Nieziemska rola Danuty Szaflarskiej. Jedna, drobna, posunięta już w latach kobieta zrobiła cały film. Który wygląda zresztą prawie jak dokument czy nawet reportaż. Tylko, jak zawsze w polskim kinie, dźwięk nagrywali chyba w jakimś rowie oceanicznym. Cicho i niewyraźnie.
A tu przed świętami głośno wcale nie o świątecznych zakupach, promocjach, wędlinach bez mięsa, cukrze bez słodyczy, Mikołaju bez sań czy nawet karpiu bez wody. Gdy jedna śmierć nie zdąży jeszcze wybrzmieć marszem żałobnym, pojawia się wieść o kolejnej. W grudniu można się więc poczuć trochę jak w listopadzie. Względnie jak w kwietniu, pod warunkiem, że umrze Papież Polak lub zdarzy się katastrofa smoleńska.
Bo trup nakręca niesamowicie. Można pisać setki artykułów. Zrobić dziesiątki wywiadów. Nakręcić kilka filmów wspomnieniowych. I napisać ze dwa dobre reportaże. I w publicystycznych programach wcale już nie trzeba gadać o wystąpieniu ministra Sikorskiego w Niemczech ani unii fiskalnej, którą zgotował nam premier Tusk na szczycie w Brukseli. Nawet krzyż, co go chciał zdejmować z sali posiedzeń Sejmu prezes Palikot gdzieś się rozpłynął. I utarczki pisowsko - solidarne jakby nagle ustały. Czy to oznacza, że wszystkie te sprawy przestają być ważne? Nie. Po prostu pojawiają się nowsze i ciekawsze. A jeśli trup nie wyłazi z niewłaściwej szafy, to jest tematem wdzięcznym i dla większości wygodnym. A jak się dobrze ułoży, będzie się ścielił gęsto i różnorodnie, to środowisk można do komentowania zaangażować, że ho ho. Muzyk powspomina Cesarię Evorę, polityk poubolewa nad śmiercią Vaclava Havla, a politolo-socjolog wypowie się w sprawie Kim Dzong Ila.
Fajnie, zgrabnie i powabnie. My w Polsce tak lubimy: Wszystko nie o nas - z nami. Na zdrowie. Tak, że nikomu nawet news o trupie (co z tego, że - jakby na to nie patrzeć - obcym) ością w gardle nie stanie.
Ale jakby tak jeszcze jakaś polska ploteczka gdzieś się w tle pojawiła - mimo wszystko wyglądałoby lepiej.
poniedziałek, 19 grudnia 2011
niedziela, 4 grudnia 2011
Testosteron
Jestem kobietą. Może nie do końca wyglądam. Ale myślę po babsku. I nie rozumiem tego filmu. Dystans do siebie i swojej płci mam jaki-taki. A podczas oglądania uśmiechnęłam się tu może z raz. Tak trochę. To w sumie ciut dziwne, bo powinnam czuć takie posiadówkowe klimaty... Tylko że samo rzucanie mięsem i seksualna jazda bez trzymanki to dla mnie za mało, żeby ubawić się po pachy.
Co niektórzy w ciągu kilku ostatnich dni po pachy to się co najwyżej urobili.
Najpierw słów kilka, a jakże, o siatkarzach :P. Bardzo się cieszę z ich awansu na Igrzyska Olimpijskie w Londynie. I to z awansu pewnego już po dwóch setach przedostatniego meczu. I to awansu wcale nie z tak w tym sezonie ukochanego trzeciego miejsca, a z drugiego.
Jeżeli jednak mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale po tym, jak kończy, to nasi siatkarze jakoś tak słabo tym testosteronem epatują. Wolałabym, żeby wyszarpali wczoraj te dwa sety Brazylijczykom z gardła, po grze na przewagi, w stylu zaczerpniętym ze spotkania z Włochami. Wolałabym walkę o życie zamiast dwuipółsetowego pogromu i kanarkowego odrodzenia. Nie chcę wierzyć w antywłoskie układy. Najchętniej nie wierzyłabym w żadne. Wolałabym mieć pewność co do pełnego profesjonalizmu. Mentalnej siły zamiast wątpienia. Głodu zwycięstwa wypierającego zdziwienie czy lęk przed niespodziewaną szansą na wielki sukces.
Dlatego ta moja wczorajsza radość z awansu miała smak rozczarowania. Pewnie dzisiejsze pyrrusowe zwycięstwo po tie-breaku nad grającymi od czwartego seta rezerwami Rosjanami nie byłoby nawet połowicznym zadośćuczynieniem, ale dałoby jakąś gwarancję, że potrafimy wycisnąć swoje okazje jak cytrynę. Może nie zawsze, ale jednak się zdarza. Tymczasem znów przyszła, jakby na to nie patrzeć, frajerska porażka.
Chcę myśleć, że wygrana w Pucharze Świata za bardzo zagotowałaby wszystkim serca i głowy, więc mamy sukces, ale z niedosytem. Świetny wynik, ale z irańsko-brazylijsko-rosyjską rysą. I tak pewnie teraz wielu zacznie snuć wizje o potędze polskiej siatkówki i złocie olimpijskim za rok. I to złocie bez warunków co do składu naszego a dyspozycji przeciwników. Dobrze, że zaraz wracają ligi i czasu na pochwalne festyny nie będzie dużo. W tej radości bowiem życzyłabym sobie, żeby dostrzegano, że trzy medale polskiej reprezentacji z tego roku są jednak sukcesem ponad stan. I żadna to polaczkowatość, żadne malkontenctwo. Bo ilu zawodników, którzy bez utraty poziomu zastąpiliby tych grających w Japonii, zostało w kraju? Z kogo jeszcze będzie mógł skorzystać Anastasi za rok? Jak duże w stosunku do innych drużyn mamy rezerwy? Te sportowe, i te mentalne. I trochę się boję następnego sezonu. Presji, oczekiwań, pozycji faworyta, parcia na sukces. Żądzy rewanżu innych. Bo teraz było tak dobrze. Czy powtórka jest w ogóle możliwa?
Piątkowe losowanie grup Euro 2012 pokazuje wprawdzie, że niemożliwe nie istnieje, ale jest to na razie stanowisko grudniowe. Zobaczymy, co przyniesie czerwiec. 2 grudnia przecierałam jednak oczy z niedowierzania, gdy raz za razem dolosowywano nam rywali z grupy marzeń, tworząc na dodatek dość sprzyjający układ spotkań. Trzeba zupełnie trzeźwo przyznać, że lepiej być po prostu nie mogło. Właśnie tacy mieli być nasi wyśnieni rywale. A tonujące nastroje komentarze świadczą tylko o tym, że jesteśmy piłkarsko drużyną słabą, według rankingu zwyczajnie najsłabszą w tym turnieju. I pewni nie możemy być niczego. Ale awans z tej grupy wydaje się możliwy.
W spragnionej futbolowego sukcesu Polsce oznacza to presję. Jeśli nasi piłkarze dojdą do ćwierćfinału, choćby na kolanach, to nawet mniejsze niż się spodziewano wpływy promocyjno-marketingowe zaczną mieć znaczenie drugorzędne. W przypadku braku dobrego sportowego wyniku, będziemy zerkać na Ukraińców zazdrosnym okiem. Dużym jak pięciozłotówka.
A to całe męskie towarzystwo uzupełnili wczoraj czterej panowie z programu The Voice of Satan. W finale programu usłyszymy więc tylko śpiewanie spod znaku testosteronu.
PS Teatralna kartka z kalendarza. Dzisiaj, 4 grudnia 2011 roku zmarł w Warszawie Adam Hanuszkiewicz. Aktor i reżyser. Miał 87 lat.
Co niektórzy w ciągu kilku ostatnich dni po pachy to się co najwyżej urobili.
Najpierw słów kilka, a jakże, o siatkarzach :P. Bardzo się cieszę z ich awansu na Igrzyska Olimpijskie w Londynie. I to z awansu pewnego już po dwóch setach przedostatniego meczu. I to awansu wcale nie z tak w tym sezonie ukochanego trzeciego miejsca, a z drugiego.
Jeżeli jednak mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale po tym, jak kończy, to nasi siatkarze jakoś tak słabo tym testosteronem epatują. Wolałabym, żeby wyszarpali wczoraj te dwa sety Brazylijczykom z gardła, po grze na przewagi, w stylu zaczerpniętym ze spotkania z Włochami. Wolałabym walkę o życie zamiast dwuipółsetowego pogromu i kanarkowego odrodzenia. Nie chcę wierzyć w antywłoskie układy. Najchętniej nie wierzyłabym w żadne. Wolałabym mieć pewność co do pełnego profesjonalizmu. Mentalnej siły zamiast wątpienia. Głodu zwycięstwa wypierającego zdziwienie czy lęk przed niespodziewaną szansą na wielki sukces.
Dlatego ta moja wczorajsza radość z awansu miała smak rozczarowania. Pewnie dzisiejsze pyrrusowe zwycięstwo po tie-breaku nad grającymi od czwartego seta rezerwami Rosjanami nie byłoby nawet połowicznym zadośćuczynieniem, ale dałoby jakąś gwarancję, że potrafimy wycisnąć swoje okazje jak cytrynę. Może nie zawsze, ale jednak się zdarza. Tymczasem znów przyszła, jakby na to nie patrzeć, frajerska porażka.
Chcę myśleć, że wygrana w Pucharze Świata za bardzo zagotowałaby wszystkim serca i głowy, więc mamy sukces, ale z niedosytem. Świetny wynik, ale z irańsko-brazylijsko-rosyjską rysą. I tak pewnie teraz wielu zacznie snuć wizje o potędze polskiej siatkówki i złocie olimpijskim za rok. I to złocie bez warunków co do składu naszego a dyspozycji przeciwników. Dobrze, że zaraz wracają ligi i czasu na pochwalne festyny nie będzie dużo. W tej radości bowiem życzyłabym sobie, żeby dostrzegano, że trzy medale polskiej reprezentacji z tego roku są jednak sukcesem ponad stan. I żadna to polaczkowatość, żadne malkontenctwo. Bo ilu zawodników, którzy bez utraty poziomu zastąpiliby tych grających w Japonii, zostało w kraju? Z kogo jeszcze będzie mógł skorzystać Anastasi za rok? Jak duże w stosunku do innych drużyn mamy rezerwy? Te sportowe, i te mentalne. I trochę się boję następnego sezonu. Presji, oczekiwań, pozycji faworyta, parcia na sukces. Żądzy rewanżu innych. Bo teraz było tak dobrze. Czy powtórka jest w ogóle możliwa?
Piątkowe losowanie grup Euro 2012 pokazuje wprawdzie, że niemożliwe nie istnieje, ale jest to na razie stanowisko grudniowe. Zobaczymy, co przyniesie czerwiec. 2 grudnia przecierałam jednak oczy z niedowierzania, gdy raz za razem dolosowywano nam rywali z grupy marzeń, tworząc na dodatek dość sprzyjający układ spotkań. Trzeba zupełnie trzeźwo przyznać, że lepiej być po prostu nie mogło. Właśnie tacy mieli być nasi wyśnieni rywale. A tonujące nastroje komentarze świadczą tylko o tym, że jesteśmy piłkarsko drużyną słabą, według rankingu zwyczajnie najsłabszą w tym turnieju. I pewni nie możemy być niczego. Ale awans z tej grupy wydaje się możliwy.
W spragnionej futbolowego sukcesu Polsce oznacza to presję. Jeśli nasi piłkarze dojdą do ćwierćfinału, choćby na kolanach, to nawet mniejsze niż się spodziewano wpływy promocyjno-marketingowe zaczną mieć znaczenie drugorzędne. W przypadku braku dobrego sportowego wyniku, będziemy zerkać na Ukraińców zazdrosnym okiem. Dużym jak pięciozłotówka.
A to całe męskie towarzystwo uzupełnili wczoraj czterej panowie z programu The Voice of Satan. W finale programu usłyszymy więc tylko śpiewanie spod znaku testosteronu.
PS Teatralna kartka z kalendarza. Dzisiaj, 4 grudnia 2011 roku zmarł w Warszawie Adam Hanuszkiewicz. Aktor i reżyser. Miał 87 lat.
środa, 30 listopada 2011
Kret
Wiedziałam o czym jest ten film. Kto kogo gra i jak. Geniuszu zresztą, który już w trakcie oglądania, może nawet na samym jego początku pozwoliłby przewidzieć zakończenie, nie trzeba było wielkiego. A i tak przy całym aktorstwie Dziędziela, Szyca, Pszoniaka i innych buzię rozdziawia subtelna scena, gdy film dopiero się rozkręca. Ot, takie krótkie zbliżenie na tablicę rejestracyjną.
Ostro, pieprznie nawet, rejestrowano rozmowy z ludźmi PZPN-u (?). Ten wielce szacowny związek przysparza ostatnio więcej dziennikarsko-plotkarskiej pożywki niż 560 parlamentarzystów razem wziętych. Ba, wygrywa nawet z samym Nergalem, o Dodzie nie mówiąc. Gdy tracił pozycję lidera na rzecz Pudzianowskiego, znów szybko wkroczył do akcji. Wszyscy mają uciechę, niemal taką jak w sprawie orzełków. Wszyscy znają się już nie tylko na polityce i piłce nożnej, ale także na finansach, marketingu, prawie, dźwięku, kryminalistyce, psychologii - full service.
Nie oznacza to, że kogokolwiek z ludzi PZPN-u bronię. Bynajmniej. Grzegorz Lato przez 3 lata prezesury rozmienił w moim przekonaniu na drobne kilkudziesięcioletnią boiskową legendę, a Zdzisław Kręcina po 12 latach trwania w roli sekretarza związku grać to powinien raczej w piłkarzyki, a nie w prywatną wojenkę z podejrzanymi rozmowami w tle. Z drugiej strony, w cudowną naprawę PZPN-u przez ludzi machających dzisiaj szabelkami też jednak nie wierzę. A wątpię, by ktoś chciał poruszać to całe gówno przed Euro 2012. Smrodu na nowych stadionach nikt bowiem czuć nie chce. Lepiej szczelnie zamknąć okna i drzwi.
W obliczu tych kilku listopadowych tygodni z futbolem w roli głównej aż chciałoby się powiedzieć: ideał sięgnął bruku. Tyle, że na bruku to myśmy już leżeli wcześniej. Wrodzony optymizm nakazuje mi jednak widzieć w tej sytuacji jeden pozytyw: wreszcie trochę spokoju dano reprezentacji.
PS Dzisiaj ostatni dzień listopada. Ale wcale nie oznacza to, że mamy jakieś ostatki! Szlak mnie trafia, gdy kolejny rok z rzędu słyszę o nich przed Bożym Narodzeniem :/.
Ostro, pieprznie nawet, rejestrowano rozmowy z ludźmi PZPN-u (?). Ten wielce szacowny związek przysparza ostatnio więcej dziennikarsko-plotkarskiej pożywki niż 560 parlamentarzystów razem wziętych. Ba, wygrywa nawet z samym Nergalem, o Dodzie nie mówiąc. Gdy tracił pozycję lidera na rzecz Pudzianowskiego, znów szybko wkroczył do akcji. Wszyscy mają uciechę, niemal taką jak w sprawie orzełków. Wszyscy znają się już nie tylko na polityce i piłce nożnej, ale także na finansach, marketingu, prawie, dźwięku, kryminalistyce, psychologii - full service.
Nie oznacza to, że kogokolwiek z ludzi PZPN-u bronię. Bynajmniej. Grzegorz Lato przez 3 lata prezesury rozmienił w moim przekonaniu na drobne kilkudziesięcioletnią boiskową legendę, a Zdzisław Kręcina po 12 latach trwania w roli sekretarza związku grać to powinien raczej w piłkarzyki, a nie w prywatną wojenkę z podejrzanymi rozmowami w tle. Z drugiej strony, w cudowną naprawę PZPN-u przez ludzi machających dzisiaj szabelkami też jednak nie wierzę. A wątpię, by ktoś chciał poruszać to całe gówno przed Euro 2012. Smrodu na nowych stadionach nikt bowiem czuć nie chce. Lepiej szczelnie zamknąć okna i drzwi.
W obliczu tych kilku listopadowych tygodni z futbolem w roli głównej aż chciałoby się powiedzieć: ideał sięgnął bruku. Tyle, że na bruku to myśmy już leżeli wcześniej. Wrodzony optymizm nakazuje mi jednak widzieć w tej sytuacji jeden pozytyw: wreszcie trochę spokoju dano reprezentacji.
PS Dzisiaj ostatni dzień listopada. Ale wcale nie oznacza to, że mamy jakieś ostatki! Szlak mnie trafia, gdy kolejny rok z rzędu słyszę o nich przed Bożym Narodzeniem :/.
czwartek, 24 listopada 2011
Amator
Klasyk. Kieślowski jeszcze przed swoją wielką erą kolorowych dekalogów. Ale już z rysem właściwej sobie psychologii. Prawie jak reportaż o przypadkowym reportażyście. Bez ocen. Bez komentarza. Bez gry. Bo Jerzy Stuhr po prostu w tym filmie jest szarpiącym się z rzeczywistością Filipem Moszem.
Nie grała też w ogóle Tatiana Limanowa z Ren-TV. Zamiast serwisu informacyjnego urządziła sobie kabaret, pokazując środkowy palec. A że nie Dmitrijowi Medwiedwiewowi ani nawet nie Barackowi Obamie, na dodatek właśnie wtedy, gdy myślała, że emitowany jest materiał filmowy - okazało się zbyt słabą okolicznością łagodzącą. Pewnie i tak w kategorii wulgarności wygrałby z nią pierwszy stołowy RP Kamil Durczok, ale ze względu na pozaantenowy czas nagrania i ograniczoną językową nośność jego wyczyn nieco blednie. Limanowa była subtelniejsza i bardziej międzynarodowa, za co zapłaci posadą prezenterki. Nie da się jednak ukryć, że pewnie bez palcowania nigdy nie osiągnęłaby takiej popularności, choćby zapowiadała wiadomości do śmierci.
PS Muzyczna kartka z kalendarza. Dzień, w którym skończyło się "królowanie". 24 listopada 1991 roku w wieku 45 zmarł wokalista "Queen" Freddy Mercury. Jak przystało na rockmana, śmierć nie mogła być zwykła i naturalna. Na scenie był zwycięzcą, w życiu przegrał z AIDS. Homo- czy biseksualny narkoman. Legenda muzyki.
Nie grała też w ogóle Tatiana Limanowa z Ren-TV. Zamiast serwisu informacyjnego urządziła sobie kabaret, pokazując środkowy palec. A że nie Dmitrijowi Medwiedwiewowi ani nawet nie Barackowi Obamie, na dodatek właśnie wtedy, gdy myślała, że emitowany jest materiał filmowy - okazało się zbyt słabą okolicznością łagodzącą. Pewnie i tak w kategorii wulgarności wygrałby z nią pierwszy stołowy RP Kamil Durczok, ale ze względu na pozaantenowy czas nagrania i ograniczoną językową nośność jego wyczyn nieco blednie. Limanowa była subtelniejsza i bardziej międzynarodowa, za co zapłaci posadą prezenterki. Nie da się jednak ukryć, że pewnie bez palcowania nigdy nie osiągnęłaby takiej popularności, choćby zapowiadała wiadomości do śmierci.
PS Muzyczna kartka z kalendarza. Dzień, w którym skończyło się "królowanie". 24 listopada 1991 roku w wieku 45 zmarł wokalista "Queen" Freddy Mercury. Jak przystało na rockmana, śmierć nie mogła być zwykła i naturalna. Na scenie był zwycięzcą, w życiu przegrał z AIDS. Homo- czy biseksualny narkoman. Legenda muzyki.
wtorek, 22 listopada 2011
Sprawa się rypła
Film bardzo specyficzny. Wcale nie tak łatwo go zrozumieć. I nie chodzi wcale o skomplikowaną fabułę, a o warstwę najprostszą: język. Gwara rządzi! Taki Polaków portret własny.
Na koszulki piłkarzy też wróci. W postaci białego orła w złotej koronie na czerwonym tle. Piłko-orzeł będzie więc miał pośrodku kumpla. Ten, co spędzał sen z powiek nie tylko kibicom futbolu, bo zwali go logo PZPN. Kolejna narodowa telenowela dobrnęła więc do szczęśliwego finału. Grzegorz Lato i spółka pokazali jesienią, że można upolitycznić kolejny z ważnych dla Polaków symboli, co sprytnie chcieli wykorzystać już sami politycy, zamierzając się z zapisem o obowiązkowym orle na wszystkich trykotach naszych sportowców. Związek jednak pokazał figę i się w porę zreflektował. Piłko-orła przestawał bronić zażarcie po cichu. Gdzieś zniknęli recenzenci, którym się nowe koszulki podobały. Umknęła nowoczesność. Rozpłynęły się we mgle inne reprezentacje, grające bez godła państwowego na strojach. Nawet te, które w święto narodowe sprawiły nam baty.
Sprawa się rypła, bo chodziło o pieniądze. A PZPN zarabiać na nie swojej reprezentacji nie może. Bo kadra jest w końcu własnością ogólnonarodową, a nie prywatnym folwarkiem do nabijania kieszeni. Tak więc stanęło na polskim "Jestem za, a nawet przeciw". Wilk syty i owca cała. Jeśli przywrócenie orzełka na koszulki piłkarzy po dwutygodniowej debacie i wszechobecnej krytyce związku ma być wyjściem z tej sytuacji z twarzą, to nawet częściowo się udało. Tyle, że jest to twarz dziwnie czerwona. Nie wiem, czy bardziej ze złości, czy ze wstydu.
Na koszulki piłkarzy też wróci. W postaci białego orła w złotej koronie na czerwonym tle. Piłko-orzeł będzie więc miał pośrodku kumpla. Ten, co spędzał sen z powiek nie tylko kibicom futbolu, bo zwali go logo PZPN. Kolejna narodowa telenowela dobrnęła więc do szczęśliwego finału. Grzegorz Lato i spółka pokazali jesienią, że można upolitycznić kolejny z ważnych dla Polaków symboli, co sprytnie chcieli wykorzystać już sami politycy, zamierzając się z zapisem o obowiązkowym orle na wszystkich trykotach naszych sportowców. Związek jednak pokazał figę i się w porę zreflektował. Piłko-orła przestawał bronić zażarcie po cichu. Gdzieś zniknęli recenzenci, którym się nowe koszulki podobały. Umknęła nowoczesność. Rozpłynęły się we mgle inne reprezentacje, grające bez godła państwowego na strojach. Nawet te, które w święto narodowe sprawiły nam baty.
Sprawa się rypła, bo chodziło o pieniądze. A PZPN zarabiać na nie swojej reprezentacji nie może. Bo kadra jest w końcu własnością ogólnonarodową, a nie prywatnym folwarkiem do nabijania kieszeni. Tak więc stanęło na polskim "Jestem za, a nawet przeciw". Wilk syty i owca cała. Jeśli przywrócenie orzełka na koszulki piłkarzy po dwutygodniowej debacie i wszechobecnej krytyce związku ma być wyjściem z tej sytuacji z twarzą, to nawet częściowo się udało. Tyle, że jest to twarz dziwnie czerwona. Nie wiem, czy bardziej ze złości, czy ze wstydu.
sobota, 12 listopada 2011
Wszyscy jesteśmy Chrystusami
Jakoś się tak złożyło, że wczoraj oglądałam. Krótkie "klik" i poooszło. Nie powiem, że mnie porwało, olśniło czy zachwyciło. Może też wcale nie o to chodziło? Tyle, że to, co gdzieś tam intuicyjnie zdaję się w tym filmie widzieć, ginęło w morzu przejść i zajść, tworząc gmatwaninę i burząc uwagę. Ze wstydu nie wspomnę, jak mi się trochę przymykało oko.
Oby nikomu się nie przymykało w ocenie wczorajszych wydarzeń w Warszawie. Choć tu już się wcześniej komuś wcale nie otworzyło. Muszę przyznać, że średnio mnie obchodzi, kto zaczął, a kto spuentował. Zrzucanie winy i wybielanie obu stron jest co prawda dość zrozumiałe, ale niczego nie załatwia. Tak samo, jak ukaranie winnych i zaostrzanie prawa. Mam nieodparte wrażenie, że furtki, bramki i chętni do ich przekraczania teraz się już po prostu znajdować będą. To smutne i przykre. Nawet żałosne.
Wczorajsze wydarzenia świetnie podsumowują zresztą polską gównarzerię ostatnich tygodni. Gdyby jednak okazało się, że, tak jak na podwórku, po tym mordobiciu przyjdzie moment opamiętania, podanie rąk i oczyszczenie atmosfery, można by chociaż powiedzieć, że było warto. A tak, konflikt został podsycony, podziały pogłębione, a ważne dla Polski tematy zagłuszone hukiem petard, rykiem policyjnych syren i głosami polityków. Jak przystało, ku chwale ojczyzny. Mojszej, nie twojszej.
Oby nikomu się nie przymykało w ocenie wczorajszych wydarzeń w Warszawie. Choć tu już się wcześniej komuś wcale nie otworzyło. Muszę przyznać, że średnio mnie obchodzi, kto zaczął, a kto spuentował. Zrzucanie winy i wybielanie obu stron jest co prawda dość zrozumiałe, ale niczego nie załatwia. Tak samo, jak ukaranie winnych i zaostrzanie prawa. Mam nieodparte wrażenie, że furtki, bramki i chętni do ich przekraczania teraz się już po prostu znajdować będą. To smutne i przykre. Nawet żałosne.
Wczorajsze wydarzenia świetnie podsumowują zresztą polską gównarzerię ostatnich tygodni. Gdyby jednak okazało się, że, tak jak na podwórku, po tym mordobiciu przyjdzie moment opamiętania, podanie rąk i oczyszczenie atmosfery, można by chociaż powiedzieć, że było warto. A tak, konflikt został podsycony, podziały pogłębione, a ważne dla Polski tematy zagłuszone hukiem petard, rykiem policyjnych syren i głosami polityków. Jak przystało, ku chwale ojczyzny. Mojszej, nie twojszej.
poniedziałek, 7 listopada 2011
Avatar
Za oceanem mają swoją krainę Na'vi, a my w Polsce - salę samobójców. Tak czy siak, na filmie Jamesa Camerona się ciut znudziłam. Co prawda, oglądałam sprzed komputera, a nie w sali kinowej, co perspektywę oglądu znacząco zmienia. Inna rzecz, że fanką cudów i cudzików, technik i techniczek jestem niespecjalną.
Dzieje się. Tu, tam, siam. W polityce, w kulturze, w życiu. Grom za gromem. A pierwsze posiedzenie nowego parlamentu dopiero jutro. To wtedy miało się zacząć na dobre.
Przyznam: nie wierzyłam, że Jarosław Kaczyński przygotuje dla swoich partyjnych tub cykutę. Bo chyba tym razem nie powie, że był na lekach i ktoś go otumanił. Tego, że Cymański, Kurski i Ziobro grzecznie czekać w Brukseli nie będą, pewnie mógł się spodziewać. I może właśnie dlatego wyjechali na unijne zesłanie. Prezes władzy im dać nie chciał, a kalać pisowskiego gniazda nie pozwolił. Drogę w podboju ojczyzny w jakimś jednak stopniu europarlamentem utrudnił. Teraz znaleźli się solidarni. Trzeba więc czekać, jak uda im się zupa na gwoździu. I jak szybko i skutecznie gryźć będzie Adam Szablozębny.
Z rzeczy innych:
Polska opinia publiczna pozostaje wstrząśnięta śmiercią Hanki Mostowiak. Wieść grabinowa niesie, że gdyby po wypadku przewieziono ją do szpitala w Leśnej Górze (otwartego równo 12 lat temu), mogłaby żyć. Niestety zajął się nią Conrad Murray, osobisty lekarz Michaela Jacksona, który niecałą godzinę po odejściu Hanki, został uznany za winnego śmierci Króla Popu. W akcie protestu przeciwko pochówkowi pani Mostowiak na Wawelu, Wisła Kraków zwolniła z funkcji trenera zespołu Roberta Maaskanta.
Tak po dwudziestu latach od ogłoszenia przez Earvina "Magica" Johnsona zakończenia sportowej kariery w związku z pozytywnym wynikiem testu na obecność wirusa HIV, ze sceny schodzi kolejna wielka gwiazda masowej widowni. Hanka Mostowiak dołącza do klubu "7 listopada".
Dzieje się. Tu, tam, siam. W polityce, w kulturze, w życiu. Grom za gromem. A pierwsze posiedzenie nowego parlamentu dopiero jutro. To wtedy miało się zacząć na dobre.
Przyznam: nie wierzyłam, że Jarosław Kaczyński przygotuje dla swoich partyjnych tub cykutę. Bo chyba tym razem nie powie, że był na lekach i ktoś go otumanił. Tego, że Cymański, Kurski i Ziobro grzecznie czekać w Brukseli nie będą, pewnie mógł się spodziewać. I może właśnie dlatego wyjechali na unijne zesłanie. Prezes władzy im dać nie chciał, a kalać pisowskiego gniazda nie pozwolił. Drogę w podboju ojczyzny w jakimś jednak stopniu europarlamentem utrudnił. Teraz znaleźli się solidarni. Trzeba więc czekać, jak uda im się zupa na gwoździu. I jak szybko i skutecznie gryźć będzie Adam Szablozębny.
Z rzeczy innych:
Polska opinia publiczna pozostaje wstrząśnięta śmiercią Hanki Mostowiak. Wieść grabinowa niesie, że gdyby po wypadku przewieziono ją do szpitala w Leśnej Górze (otwartego równo 12 lat temu), mogłaby żyć. Niestety zajął się nią Conrad Murray, osobisty lekarz Michaela Jacksona, który niecałą godzinę po odejściu Hanki, został uznany za winnego śmierci Króla Popu. W akcie protestu przeciwko pochówkowi pani Mostowiak na Wawelu, Wisła Kraków zwolniła z funkcji trenera zespołu Roberta Maaskanta.
Tak po dwudziestu latach od ogłoszenia przez Earvina "Magica" Johnsona zakończenia sportowej kariery w związku z pozytywnym wynikiem testu na obecność wirusa HIV, ze sceny schodzi kolejna wielka gwiazda masowej widowni. Hanka Mostowiak dołącza do klubu "7 listopada".
czwartek, 3 listopada 2011
Pasja
Film tyleż ważny, co kontrowersyjny. Znakomicie wpasowujący się w ludzką potrzebę wiarygodności względem religii poza murami kościołów - na pewno. Z jednej strony daleki od cukierkowych historyjek o Panu Jezusku, który zbawia człowieka, z drugiej - do bólu prawdziwy w wyrazie najprostszym, bo językowym, łączący przekaz biblijny z historią i teologią.
Dlatego tym bardziej boli mnie, że człowiek świecki jest w stanie tak dobrze odrobić pracę domową za duchownych, a ci nie potrafią uszanować swojego współbrata. Włos się jeży na głowie, gdy się czyta o zamknięciu ust księdzu Adamowi Bonieckiemu. Za co? Za to, że pokazuje Kościół otwarty, Kościół dialogu i porozumienia, Kościół zatroskany, a nie gotujący stosy i dający linijką po łapach. Zgromadzenie Księży Marianów chyba się zapędziło. To, że ktoś odstaje od "linii programowej" (przepraszam, ale nie potrafię tego inaczej nazwać) duchowieństwa w Polsce, nie oznacza jeszcze, że kala wizerunek jego, a religijność czyjąkolwiek. Ksiądz Boniecki ze swoim dorobkiem i doświadczeniem, także medialnym, a przy tym sympatią i szacunkiem ludzi naprawdę może mieć swoje poglądy i zupełnie osobiście je wypowiadać. Tym bardziej, że nie ma w nich ani grama wywrotowości czy duchowego wykolejenia. Cóż, budowanie pomostów między coraz bardziej zeświedczonym społeczeństwem a Kościołem widać nie wszystkim się podoba. I wcale nie o Boga tu chodzi.
PS Brawa dla Szymona Hołowni za głos rozsądku i powodzenia dla księdza Bonieckiego.
Dlatego tym bardziej boli mnie, że człowiek świecki jest w stanie tak dobrze odrobić pracę domową za duchownych, a ci nie potrafią uszanować swojego współbrata. Włos się jeży na głowie, gdy się czyta o zamknięciu ust księdzu Adamowi Bonieckiemu. Za co? Za to, że pokazuje Kościół otwarty, Kościół dialogu i porozumienia, Kościół zatroskany, a nie gotujący stosy i dający linijką po łapach. Zgromadzenie Księży Marianów chyba się zapędziło. To, że ktoś odstaje od "linii programowej" (przepraszam, ale nie potrafię tego inaczej nazwać) duchowieństwa w Polsce, nie oznacza jeszcze, że kala wizerunek jego, a religijność czyjąkolwiek. Ksiądz Boniecki ze swoim dorobkiem i doświadczeniem, także medialnym, a przy tym sympatią i szacunkiem ludzi naprawdę może mieć swoje poglądy i zupełnie osobiście je wypowiadać. Tym bardziej, że nie ma w nich ani grama wywrotowości czy duchowego wykolejenia. Cóż, budowanie pomostów między coraz bardziej zeświedczonym społeczeństwem a Kościołem widać nie wszystkim się podoba. I wcale nie o Boga tu chodzi.
PS Brawa dla Szymona Hołowni za głos rozsądku i powodzenia dla księdza Bonieckiego.
środa, 26 października 2011
Kto nigdy nie żył...
Pewnie po tym filmie powinnam się przekonać do Michała Żebrowskiego. Zrobiłabym to, naprawdę! Tyle, że wcześniej stało się to za sprawą "Pręg" (kocham tę scenę z lustrem!). Andrzejowi Sewerynowi udało się uchwycić w tym obrazie kilka uderzających jak obuchem w łeb sytuacji, może trochę stereotypowo, ale z jakąś chwytającą za serce subtelnością. W zasadzie jedyną rysą na tym filmie jest w moich oczach spłycanie jego odbioru i przesłania. Cóż, nie można mieć wszystkiego.
Czasami się wydaje, że wszystko bierze w łeb. Nic, tylko: zero, lufa, pała i wylecieć za burtę. Najmilej jest wtedy zostać pozytywnie zaskoczonym. Przez ludzi, którzy zaskakiwać to potrafią tylko burknięciem, chamstwem i zadzieraniem nosa z tytułu jaśnie służbistości wysokiej, najwyższej.
