środa, 26 października 2011

Kto nigdy nie żył...

Pewnie po tym filmie powinnam się przekonać do Michała Żebrowskiego. Zrobiłabym to, naprawdę! Tyle, że wcześniej stało się to za sprawą "Pręg" (kocham tę scenę z lustrem!). Andrzejowi Sewerynowi udało się uchwycić w tym obrazie kilka uderzających jak obuchem w łeb sytuacji, może trochę stereotypowo, ale z jakąś chwytającą za serce subtelnością. W zasadzie jedyną rysą na tym filmie jest w moich oczach spłycanie jego odbioru i przesłania. Cóż, nie można mieć wszystkiego.

Czasami się wydaje, że wszystko bierze w łeb. Nic, tylko: zero, lufa, pała i wylecieć za burtę. Najmilej jest wtedy zostać pozytywnie zaskoczonym. Przez ludzi, którzy zaskakiwać to potrafią tylko burknięciem, chamstwem i zadzieraniem nosa z tytułu jaśnie służbistości wysokiej, najwyższej.

A jednak się kręci! Zapewniam. Wczoraj dostałam do ręki dwa argumenty zwykłej ludzkiej uprzejmości. Pewnie w gruncie rzeczy drobnej, może nawet obliczonej na własną korzyść tudzież spowodowanej obrazem nędzy i rozpaczy niżej podpisanej. Tak czy siak, ładują takie rzeczy niesamowicie. Chociaż mniej niż pokazanie drogi małemu chłopcu i jego tacie, żeby dzieciak dotarł na czas na jakiś tam superwyjebisty event.

Naprawdę, MasterCard niech się ze wstydu schowa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz