poniedziałek, 13 lutego 2012

Bodyguard

To będzie najbardziej oklepana notka świata. Tytuł mówi wszystko. Tylko co z tego, że ten boleśnie pensjonarski w swej wymowie film o ochroniarzu gwiazdy dostał górę nominacji  do "Złotych Malin", w tym tak zatykająco śmieszną jak "Najgorszy debiut: bardzo krótko ostrzyżone włosy Kevina Costnera", skoro jutro niejeden ludek na świecie odtworzy go po raz -ęty z taśmy czy płyty? I wzdychać będzie za uroczym i kochanym Kevinem C. I myśleć będzie, czemu takiego właśnie ochroniarza nie było przy Whitney Houston. I słuchać będzie piosenki, która i tak królowałaby w serduszkowym szaleństwie 14 lutego, a po sobotnich wydarzeniach królować będzie tym okazalej i szlachetniej.

Nie, wcale nie będzie ckliwie. Bez żadnego "I will always love you" - gdzieś kiedyś pożyczonego i przerobionego na hit. O Szymborskiej to nie napisałam ani słowa. A o Houston napisałam już kilkadziesiąt. Jestem więc w tej relacji gorsza chyba nawet od pudelka. Ani to jednak wyraz żadnych sympatii, ani antypatii. Po prostu kolejny raz ze światem żegna się ktoś, kto osiągnął międzynarodowy sukces, a nie potrafił poradzić sobie ze sobą. Ktoś, kto "chorował" na siebie na oczach milionów, a komu nikt w tej chorobie nie ulżył. I znów sypią się piękne wspomnienia, wzniosłe wyznania, deklaracje, oceny, kwiaty i łzy. Bo nawet przerypany występ na festiwalu w Sopocie można dzisiaj wypolerować. Choć wcześniej zawsze był szczytem gwiazdorstwa i synonimem artystycznej porażki. I aż ciekawość mi się uaktywnia na myśl, co po mojej śmierci powiedzą ci, którzy mnie nie lubili. Jakieś "o zmarłych się źle nie mówi" czy raczej "I will always love you"? Wróć, pośmiertny nagrobek z wielu miłości jest dla pięknych, sławnych i bogatych. Nad zwykłym człowiekiem można się najwyżej ulitować. Ale i tak wiem. "Być nikim to w gruncie rzeczy przywilej".

No, ale dobry ochroniarz też się przyda.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz