czwartek, 20 października 2011

28 dni

Wreszcie idealnie przetłumaczony na polski tytuł filmu! Nowina, którą trzeba obwieścić światu. Poza tym, rzecz się tyczy uzależnienia. W jego szponach - Sandra Bullock - ta, która w jednym roku zgarnęła i Złotą Malinę, i Oscara. Dwie najważniejsze nagrody filmowe, ho, ho;). Tylko za role inne. W "babskim" filmie o alkoholizmie, klinice odwykowej i "utapianym" życiu, co się chce je ratować, zdecydowanie też daje radę.

Bez Internetu sobie dawać radę trudno, trudniście. Wystarczy dzień odcięcia od sieci, a tu w prześnionym konkursie popularności w SLD wygrywa Leszek Miller, Sławomir Kopyciński zaczyna popierać Palikota, pierwszy raz od prawie dwóch lat Polak strzela gola w piłkarskiej Lidze Mistrzów, Carla Bruni rodzi córkę, Maciej Iłowiecki przez Nergala odchodzi z Rady Etyki Mediów... I wreszcie hit: Muammar Kadafi nie żyje.

Media trochę o tym poopowiadają, popiszą, jakoś mi się widzi, że krócej niż 28 dni. Temat ucichnie i trzeba będzie szukać kolejnego diabła wcielonego. Z nim: źle, bez niego: jeszcze gorzej. Daleka jestem od artykułowania jakichkolwiek ciepłych słów na temat dyktatora Libii. Czy dyktatora w ogóle. Ale nakręcanie spirali wokół Kadafich czy innych Mubaraków z wieloletnim ludzkim cierpieniem w tle czasami zaczyna nie tyle dotykać sensu rzeczy, ile promować kolejnych ziemskich szatanów. Układ wygodny, choć cyniczny. Informacja karmi się tragedią Kowalskich, ale delektuje osobowością. A dyktatorom osobowości odmówić nie można. Giną więc (niekoniecznie dosłownie) też w filmowych okolicznościach, z aparatami i kamerami niemal wciśniętymi w cztery litery. W maju bin Laden, teraz Kadafi - luźno się robi po ciemnej stronie mocy. Jakiś Voldemort kolejny wypłynąć po prostu musi. Media pomogą.

A podobno Polska to dziki kraj.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz