Pewnie po tym filmie powinnam się przekonać do Michała Żebrowskiego. Zrobiłabym to, naprawdę! Tyle, że wcześniej stało się to za sprawą "Pręg" (kocham tę scenę z lustrem!). Andrzejowi Sewerynowi udało się uchwycić w tym obrazie kilka uderzających jak obuchem w łeb sytuacji, może trochę stereotypowo, ale z jakąś chwytającą za serce subtelnością. W zasadzie jedyną rysą na tym filmie jest w moich oczach spłycanie jego odbioru i przesłania. Cóż, nie można mieć wszystkiego.
Czasami się wydaje, że wszystko bierze w łeb. Nic, tylko: zero, lufa, pała i wylecieć za burtę. Najmilej jest wtedy zostać pozytywnie zaskoczonym. Przez ludzi, którzy zaskakiwać to potrafią tylko burknięciem, chamstwem i zadzieraniem nosa z tytułu jaśnie służbistości wysokiej, najwyższej.
A jednak się kręci! Zapewniam. Wczoraj dostałam do ręki dwa argumenty zwykłej ludzkiej uprzejmości. Pewnie w gruncie rzeczy drobnej, może nawet obliczonej na własną korzyść tudzież spowodowanej obrazem nędzy i rozpaczy niżej podpisanej. Tak czy siak, ładują takie rzeczy niesamowicie. Chociaż mniej niż pokazanie drogi małemu chłopcu i jego tacie, żeby dzieciak dotarł na czas na jakiś tam superwyjebisty event.
Naprawdę, MasterCard niech się ze wstydu schowa.
środa, 26 października 2011
czwartek, 20 października 2011
28 dni
Wreszcie idealnie przetłumaczony na polski tytuł filmu! Nowina, którą trzeba obwieścić światu. Poza tym, rzecz się tyczy uzależnienia. W jego szponach - Sandra Bullock - ta, która w jednym roku zgarnęła i Złotą Malinę, i Oscara. Dwie najważniejsze nagrody filmowe, ho, ho;). Tylko za role inne. W "babskim" filmie o alkoholizmie, klinice odwykowej i "utapianym" życiu, co się chce je ratować, zdecydowanie też daje radę.
Bez Internetu sobie dawać radę trudno, trudniście. Wystarczy dzień odcięcia od sieci, a tu w prześnionym konkursie popularności w SLD wygrywa Leszek Miller, Sławomir Kopyciński zaczyna popierać Palikota, pierwszy raz od prawie dwóch lat Polak strzela gola w piłkarskiej Lidze Mistrzów, Carla Bruni rodzi córkę, Maciej Iłowiecki przez Nergala odchodzi z Rady Etyki Mediów... I wreszcie hit: Muammar Kadafi nie żyje.
Media trochę o tym poopowiadają, popiszą, jakoś mi się widzi, że krócej niż 28 dni. Temat ucichnie i trzeba będzie szukać kolejnego diabła wcielonego. Z nim: źle, bez niego: jeszcze gorzej. Daleka jestem od artykułowania jakichkolwiek ciepłych słów na temat dyktatora Libii. Czy dyktatora w ogóle. Ale nakręcanie spirali wokół Kadafich czy innych Mubaraków z wieloletnim ludzkim cierpieniem w tle czasami zaczyna nie tyle dotykać sensu rzeczy, ile promować kolejnych ziemskich szatanów. Układ wygodny, choć cyniczny. Informacja karmi się tragedią Kowalskich, ale delektuje osobowością. A dyktatorom osobowości odmówić nie można. Giną więc (niekoniecznie dosłownie) też w filmowych okolicznościach, z aparatami i kamerami niemal wciśniętymi w cztery litery. W maju bin Laden, teraz Kadafi - luźno się robi po ciemnej stronie mocy. Jakiś Voldemort kolejny wypłynąć po prostu musi. Media pomogą.
A podobno Polska to dziki kraj.
Bez Internetu sobie dawać radę trudno, trudniście. Wystarczy dzień odcięcia od sieci, a tu w prześnionym konkursie popularności w SLD wygrywa Leszek Miller, Sławomir Kopyciński zaczyna popierać Palikota, pierwszy raz od prawie dwóch lat Polak strzela gola w piłkarskiej Lidze Mistrzów, Carla Bruni rodzi córkę, Maciej Iłowiecki przez Nergala odchodzi z Rady Etyki Mediów... I wreszcie hit: Muammar Kadafi nie żyje.
Media trochę o tym poopowiadają, popiszą, jakoś mi się widzi, że krócej niż 28 dni. Temat ucichnie i trzeba będzie szukać kolejnego diabła wcielonego. Z nim: źle, bez niego: jeszcze gorzej. Daleka jestem od artykułowania jakichkolwiek ciepłych słów na temat dyktatora Libii. Czy dyktatora w ogóle. Ale nakręcanie spirali wokół Kadafich czy innych Mubaraków z wieloletnim ludzkim cierpieniem w tle czasami zaczyna nie tyle dotykać sensu rzeczy, ile promować kolejnych ziemskich szatanów. Układ wygodny, choć cyniczny. Informacja karmi się tragedią Kowalskich, ale delektuje osobowością. A dyktatorom osobowości odmówić nie można. Giną więc (niekoniecznie dosłownie) też w filmowych okolicznościach, z aparatami i kamerami niemal wciśniętymi w cztery litery. W maju bin Laden, teraz Kadafi - luźno się robi po ciemnej stronie mocy. Jakiś Voldemort kolejny wypłynąć po prostu musi. Media pomogą.
A podobno Polska to dziki kraj.
piątek, 14 października 2011
Szansa na sukces
Mierzi mnie, że polski tytuł naiwniutkiego filmiku o muzycznej karierze dziewczyny z prowincji kala jeden z moich ulubionych telewizyjnych programów. Elżbieta Skrętkowska wymyśliła diament, który od samego początku niezmiennie szlifuje Wojciech Mann. Niestety, ten rdzennie polski format, dla którego lekko obrazą byłoby określenie "talent show", zaczyna moim zdaniem tracić. Nie tyle jednak przez wysyp innych muzycznych widowisk, które kuszą walizkami pieniędzy i kontraktami płytowymi, a przez dziwne zabiegi przy koncercie laureatów podsumowującym roczny cykl programu i upadek Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu.
Nowy show TVP2 "Voice of Poland" miał w moich oczach okazję zbliżyć się do "Szansy...", ale ostatnie wypowiedzi prezesa TVP Juliusza Brauna (link) właśnie szansę na dłuższy sukces zabrały. Jak można odcinać nowemu programowi tlen wtedy, gdy tak naprawdę bieg dopiero się zaczyna? Nie chcę się powtarzać (patrz: "Czarny łabędź"), ale Nergal jest duszą całego show. W Internecie aż roi się od wypowiedzi ludzi, którzy oglądają go ze względu na obecność Darskiego, oceniają bardzo pozytywnie i nie czują się urażeni obecnością. Gdy odejdzie, oni prawdopodobnie odejdą wraz z nim.
Od zabawy w Pytię ważniejsza jest jednak rzeczywistość. W świecie biznesu, a takim jest bez wątpienia telewizja, okazanie słabości i uleganie presji w stylu Brauna wydaje się samobójstwem. Samą decyzję zrozumieć jestem w stanie (w końcu - teoretycznie - TVP to nie prywatny folwark), podobnie jak poprzedzające ją krytyczne głosy pod adresem lidera Behemotha (różny jest poziom ludzkiej wrażliwości i religijności), ale już czas i sposób jej przedstawienia zakrawają na amatorszczyznę.
Prezesowi Braunowi pozostaje mi pogratulować roztropności, a Nergalowi życzyć jeszcze lepszej zabawy z polskim grajdołkiem i powodzenia w pracy dla TVN-u, Polsatu czy innej stacji.
Nowy show TVP2 "Voice of Poland" miał w moich oczach okazję zbliżyć się do "Szansy...", ale ostatnie wypowiedzi prezesa TVP Juliusza Brauna (link) właśnie szansę na dłuższy sukces zabrały. Jak można odcinać nowemu programowi tlen wtedy, gdy tak naprawdę bieg dopiero się zaczyna? Nie chcę się powtarzać (patrz: "Czarny łabędź"), ale Nergal jest duszą całego show. W Internecie aż roi się od wypowiedzi ludzi, którzy oglądają go ze względu na obecność Darskiego, oceniają bardzo pozytywnie i nie czują się urażeni obecnością. Gdy odejdzie, oni prawdopodobnie odejdą wraz z nim.
Od zabawy w Pytię ważniejsza jest jednak rzeczywistość. W świecie biznesu, a takim jest bez wątpienia telewizja, okazanie słabości i uleganie presji w stylu Brauna wydaje się samobójstwem. Samą decyzję zrozumieć jestem w stanie (w końcu - teoretycznie - TVP to nie prywatny folwark), podobnie jak poprzedzające ją krytyczne głosy pod adresem lidera Behemotha (różny jest poziom ludzkiej wrażliwości i religijności), ale już czas i sposób jej przedstawienia zakrawają na amatorszczyznę.
Prezesowi Braunowi pozostaje mi pogratulować roztropności, a Nergalowi życzyć jeszcze lepszej zabawy z polskim grajdołkiem i powodzenia w pracy dla TVN-u, Polsatu czy innej stacji.
Skazani na Shawshank
Najpierw przeproszę. Film jest dobry, ale mnie zwyczajnie nie rusza. Zrobienie z czegoś, co wyszło spod ręki Stephena Kinga dzieła wzniosłego jawi mi się jako straszna nieodpowiedniość. A mam dziwne przekonanie, że wielu tak chce "Skazanych..." postrzegać. Świadczą o tym miejsce tego filmu w rankingu na jednym z tematycznych wortali i komentarze widzów. Nie godzę się ani na to, ani tym bardziej: na windowanie jakiegokolwiek artystycznego wytworu li tylko ze względów techniczno-warsztatowych. Pozostaje mi zaakceptowanie faktu, że (być może) film ten po prostu nie ma wrogów.
Na oponentów wydaje się skazany Janusz Palikot. Jego 10% w sejmie będzie pewnie co niektórych uwierać. Zaczęło się od chęci zdejmowania krzyża z sali posiedzeń, więc napięcie musi wzrastać.
Trudno odmawiać najsłynniejszemu winiarzowi nad Wisłą charyzmy, sprawności i umiejętności socjotechnicznych, ale dla mnie jego sukces jest pokłosiem wojny polsko-polskiej. Przesiąknięci platformiano-pisowskim smrodkiem Polacy zagłosowali na tego, który wnosi świeżość, nowość i ma szansę przeciwstawić się największym. Żadna w tym siła programu i poglądów Ruchu (nie mylić z kioskiem Ruchu). Dlatego też ogólnonarodowego katharsis, nawet po winie Palikota, w ogóle się nie spodziewam. Inna rzecz, że Polacy kochają nie tylko sielanki, ale też rozrywkę, a tej (bez urazy) z czterdziestoma posłami debiutującego w sejmie ugrupowania nie powinno zabraknąć.
W związku z zaistniałą sytuacją Pan Janusz z Biłgoraja, szerzej znany jako Pan Janusz z Lublina powinien podziękować wszystkim Tuskom i Kaczyńskim, a także środkom masowego przekazu za to, że ci pierwsi tak pięknie się nie lubią na oczach całej Polski, a ci drudzy tak chętnie i obszernie prezentowali rosnące poparcie Ruchu (nie mylić z kioskiem Ruchu), chociaż wcześniej zdawało się, że wykopali go ze swoich czołówek politycznych.
Na oponentów wydaje się skazany Janusz Palikot. Jego 10% w sejmie będzie pewnie co niektórych uwierać. Zaczęło się od chęci zdejmowania krzyża z sali posiedzeń, więc napięcie musi wzrastać.
Trudno odmawiać najsłynniejszemu winiarzowi nad Wisłą charyzmy, sprawności i umiejętności socjotechnicznych, ale dla mnie jego sukces jest pokłosiem wojny polsko-polskiej. Przesiąknięci platformiano-pisowskim smrodkiem Polacy zagłosowali na tego, który wnosi świeżość, nowość i ma szansę przeciwstawić się największym. Żadna w tym siła programu i poglądów Ruchu (nie mylić z kioskiem Ruchu). Dlatego też ogólnonarodowego katharsis, nawet po winie Palikota, w ogóle się nie spodziewam. Inna rzecz, że Polacy kochają nie tylko sielanki, ale też rozrywkę, a tej (bez urazy) z czterdziestoma posłami debiutującego w sejmie ugrupowania nie powinno zabraknąć.
W związku z zaistniałą sytuacją Pan Janusz z Biłgoraja, szerzej znany jako Pan Janusz z Lublina powinien podziękować wszystkim Tuskom i Kaczyńskim, a także środkom masowego przekazu za to, że ci pierwsi tak pięknie się nie lubią na oczach całej Polski, a ci drudzy tak chętnie i obszernie prezentowali rosnące poparcie Ruchu (nie mylić z kioskiem Ruchu), chociaż wcześniej zdawało się, że wykopali go ze swoich czołówek politycznych.
piątek, 7 października 2011
S@motność w sieci
Dobra, wiem, że na początku było słowo. Słowo pisane ręką Janusza L. Wiśniewskiego. Ale film był także! Chyra jak to Chyra, ale inny. Nie taki zimny dranio-cwianiak z "Długu" czy "Komornika" tylko romantyko-naukowiec. Lubię go. Jest dla mnie jakimś gwarantem, że gniota nie będzie, a przy tym totalną tajemnicą. Za Cielecką za to nie przepadam. Jej wygląd, głos i sposób gry są w moim odczuciu zupełnie niekompatybilne.
Chociaż do tej akurat roli pasowała wyśmienicie. Nie zmienia to faktu, że od filmu wolę książkę.
Trochę już czasu minęło odkąd ją przeczytałam. No i co, no podobała mi się. Nie znam się na literackim warsztacie, walorach artystycznych, wymogach, ocenach. Za mało wiem i za mało przeczytałam. Tu jednak było coś do szpiku kości ludzkiego, do tego obleczonego naukowym osierdziem. Wciąż pamiętam rzecz o wyjęciu mózgu Einsteina i włożeniu go do formaliny, bo "Einstein należał do wszystkich". Czyli takie romantyczno-łzawe esy-floresy dla niewyżytych uczuciowo i seksualnie (dla tych, co to oddzielają) bab o obniżonym ilorazie inteligencji i podwyższonym poziomie marzycielstwa z nutką naukowości dla samozadowolenia (bez urazy).
Dzisiaj wpadło mi w ręce wydanie "S@motność w sieci. Tryptyk" i tak sobie poprzeglądałam. Chciałam sobie takie inne romatyczno-jakieśtam (toż chyba...?) czytadełko Janusza L. wypożyczyć, ale nie było. Jak było - dwa razy nie wzięłam, to teraz te dwa razy za opieszałość po głowie dostałam. Nic to, przeżyję. W drodze do biblioteki, w tę i we w tę, tam i z powrotem mnóstwo ludzi mijałam: studenci nie studenci, ale w większości tak, każdy po coś gna, czegoś szuka, nikt się nie zna; rozgadane przedszkolaki w autobusie (może już uczniowie? - z biegiem czasu straciłam zdolność oceny wieku takich dzieciaków - wydają się takie małe); wnoszona do kościoła trumna. Jak nic: ludzka sieć. Bez względu na to, czy z nadgryzionym jabłkiem w tle.
Steve Jobs - słyszałam, wiedziałam, ale nic apple'owego nie mam i nie miałam, więc napiszę krótko: po prostu mądry człowiek. Nie za to, co tworzył, ale za to, co o tym mówił.
Chociaż do tej akurat roli pasowała wyśmienicie. Nie zmienia to faktu, że od filmu wolę książkę.
Trochę już czasu minęło odkąd ją przeczytałam. No i co, no podobała mi się. Nie znam się na literackim warsztacie, walorach artystycznych, wymogach, ocenach. Za mało wiem i za mało przeczytałam. Tu jednak było coś do szpiku kości ludzkiego, do tego obleczonego naukowym osierdziem. Wciąż pamiętam rzecz o wyjęciu mózgu Einsteina i włożeniu go do formaliny, bo "Einstein należał do wszystkich". Czyli takie romantyczno-łzawe esy-floresy dla niewyżytych uczuciowo i seksualnie (dla tych, co to oddzielają) bab o obniżonym ilorazie inteligencji i podwyższonym poziomie marzycielstwa z nutką naukowości dla samozadowolenia (bez urazy).