A jednak się kręci! Zapewniam. Wczoraj dostałam do ręki dwa argumenty zwykłej ludzkiej uprzejmości. Pewnie w gruncie rzeczy drobnej, może nawet obliczonej na własną korzyść tudzież spowodowanej obrazem nędzy i rozpaczy niżej podpisanej. Tak czy siak, ładują takie rzeczy niesamowicie. Chociaż mniej niż pokazanie drogi małemu chłopcu i jego tacie, żeby dzieciak dotarł na czas na jakiś tam superwyjebisty event.
Naprawdę, MasterCard niech się ze wstydu schowa.
Czasami się wydaje, że wszystko bierze w łeb. Nic, tylko: zero, lufa, pała i wylecieć za burtę. Najmilej jest wtedy zostać pozytywnie zaskoczonym. Przez ludzi, którzy zaskakiwać to potrafią tylko burknięciem, chamstwem i zadzieraniem nosa z tytułu jaśnie służbistości wysokiej, najwyższej.
A jednak się kręci! Zapewniam. Wczoraj dostałam do ręki dwa argumenty zwykłej ludzkiej uprzejmości. Pewnie w gruncie rzeczy drobnej, może nawet obliczonej na własną korzyść tudzież spowodowanej obrazem nędzy i rozpaczy niżej podpisanej. Tak czy siak, ładują takie rzeczy niesamowicie. Chociaż mniej niż pokazanie drogi małemu chłopcu i jego tacie, żeby dzieciak dotarł na czas na jakiś tam superwyjebisty event.
Naprawdę, MasterCard niech się ze wstydu schowa.
czwartek, 20 października 2011
28 dni
Wreszcie idealnie przetłumaczony na polski tytuł filmu! Nowina, którą trzeba obwieścić światu. Poza tym, rzecz się tyczy uzależnienia. W jego szponach - Sandra Bullock - ta, która w jednym roku zgarnęła i Złotą Malinę, i Oscara. Dwie najważniejsze nagrody filmowe, ho, ho;). Tylko za role inne. W "babskim" filmie o alkoholizmie, klinice odwykowej i "utapianym" życiu, co się chce je ratować, zdecydowanie też daje radę.
Bez Internetu sobie dawać radę trudno, trudniście. Wystarczy dzień odcięcia od sieci, a tu w prześnionym konkursie popularności w SLD wygrywa Leszek Miller, Sławomir Kopyciński zaczyna popierać Palikota, pierwszy raz od prawie dwóch lat Polak strzela gola w piłkarskiej Lidze Mistrzów, Carla Bruni rodzi córkę, Maciej Iłowiecki przez Nergala odchodzi z Rady Etyki Mediów... I wreszcie hit: Muammar Kadafi nie żyje.
Media trochę o tym poopowiadają, popiszą, jakoś mi się widzi, że krócej niż 28 dni. Temat ucichnie i trzeba będzie szukać kolejnego diabła wcielonego. Z nim: źle, bez niego: jeszcze gorzej. Daleka jestem od artykułowania jakichkolwiek ciepłych słów na temat dyktatora Libii. Czy dyktatora w ogóle. Ale nakręcanie spirali wokół Kadafich czy innych Mubaraków z wieloletnim ludzkim cierpieniem w tle czasami zaczyna nie tyle dotykać sensu rzeczy, ile promować kolejnych ziemskich szatanów. Układ wygodny, choć cyniczny. Informacja karmi się tragedią Kowalskich, ale delektuje osobowością. A dyktatorom osobowości odmówić nie można. Giną więc (niekoniecznie dosłownie) też w filmowych okolicznościach, z aparatami i kamerami niemal wciśniętymi w cztery litery. W maju bin Laden, teraz Kadafi - luźno się robi po ciemnej stronie mocy. Jakiś Voldemort kolejny wypłynąć po prostu musi. Media pomogą.
A podobno Polska to dziki kraj.
Bez Internetu sobie dawać radę trudno, trudniście. Wystarczy dzień odcięcia od sieci, a tu w prześnionym konkursie popularności w SLD wygrywa Leszek Miller, Sławomir Kopyciński zaczyna popierać Palikota, pierwszy raz od prawie dwóch lat Polak strzela gola w piłkarskiej Lidze Mistrzów, Carla Bruni rodzi córkę, Maciej Iłowiecki przez Nergala odchodzi z Rady Etyki Mediów... I wreszcie hit: Muammar Kadafi nie żyje.
Media trochę o tym poopowiadają, popiszą, jakoś mi się widzi, że krócej niż 28 dni. Temat ucichnie i trzeba będzie szukać kolejnego diabła wcielonego. Z nim: źle, bez niego: jeszcze gorzej. Daleka jestem od artykułowania jakichkolwiek ciepłych słów na temat dyktatora Libii. Czy dyktatora w ogóle. Ale nakręcanie spirali wokół Kadafich czy innych Mubaraków z wieloletnim ludzkim cierpieniem w tle czasami zaczyna nie tyle dotykać sensu rzeczy, ile promować kolejnych ziemskich szatanów. Układ wygodny, choć cyniczny. Informacja karmi się tragedią Kowalskich, ale delektuje osobowością. A dyktatorom osobowości odmówić nie można. Giną więc (niekoniecznie dosłownie) też w filmowych okolicznościach, z aparatami i kamerami niemal wciśniętymi w cztery litery. W maju bin Laden, teraz Kadafi - luźno się robi po ciemnej stronie mocy. Jakiś Voldemort kolejny wypłynąć po prostu musi. Media pomogą.
A podobno Polska to dziki kraj.
piątek, 14 października 2011
Szansa na sukces
Mierzi mnie, że polski tytuł naiwniutkiego filmiku o muzycznej karierze dziewczyny z prowincji kala jeden z moich ulubionych telewizyjnych programów. Elżbieta Skrętkowska wymyśliła diament, który od samego początku niezmiennie szlifuje Wojciech Mann. Niestety, ten rdzennie polski format, dla którego lekko obrazą byłoby określenie "talent show", zaczyna moim zdaniem tracić. Nie tyle jednak przez wysyp innych muzycznych widowisk, które kuszą walizkami pieniędzy i kontraktami płytowymi, a przez dziwne zabiegi przy koncercie laureatów podsumowującym roczny cykl programu i upadek Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu.
Nowy show TVP2 "Voice of Poland" miał w moich oczach okazję zbliżyć się do "Szansy...", ale ostatnie wypowiedzi prezesa TVP Juliusza Brauna (link) właśnie szansę na dłuższy sukces zabrały. Jak można odcinać nowemu programowi tlen wtedy, gdy tak naprawdę bieg dopiero się zaczyna? Nie chcę się powtarzać (patrz: "Czarny łabędź"), ale Nergal jest duszą całego show. W Internecie aż roi się od wypowiedzi ludzi, którzy oglądają go ze względu na obecność Darskiego, oceniają bardzo pozytywnie i nie czują się urażeni obecnością. Gdy odejdzie, oni prawdopodobnie odejdą wraz z nim.
Od zabawy w Pytię ważniejsza jest jednak rzeczywistość. W świecie biznesu, a takim jest bez wątpienia telewizja, okazanie słabości i uleganie presji w stylu Brauna wydaje się samobójstwem. Samą decyzję zrozumieć jestem w stanie (w końcu - teoretycznie - TVP to nie prywatny folwark), podobnie jak poprzedzające ją krytyczne głosy pod adresem lidera Behemotha (różny jest poziom ludzkiej wrażliwości i religijności), ale już czas i sposób jej przedstawienia zakrawają na amatorszczyznę.
Prezesowi Braunowi pozostaje mi pogratulować roztropności, a Nergalowi życzyć jeszcze lepszej zabawy z polskim grajdołkiem i powodzenia w pracy dla TVN-u, Polsatu czy innej stacji.
Nowy show TVP2 "Voice of Poland" miał w moich oczach okazję zbliżyć się do "Szansy...", ale ostatnie wypowiedzi prezesa TVP Juliusza Brauna (link) właśnie szansę na dłuższy sukces zabrały. Jak można odcinać nowemu programowi tlen wtedy, gdy tak naprawdę bieg dopiero się zaczyna? Nie chcę się powtarzać (patrz: "Czarny łabędź"), ale Nergal jest duszą całego show. W Internecie aż roi się od wypowiedzi ludzi, którzy oglądają go ze względu na obecność Darskiego, oceniają bardzo pozytywnie i nie czują się urażeni obecnością. Gdy odejdzie, oni prawdopodobnie odejdą wraz z nim.
