym przestępnym obiegu. I to wcale nie ze względu na jego związki z przestępczością - wszak nasi piłkarze grają dzisiaj z Portugalią, i to na Stadionie Narodowym. Jak będzie łączność, to może i światło nie zgaśnie. Chyba, że CR7 będzie biegł tak szybko, że naszym wyłączy prąd i zrobi im się ciemno przed oczami. Nie wiem, który wstyd byłby większy. Dlatego potrzeba bohatera na miarę Ebiego z Chorzowa, tak by przysypać cukrem sól spożywczą tylko z nazwy, pozostawić na boku sprawy premii, zastąpić brak Oscara (a może Roberta?). I oczywiście otrzeć łzy po Ryśku z "Klanu".
A tak w ogóle to poczułam niepohamowaną żądzę, by coś napisać, bo dzisiaj 29 lutego. Następna taka okazja za 4 lata. No, a że w tym roku przyjdzie koniec świata, to i tak nie będzie mi dane. Zresztą, nawet i bez tego, nie mam pewności, czy by mi było.
Jestem więc w tym przestępnym obiegu. I to wcale nie ze względu na jego związki z przestępczością - wszak nasi piłkarze grają dzisiaj z Portugalią, i to na Stadionie Narodowym. Jak będzie łączność, to może i światło nie zgaśnie. Chyba, że CR7 będzie biegł tak szybko, że naszym wyłączy prąd i zrobi im się ciemno przed oczami. Nie wiem, który wstyd byłby większy. Dlatego potrzeba bohatera na miarę Ebiego z Chorzowa, tak by przysypać cukrem sól spożywczą tylko z nazwy, pozostawić na boku sprawy premii, zastąpić brak Oscara (a może Roberta?). I oczywiście otrzeć łzy po Ryśku z "Klanu".
poniedziałek, 13 lutego 2012
Bodyguard
To będzie najbardziej oklepana notka świata. Tytuł mówi wszystko. Tylko co z tego, że ten boleśnie pensjonarski w swej wymowie film o ochroniarzu gwiazdy dostał górę nominacji do "Złotych Malin", w tym tak zatykająco śmieszną jak "Najgorszy debiut: bardzo krótko ostrzyżone włosy Kevina Costnera", skoro jutro niejeden ludek na świecie odtworzy go po raz -ęty z taśmy czy płyty? I wzdychać będzie za uroczym i kochanym Kevinem C. I myśleć będzie, czemu takiego właśnie ochroniarza nie było przy Whitney Houston. I słuchać będzie piosenki, która i tak królowałaby w serduszkowym szaleństwie 14 lutego, a po sobotnich wydarzeniach królować będzie tym okazalej i szlachetniej.
Nie, wcale nie będzie ckliwie. Bez żadnego "I will always love you" - gdzieś kiedyś pożyczonego i przerobionego na hit. O Szymborskiej to nie napisałam ani słowa. A o Houston napisałam już kilkadziesiąt. Jestem więc w tej relacji gorsza chyba nawet od pudelka. Ani to jednak wyraz żadnych sympatii, ani antypatii. Po prostu kolejny raz ze światem żegna się ktoś, kto osiągnął międzynarodowy sukces, a nie potrafił poradzić sobie ze sobą. Ktoś, kto "chorował" na siebie na oczach milionów, a komu nikt w tej chorobie nie ulżył. I znów sypią się piękne wspomnienia, wzniosłe wyznania, deklaracje, oceny, kwiaty i łzy. Bo nawet przerypany występ na festiwalu w Sopocie można dzisiaj wypolerować. Choć wcześniej zawsze był szczytem gwiazdorstwa i synonimem artystycznej porażki. I aż ciekawość mi się uaktywnia na myśl, co po mojej śmierci powiedzą ci, którzy mnie nie lubili. Jakieś "o zmarłych się źle nie mówi" czy raczej "I will always love you"? Wróć, pośmiertny nagrobek z wielu miłości jest dla pięknych, sławnych i bogatych. Nad zwykłym człowiekiem można się najwyżej ulitować. Ale i tak wiem. "Być nikim to w gruncie rzeczy przywilej".
No, ale dobry ochroniarz też się przyda.
Nie, wcale nie będzie ckliwie. Bez żadnego "I will always love you" - gdzieś kiedyś pożyczonego i przerobionego na hit. O Szymborskiej to nie napisałam ani słowa. A o Houston napisałam już kilkadziesiąt. Jestem więc w tej relacji gorsza chyba nawet od pudelka. Ani to jednak wyraz żadnych sympatii, ani antypatii. Po prostu kolejny raz ze światem żegna się ktoś, kto osiągnął międzynarodowy sukces, a nie potrafił poradzić sobie ze sobą. Ktoś, kto "chorował" na siebie na oczach milionów, a komu nikt w tej chorobie nie ulżył. I znów sypią się piękne wspomnienia, wzniosłe wyznania, deklaracje, oceny, kwiaty i łzy. Bo nawet przerypany występ na festiwalu w Sopocie można dzisiaj wypolerować. Choć wcześniej zawsze był szczytem gwiazdorstwa i synonimem artystycznej porażki. I aż ciekawość mi się uaktywnia na myśl, co po mojej śmierci powiedzą ci, którzy mnie nie lubili. Jakieś "o zmarłych się źle nie mówi" czy raczej "I will always love you"? Wróć, pośmiertny nagrobek z wielu miłości jest dla pięknych, sławnych i bogatych. Nad zwykłym człowiekiem można się najwyżej ulitować. Ale i tak wiem. "Być nikim to w gruncie rzeczy przywilej".
No, ale dobry ochroniarz też się przyda.
sobota, 28 stycznia 2012
Rozmowy kontrolowane
Z góry uprzedzam: nie jestem fanką filmów z PRL-owym kontekstem. Za krótko żyję i za mało uczyłam się historii. Ale nie mogę równocześnie powiedzieć, że nie lubię takiego klimatu. Po prostu patrzę (lub, jak wolą niektórzy, pacze). Bez wspomnień, których nie mam. I bez żalu, którego nie czuję, bo też czuć go nie mam prawa.
Ale mam prawo widzieć w tej szaleńczej, goniącej ACTA rzeczywistości, echa tamtych czasów. Poskładać gdzieś z okruchów własnej mizernej wiedzy i opowieści tych, którzy tamten świat przeżyli, swoje wyobrażenia. Przefiltrować przez siebie i zobaczyć, jak śmieje się historia.
A temat prozaiczny. Dla mnie jednak jakiś taki nie do pogodzenia. Bo gdy nowoczesny, współczesny sklep przypomina ten znany mi tylko z filmów i kronik filmowych PRL-u, to dzieje się według mnie źle. I jestem w tym nowoczesnym, współczesnym sklepie, i humor mój staje się kwaśny jak ocet, który łączy dwa światy i dwa czasy. Nie potrafię przyjąć, że normalnością jest obsługa sklepowa fukająca na klientów li tylko za to, że nie mają drobnych. Mająca do nich pretensje za banknot o dużym nominale. I swoją bilonową pustkę w kasie. To co, to może zostawić zakupy i wyjść? Niech sobie pani kasuje paragon i nie ma problemu? Jakby ten klient kupujący chleb za 2,19 zł miał jakąś szczególną przyjemność z utrudniania życia Wielkiej w Swej Łaskawości i Uprzejmości Pani Sklepowej. I te spojrzenia, westchnienia te - zniosłabym. Gdyby nie komentarze po wyjściu nieszczęsnego klienta. Bo jedna pani kasjerka musi drugiej pani kasjerce od razu swój żal opowiedzieć. A że ogonek ludzi czeka i tu, i tam? A kto zajmowałby się tym w ogóle? Grunt, że człowiek niepoważny za chleb płaci stówą. Profesjonalizm pierwsza klasa. Mistrzowska.
Niech będzie, że jestem inna. Że małomiasteczkowa. Że prowincjonalna. Że czepialska. A i owszem - jestem. Bo zwyczajnie nie kupuję w dobie pełnych półek i coraz bardziej pustawych kieszeni, pięknych budynków i układanych według klucza towarów, takiej nieprzystawalności obsługi. Pewnie w mojej "łupince" właściciela czy kierownika sklepu po takich zachowaniach personelu bolałyby już od słuchania uszy. Cóż, tutaj widocznie tak nie jest.
PS Aha, a ja za swoje zakupy zapłaciłam kartą. 7,19 zł. Pani nie musiała biegać za resztą.
Ale mam prawo widzieć w tej szaleńczej, goniącej ACTA rzeczywistości, echa tamtych czasów. Poskładać gdzieś z okruchów własnej mizernej wiedzy i opowieści tych, którzy tamten świat przeżyli, swoje wyobrażenia. Przefiltrować przez siebie i zobaczyć, jak śmieje się historia.
A temat prozaiczny. Dla mnie jednak jakiś taki nie do pogodzenia. Bo gdy nowoczesny, współczesny sklep przypomina ten znany mi tylko z filmów i kronik filmowych PRL-u, to dzieje się według mnie źle. I jestem w tym nowoczesnym, współczesnym sklepie, i humor mój staje się kwaśny jak ocet, który łączy dwa światy i dwa czasy. Nie potrafię przyjąć, że normalnością jest obsługa sklepowa fukająca na klientów li tylko za to, że nie mają drobnych. Mająca do nich pretensje za banknot o dużym nominale. I swoją bilonową pustkę w kasie. To co, to może zostawić zakupy i wyjść? Niech sobie pani kasuje paragon i nie ma problemu? Jakby ten klient kupujący chleb za 2,19 zł miał jakąś szczególną przyjemność z utrudniania życia Wielkiej w Swej Łaskawości i Uprzejmości Pani Sklepowej. I te spojrzenia, westchnienia te - zniosłabym. Gdyby nie komentarze po wyjściu nieszczęsnego klienta. Bo jedna pani kasjerka musi drugiej pani kasjerce od razu swój żal opowiedzieć. A że ogonek ludzi czeka i tu, i tam? A kto zajmowałby się tym w ogóle? Grunt, że człowiek niepoważny za chleb płaci stówą. Profesjonalizm pierwsza klasa. Mistrzowska.
Niech będzie, że jestem inna. Że małomiasteczkowa. Że prowincjonalna. Że czepialska. A i owszem - jestem. Bo zwyczajnie nie kupuję w dobie pełnych półek i coraz bardziej pustawych kieszeni, pięknych budynków i układanych według klucza towarów, takiej nieprzystawalności obsługi. Pewnie w mojej "łupince" właściciela czy kierownika sklepu po takich zachowaniach personelu bolałyby już od słuchania uszy. Cóż, tutaj widocznie tak nie jest.
PS Aha, a ja za swoje zakupy zapłaciłam kartą. 7,19 zł. Pani nie musiała biegać za resztą.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