Dzisiaj wpadło mi w ręce wydanie "S@motność w sieci. Tryptyk" i tak sobie poprzeglądałam. Chciałam sobie takie inne romatyczno-jakieśtam (toż chyba...?) czytadełko Janusza L. wypożyczyć, ale nie było. Jak było - dwa razy nie wzięłam, to teraz te dwa razy za opieszałość po głowie dostałam. Nic to, przeżyję. W drodze do biblioteki, w tę i we w tę, tam i z powrotem mnóstwo ludzi mijałam: studenci nie studenci, ale w większości tak, każdy po coś gna, czegoś szuka, nikt się nie zna; rozgadane przedszkolaki w autobusie (może już uczniowie? - z biegiem czasu straciłam zdolność oceny wieku takich dzieciaków - wydają się takie małe); wnoszona do kościoła trumna. Jak nic: ludzka sieć. Bez względu na to, czy z nadgryzionym jabłkiem w tle.
Steve Jobs - słyszałam, wiedziałam, ale nic apple'owego nie mam i nie miałam, więc napiszę krótko: po prostu mądry człowiek. Nie za to, co tworzył, ale za to, co o tym mówił.
czwartek, 6 października 2011
Zawód: dziennikarz
Co tu? Zwierzęca żądza "kałamarzy" (nie mylić z kominiarzami, chociaż to też babranie się w sadzy - delikatnie mówiąc). Taka trochę obyczajówka dramatyczno-romantyczno-sensacyjna z cyklu "była sobie redakcja". W niej sobie działa Michael Keaton (cały czas mi siedzi w głowie on - przestępca doskonały z "W akcie desperacji" - aż musiałam sprawdzić, jaki tytuł to był, bo zawsze zapominam). I goni, i bieży, i dręczy, i ślęczy. Jest i Glenn Close (czemu nie dostała Oscara za geniusz w "Niebezpiecznych związkach"?) i Robert Duvall (którego nie poznałam;( ).
Kto tu siebie i swą przyszłość rozpozna? Ja nie wiem, czy wiem, na co się piszę. Bo że nie wiem, co piszę, to wiem już jakiś czas. Wybór zawodu to takie trochę błądzenie ślepca, taki sen, co się ma przyśnić (nie - prześnić). Człowiek to jednak głupi jest w gruncie rzeczy i mami sobie, że jemu to się nie zdarzy, że z nim będzie inaczej. I basta! Jak dla mnie, to lepiej: nigdy nie mów nigdy. Palce, ręce i głowę stracić łatwo. Zapowiedziami ma się rozumieć.
PS Kocham tłumaczenia angielsko-amerykańsko-zagranicznych tytułów filmów...
PS 2 Pozostając w nastroju refleksyjno-analitycznym, sobie linka tu trzasnę. A, mnie oglądając to, płakać się nie chcę, żeby nie było;) klik
Kto tu siebie i swą przyszłość rozpozna? Ja nie wiem, czy wiem, na co się piszę. Bo że nie wiem, co piszę, to wiem już jakiś czas. Wybór zawodu to takie trochę błądzenie ślepca, taki sen, co się ma przyśnić (nie - prześnić). Człowiek to jednak głupi jest w gruncie rzeczy i mami sobie, że jemu to się nie zdarzy, że z nim będzie inaczej. I basta! Jak dla mnie, to lepiej: nigdy nie mów nigdy. Palce, ręce i głowę stracić łatwo. Zapowiedziami ma się rozumieć.
PS Kocham tłumaczenia angielsko-amerykańsko-zagranicznych tytułów filmów...
PS 2 Pozostając w nastroju refleksyjno-analitycznym, sobie linka tu trzasnę. A, mnie oglądając to, płakać się nie chcę, żeby nie było;) klik
Subskrybuj:
Posty (Atom)