Od zabawy w Pytię ważniejsza jest jednak rzeczywistość. W świecie biznesu, a takim jest bez wątpienia telewizja, okazanie słabości i uleganie presji w stylu Brauna wydaje się samobójstwem. Samą decyzję zrozumieć jestem w stanie (w końcu - teoretycznie - TVP to nie prywatny folwark), podobnie jak poprzedzające ją krytyczne głosy pod adresem lidera Behemotha (różny jest poziom ludzkiej wrażliwości i religijności), ale już czas i sposób jej przedstawienia zakrawają na amatorszczyznę.
Prezesowi Braunowi pozostaje mi pogratulować roztropności, a Nergalowi życzyć jeszcze lepszej zabawy z polskim grajdołkiem i powodzenia w pracy dla TVN-u, Polsatu czy innej stacji.
Skazani na Shawshank
Najpierw przeproszę. Film jest dobry, ale mnie zwyczajnie nie rusza. Zrobienie z czegoś, co wyszło spod ręki Stephena Kinga dzieła wzniosłego jawi mi się jako straszna nieodpowiedniość. A mam dziwne przekonanie, że wielu tak chce "Skazanych..." postrzegać. Świadczą o tym miejsce tego filmu w rankingu na jednym z tematycznych wortali i komentarze widzów. Nie godzę się ani na to, ani tym bardziej: na windowanie jakiegokolwiek artystycznego wytworu li tylko ze względów techniczno-warsztatowych. Pozostaje mi zaakceptowanie faktu, że (być może) film ten po prostu nie ma wrogów.
Na oponentów wydaje się skazany Janusz Palikot. Jego 10% w sejmie będzie pewnie co niektórych uwierać. Zaczęło się od chęci zdejmowania krzyża z sali posiedzeń, więc napięcie musi wzrastać.
Trudno odmawiać najsłynniejszemu winiarzowi nad Wisłą charyzmy, sprawności i umiejętności socjotechnicznych, ale dla mnie jego sukces jest pokłosiem wojny polsko-polskiej. Przesiąknięci platformiano-pisowskim smrodkiem Polacy zagłosowali na tego, który wnosi świeżość, nowość i ma szansę przeciwstawić się największym. Żadna w tym siła programu i poglądów Ruchu (nie mylić z kioskiem Ruchu). Dlatego też ogólnonarodowego katharsis, nawet po winie Palikota, w ogóle się nie spodziewam. Inna rzecz, że Polacy kochają nie tylko sielanki, ale też rozrywkę, a tej (bez urazy) z czterdziestoma posłami debiutującego w sejmie ugrupowania nie powinno zabraknąć.
W związku z zaistniałą sytuacją Pan Janusz z Biłgoraja, szerzej znany jako Pan Janusz z Lublina powinien podziękować wszystkim Tuskom i Kaczyńskim, a także środkom masowego przekazu za to, że ci pierwsi tak pięknie się nie lubią na oczach całej Polski, a ci drudzy tak chętnie i obszernie prezentowali rosnące poparcie Ruchu (nie mylić z kioskiem Ruchu), chociaż wcześniej zdawało się, że wykopali go ze swoich czołówek politycznych.
Na oponentów wydaje się skazany Janusz Palikot. Jego 10% w sejmie będzie pewnie co niektórych uwierać. Zaczęło się od chęci zdejmowania krzyża z sali posiedzeń, więc napięcie musi wzrastać.
Trudno odmawiać najsłynniejszemu winiarzowi nad Wisłą charyzmy, sprawności i umiejętności socjotechnicznych, ale dla mnie jego sukces jest pokłosiem wojny polsko-polskiej. Przesiąknięci platformiano-pisowskim smrodkiem Polacy zagłosowali na tego, który wnosi świeżość, nowość i ma szansę przeciwstawić się największym. Żadna w tym siła programu i poglądów Ruchu (nie mylić z kioskiem Ruchu). Dlatego też ogólnonarodowego katharsis, nawet po winie Palikota, w ogóle się nie spodziewam. Inna rzecz, że Polacy kochają nie tylko sielanki, ale też rozrywkę, a tej (bez urazy) z czterdziestoma posłami debiutującego w sejmie ugrupowania nie powinno zabraknąć.
W związku z zaistniałą sytuacją Pan Janusz z Biłgoraja, szerzej znany jako Pan Janusz z Lublina powinien podziękować wszystkim Tuskom i Kaczyńskim, a także środkom masowego przekazu za to, że ci pierwsi tak pięknie się nie lubią na oczach całej Polski, a ci drudzy tak chętnie i obszernie prezentowali rosnące poparcie Ruchu (nie mylić z kioskiem Ruchu), chociaż wcześniej zdawało się, że wykopali go ze swoich czołówek politycznych.
piątek, 7 października 2011
S@motność w sieci
Dobra, wiem, że na początku było słowo. Słowo pisane ręką Janusza L. Wiśniewskiego. Ale film był także! Chyra jak to Chyra, ale inny. Nie taki zimny dranio-cwianiak z "Długu" czy "Komornika" tylko romantyko-naukowiec. Lubię go. Jest dla mnie jakimś gwarantem, że gniota nie będzie, a przy tym totalną tajemnicą. Za Cielecką za to nie przepadam. Jej wygląd, głos i sposób gry są w moim odczuciu zupełnie niekompatybilne.
Chociaż do tej akurat roli pasowała wyśmienicie. Nie zmienia to faktu, że od filmu wolę książkę.
Trochę już czasu minęło odkąd ją przeczytałam. No i co, no podobała mi się. Nie znam się na literackim warsztacie, walorach artystycznych, wymogach, ocenach. Za mało wiem i za mało przeczytałam. Tu jednak było coś do szpiku kości ludzkiego, do tego obleczonego naukowym osierdziem. Wciąż pamiętam rzecz o wyjęciu mózgu Einsteina i włożeniu go do formaliny, bo "Einstein należał do wszystkich". Czyli takie romantyczno-łzawe esy-floresy dla niewyżytych uczuciowo i seksualnie (dla tych, co to oddzielają) bab o obniżonym ilorazie inteligencji i podwyższonym poziomie marzycielstwa z nutką naukowości dla samozadowolenia (bez urazy).
Dzisiaj wpadło mi w ręce wydanie "S@motność w sieci. Tryptyk" i tak sobie poprzeglądałam. Chciałam sobie takie inne romatyczno-jakieśtam (toż chyba...?) czytadełko Janusza L. wypożyczyć, ale nie było. Jak było - dwa razy nie wzięłam, to teraz te dwa razy za opieszałość po głowie dostałam. Nic to, przeżyję. W drodze do biblioteki, w tę i we w tę, tam i z powrotem mnóstwo ludzi mijałam: studenci nie studenci, ale w większości tak, każdy po coś gna, czegoś szuka, nikt się nie zna; rozgadane przedszkolaki w autobusie (może już uczniowie? - z biegiem czasu straciłam zdolność oceny wieku takich dzieciaków - wydają się takie małe); wnoszona do kościoła trumna. Jak nic: ludzka sieć. Bez względu na to, czy z nadgryzionym jabłkiem w tle.
Steve Jobs - słyszałam, wiedziałam, ale nic apple'owego nie mam i nie miałam, więc napiszę krótko: po prostu mądry człowiek. Nie za to, co tworzył, ale za to, co o tym mówił.
Chociaż do tej akurat roli pasowała wyśmienicie. Nie zmienia to faktu, że od filmu wolę książkę.
Trochę już czasu minęło odkąd ją przeczytałam. No i co, no podobała mi się. Nie znam się na literackim warsztacie, walorach artystycznych, wymogach, ocenach. Za mało wiem i za mało przeczytałam. Tu jednak było coś do szpiku kości ludzkiego, do tego obleczonego naukowym osierdziem. Wciąż pamiętam rzecz o wyjęciu mózgu Einsteina i włożeniu go do formaliny, bo "Einstein należał do wszystkich". Czyli takie romantyczno-łzawe esy-floresy dla niewyżytych uczuciowo i seksualnie (dla tych, co to oddzielają) bab o obniżonym ilorazie inteligencji i podwyższonym poziomie marzycielstwa z nutką naukowości dla samozadowolenia (bez urazy).
Dzisiaj wpadło mi w ręce wydanie "S@motność w sieci. Tryptyk" i tak sobie poprzeglądałam. Chciałam sobie takie inne romatyczno-jakieśtam (toż chyba...?) czytadełko Janusza L. wypożyczyć, ale nie było. Jak było - dwa razy nie wzięłam, to teraz te dwa razy za opieszałość po głowie dostałam. Nic to, przeżyję. W drodze do biblioteki, w tę i we w tę, tam i z powrotem mnóstwo ludzi mijałam: studenci nie studenci, ale w większości tak, każdy po coś gna, czegoś szuka, nikt się nie zna; rozgadane przedszkolaki w autobusie (może już uczniowie? - z biegiem czasu straciłam zdolność oceny wieku takich dzieciaków - wydają się takie małe); wnoszona do kościoła trumna. Jak nic: ludzka sieć. Bez względu na to, czy z nadgryzionym jabłkiem w tle.
Steve Jobs - słyszałam, wiedziałam, ale nic apple'owego nie mam i nie miałam, więc napiszę krótko: po prostu mądry człowiek. Nie za to, co tworzył, ale za to, co o tym mówił.
czwartek, 6 października 2011
Zawód: dziennikarz
Co tu? Zwierzęca żądza "kałamarzy" (nie mylić z kominiarzami, chociaż to też babranie się w sadzy - delikatnie mówiąc). Taka trochę obyczajówka dramatyczno-romantyczno-sensacyjna z cyklu "była sobie redakcja". W niej sobie działa Michael Keaton (cały czas mi siedzi w głowie on - przestępca doskonały z "W akcie desperacji" - aż musiałam sprawdzić, jaki tytuł to był, bo zawsze zapominam). I goni, i bieży, i dręczy, i ślęczy. Jest i Glenn Close (czemu nie dostała Oscara za geniusz w "Niebezpiecznych związkach"?) i Robert Duvall (którego nie poznałam;( ).
Kto tu siebie i swą przyszłość rozpozna? Ja nie wiem, czy wiem, na co się piszę. Bo że nie wiem, co piszę, to wiem już jakiś czas. Wybór zawodu to takie trochę błądzenie ślepca, taki sen, co się ma przyśnić (nie - prześnić). Człowiek to jednak głupi jest w gruncie rzeczy i mami sobie, że jemu to się nie zdarzy, że z nim będzie inaczej. I basta! Jak dla mnie, to lepiej: nigdy nie mów nigdy. Palce, ręce i głowę stracić łatwo. Zapowiedziami ma się rozumieć.
PS Kocham tłumaczenia angielsko-amerykańsko-zagranicznych tytułów filmów...
PS 2 Pozostając w nastroju refleksyjno-analitycznym, sobie linka tu trzasnę. A, mnie oglądając to, płakać się nie chcę, żeby nie było;) klik
Kto tu siebie i swą przyszłość rozpozna? Ja nie wiem, czy wiem, na co się piszę. Bo że nie wiem, co piszę, to wiem już jakiś czas. Wybór zawodu to takie trochę błądzenie ślepca, taki sen, co się ma przyśnić (nie - prześnić). Człowiek to jednak głupi jest w gruncie rzeczy i mami sobie, że jemu to się nie zdarzy, że z nim będzie inaczej. I basta! Jak dla mnie, to lepiej: nigdy nie mów nigdy. Palce, ręce i głowę stracić łatwo. Zapowiedziami ma się rozumieć.
PS Kocham tłumaczenia angielsko-amerykańsko-zagranicznych tytułów filmów...
PS 2 Pozostając w nastroju refleksyjno-analitycznym, sobie linka tu trzasnę. A, mnie oglądając to, płakać się nie chcę, żeby nie było;) klik
środa, 28 września 2011
Spacer po linie
Dość długo zbierałam się, żeby obejrzeć ten film. Byłam cholernie ciekawa, jak wyszły te wokalne partie Phoeniksowi i Witherspoon, no i jak Legalna Blondynka, tym razem na ciemno, gra na miarę Oscara. Rozczarowałam się. Tak ogólnie. Nie porwała mnie fabuła, nie porwali aktorzy. Phoenix był co prawda momentami tak dobry jak w "Gladiatorze", ale dla mnie to było za mało. Witherspoon z kolei, którą darzę niczym nieuzasadnioną sympatią (wyłączając to, że miała fajnego, choć, jak się okazało, wiarołomnego męża i Oscara zadedykowała mężczyznom, którzy ją kiedyś porzucili) grała nijak, jakby zapomniała, że to już nie Elle a June. Cóż. Na swoje usprawiedliwienie i płytki gust mogę jedynie powiedzieć, że nie znam muzyki Johna Casha, a w piątek miałam może po prostu gorszy dzień. A i jeszcze, że jak człowiek za wiele oczekuje, to tak się kończy.
Moje rozczarowanie jest jednak niczym w porównaniu do tego, które oczom całej Polski ukazał niejaki pan Andrzej Ż. I które pewnie, mimo deklaracji, pokażą Polacy 9 października, gdy tłumnie pójdą co najwyżej do baru na piwo lub na mszę do kościoła (wedle upodobań), a nie na wybory. A już dzień później wszyscy jak jeden mąż zaczniemy krytykować to, co się dzieje w naszym mniejszym lub większym grajdołku. Bo powody do rozczarowania będą mieć wszyscy: i ci, co poszli, ich faworyt wygrał, ale raju nie zacznie urządzać, i ci, co poszli, lecz liżą rany po porażce swego kandydata i ci, których żadne udogodnienia nie wyciągnęły do wyborczego lokalu. Ot, po prostu walk the line a nie jakiś moonwalk.
Moje rozczarowanie jest jednak niczym w porównaniu do tego, które oczom całej Polski ukazał niejaki pan Andrzej Ż. I które pewnie, mimo deklaracji, pokażą Polacy 9 października, gdy tłumnie pójdą co najwyżej do baru na piwo lub na mszę do kościoła (wedle upodobań), a nie na wybory. A już dzień później wszyscy jak jeden mąż zaczniemy krytykować to, co się dzieje w naszym mniejszym lub większym grajdołku. Bo powody do rozczarowania będą mieć wszyscy: i ci, co poszli, ich faworyt wygrał, ale raju nie zacznie urządzać, i ci, co poszli, lecz liżą rany po porażce swego kandydata i ci, których żadne udogodnienia nie wyciągnęły do wyborczego lokalu. Ot, po prostu walk the line a nie jakiś moonwalk.
wtorek, 20 września 2011
Czarny łabędź
Przed obejrzeniem nie wiedziałam, że to film gościa od "Requiem dla snu". Może bym spojrzała inaczej? Żeby nie było wątpliwości: obraz jest pewnie dobrze zrobiony (nie znam się), ciekawy, zaskakujący, ale męczy mnie ten cały zgiełk wokół Natalie Portman. W ogóle męczy mnie otaczanie jakimś szczególnym splendorem aktorów, którzy odtwarzają postaci historyczne lub na oczach świata zdobywają dla roli nowe, niecodzienne umiejętności. Duży szacunek dla pięknej Natalie, która zgłębiła sztukę baletu, ale poza tym jej postać, tak bardzo kojarząca mi się z nią samą w kwestii temperamentu, osobowości i zachowania, nie ujmuje mnie. Może jednak takie stopienie się rzeczywistości i fikcji jest właśnie dobrym aktorstwem, a takie dopasowanie nazywa się idealną rolą? A ja trwam sobie w matyldowym uroku Portman, która stworzyła w "Leonie Zawodowcu" kreację dla mnie świetną i to świetną wcale nie dlatego, że miała wtedy 12 czy 13 lat?
Tymczasem z katolickimi środowiskami umiejętnie pogrywa sobie Adam "Nergal" Darski. Odsądzany od czci i wiary jest już nie tylko personalnie przez biskupów, księży czy posłów, ale przez Sejmową Komisję Kultury i Środków Przekazu. Wszystko przez to, że został jurorem programu TVP2 "The Voice of Poland. Najlepszy głos". I nie chodzi tu już nawet o satanizm, a zagrożenie dla ładu demokratycznego. Absurd tej obawy jest tyleż śmieszny, co straszny. Nergal jest w programie potulny jak baranek, a do granej przez niego muzyki nawiązują raczej pozostali jurorzy niż on sam. Ten niewątpliwie inteligentny człowiek o wyrazistych, niepopularnych w Polsce poglądach nie je na oczach widzów kotów, nie pali Biblii ani nie nawołuje do kultu szatana - jest po prostu niekoniecznie znającym się na profesjonalnym śpiewie Adamem Darskim.
Ja, katoliczka, regularnie uczęszczająca na msze święte i przystępująca do sakramentów, nie czuję się obrażona czy zgorszona obecnością Nergala w Telewizji Publicznej. Powiem szczerze, że gdy o niej usłyszałam, byłam wręcz zbudowana pozytywną zmianą trochę skostniałej, anachronicznej, ciotkowatej TVP. Jeśli zaś czyjąś wiarę jest w stanie zniszczyć, podważyć czy ośmieszyć jeden oponent, to boleję nad jej marnością. Nawołujący do krytyki zachowań i postaw, a nie człowieka Kościół czy środowiska jemu bliskie zaczynają takimi trącącymi hipokryzją i brakiem tolerancji apelami mówić jakby głosem księdza Natanka a nie Jezusa Chrystusa. Nergal ma (pewnie) bardzo dobrą pensję, pewną posadę, coraz więcej przyjaciół i świetny pijar. Porównania do Hilera raczej go nie ubodą, tak jak "ziomalowanie" specjalnie nie rozraduje. Co prawda prostolinijność sobie cenię, ale kreacje aktorskie, także te piosenkarzy, poważni ludzie powinni traktować z większym dystansem, w tym religijnym.
Tymczasem z katolickimi środowiskami umiejętnie pogrywa sobie Adam "Nergal" Darski. Odsądzany od czci i wiary jest już nie tylko personalnie przez biskupów, księży czy posłów, ale przez Sejmową Komisję Kultury i Środków Przekazu. Wszystko przez to, że został jurorem programu TVP2 "The Voice of Poland. Najlepszy głos". I nie chodzi tu już nawet o satanizm, a zagrożenie dla ładu demokratycznego. Absurd tej obawy jest tyleż śmieszny, co straszny. Nergal jest w programie potulny jak baranek, a do granej przez niego muzyki nawiązują raczej pozostali jurorzy niż on sam. Ten niewątpliwie inteligentny człowiek o wyrazistych, niepopularnych w Polsce poglądach nie je na oczach widzów kotów, nie pali Biblii ani nie nawołuje do kultu szatana - jest po prostu niekoniecznie znającym się na profesjonalnym śpiewie Adamem Darskim.
Ja, katoliczka, regularnie uczęszczająca na msze święte i przystępująca do sakramentów, nie czuję się obrażona czy zgorszona obecnością Nergala w Telewizji Publicznej. Powiem szczerze, że gdy o niej usłyszałam, byłam wręcz zbudowana pozytywną zmianą trochę skostniałej, anachronicznej, ciotkowatej TVP. Jeśli zaś czyjąś wiarę jest w stanie zniszczyć, podważyć czy ośmieszyć jeden oponent, to boleję nad jej marnością. Nawołujący do krytyki zachowań i postaw, a nie człowieka Kościół czy środowiska jemu bliskie zaczynają takimi trącącymi hipokryzją i brakiem tolerancji apelami mówić jakby głosem księdza Natanka a nie Jezusa Chrystusa. Nergal ma (pewnie) bardzo dobrą pensję, pewną posadę, coraz więcej przyjaciół i świetny pijar. Porównania do Hilera raczej go nie ubodą, tak jak "ziomalowanie" specjalnie nie rozraduje. Co prawda prostolinijność sobie cenię, ale kreacje aktorskie, także te piosenkarzy, poważni ludzie powinni traktować z większym dystansem, w tym religijnym.
niedziela, 18 września 2011
Matrix Reaktywacja
Nigdy nie widziałam ani tego filmu, ani jego pierwszej części. Kolejnej też zresztą nie. <WSTYD> Może po prostu dlatego, że jakoś nie ciągnie mnie do sci-fi.
Swoje własne zobaczyłam jednak kolejny raz dzisiaj. (Tak, znowu będzie o sporcie;).)
Reaktywowany został Bartosz Kurek, a wraz z nim cała polska siatkarska reprezentacja, która w okolicznościach bardziej fi niż sci zdobyła brązowy medal mistrzostw Europy. Ten medal nie smakowałby pewnie tak dobrze, gdyby po przeciwnej stronie siatki nie stali zawodnicy Rosji. Pal licho już to, że oni mieli grać w finale i zdecydowanie go wygrać bez względu na rywala. I że dla nich te mistrzostwa tak naprawdę skończyły się wczoraj. Dzisiaj nie dawało im wiele, bo ani awansu do Pucharu Świata - pierwszej olimpijskiej kwalifikacji, ani żadnych premii finansowych w kraju. Co tam taki sobie krążek. Dla Polaków - bezcenny.
Boję się trochę tego medalu, tak jak bałam się go po finale Ligi Światowej. Bo znów przypudruje niedoskonałości, często - fuszerkę i jednorazowość naszej siatkówki i tej reprezentacji także. To nie malkontenctwo. Bynajmniej. Co prawda dzisiaj nie skakałam z radości po końcowym gwizdku jak dwa lata temu po tym w Izmirze, a zasłoniłam rękami twarz, czując zwykłe, ludzkie, kibicowskie wzruszenie, ale łezka w oku zakręciła mi się już wcześniej. Bo ta przetrzebiona jeszcze bardziej niż dwa lata temu w Turcji drużyna znów dokonała niemożliwego. I tego coraz bardziej niemożliwego będzie się od nich oczekiwać wciąż i wciąż. A szczęście nie zawsze musi dopisywać, tym bardziej, że wielu liczy na odkucie się.
Mamy trzecią drużynę Mistrzostw Europy 2011 w Czechach i Austrii. Ale trzecią drużyną Europy wciąż nie jesteśmy.
Swoje własne zobaczyłam jednak kolejny raz dzisiaj. (Tak, znowu będzie o sporcie;).)
Reaktywowany został Bartosz Kurek, a wraz z nim cała polska siatkarska reprezentacja, która w okolicznościach bardziej fi niż sci zdobyła brązowy medal mistrzostw Europy. Ten medal nie smakowałby pewnie tak dobrze, gdyby po przeciwnej stronie siatki nie stali zawodnicy Rosji. Pal licho już to, że oni mieli grać w finale i zdecydowanie go wygrać bez względu na rywala. I że dla nich te mistrzostwa tak naprawdę skończyły się wczoraj. Dzisiaj nie dawało im wiele, bo ani awansu do Pucharu Świata - pierwszej olimpijskiej kwalifikacji, ani żadnych premii finansowych w kraju. Co tam taki sobie krążek. Dla Polaków - bezcenny.
Boję się trochę tego medalu, tak jak bałam się go po finale Ligi Światowej. Bo znów przypudruje niedoskonałości, często - fuszerkę i jednorazowość naszej siatkówki i tej reprezentacji także. To nie malkontenctwo. Bynajmniej. Co prawda dzisiaj nie skakałam z radości po końcowym gwizdku jak dwa lata temu po tym w Izmirze, a zasłoniłam rękami twarz, czując zwykłe, ludzkie, kibicowskie wzruszenie, ale łezka w oku zakręciła mi się już wcześniej. Bo ta przetrzebiona jeszcze bardziej niż dwa lata temu w Turcji drużyna znów dokonała niemożliwego. I tego coraz bardziej niemożliwego będzie się od nich oczekiwać wciąż i wciąż. A szczęście nie zawsze musi dopisywać, tym bardziej, że wielu liczy na odkucie się.
Mamy trzecią drużynę Mistrzostw Europy 2011 w Czechach i Austrii. Ale trzecią drużyną Europy wciąż nie jesteśmy.
piątek, 16 września 2011
Wszystko gra
Bardzo lubię ten film. Pewnie gdybym umiała prowadzić jakieś swoje prywatne rankingi, byłby w czubie tego filmowego. Za pierwszym razem po prostu wbił mnie w fotel. Genialny scenariusz i to genialny aż do bólu, strachu i nerwowego śmiechu. Cóż, kolejne objawienie prawdy, że scenariusz + Woody Allen = nominacja do Oscara.
A tak poza tym, nie gra nic. To znaczy: gra, ale nie dla wszystkich.
Przedwczoraj nasi siatkarze grali baraż o miejsce w ćwierćfinale mistrzostw Europy. Widzom otwartego Polsatu się jednak nie zaprezentowali. Nawet bardziej od tego faktu bolesne było jednak tłumaczenie włodarzy telewizji wspierającej polską siatkówkę. Przed godziną jedenastą obwieszczono:
Po pierwsze: godziny naszego meczu wcale nie zmieniono późnym popołudniem, a już na pewno nie o takiej porze, która uniemożliwiałaby korektę ramówki.
Po drugie: graliśmy z gospodarzami mistrzostw, a ci z reguły mają przywilej wybrania najdogodniejszej dla siebie godziny spotkania. Chyba, że Polsat już zapomniał, jak notorycznie majstruje przy relacjach meczów naszych siatkarskich reprezentacji. Dla naszych przeciwników takie zagrywki to więc chleb powszedni.
Po trzecie wreszcie: 18:00 wydaje się dogodniejsza i dla Polaków, bo daje szansę obejrzenia meczu większej liczbie kibiców, którzy się uczą i pracują.
Niby trzeba by się przyzwyczaić. W końcu to nie pierwsza taka niespodzianka. Niespełna rok temu polscy siatkarze przegrali ze "Szpilkami na Giewoncie' i "Hotelem 52" jeszcze zanim w parkiet wgniotła ich na mistrzostwach świata Brazylia, a kilka miesięcy temu tak bardzo wierzono w ich sukces w Lidze Światowej, że mecze fazy interkontynentalnej, w trosce o zdrowie kibiców, również zakodowano.
Niby dotyczy to nie tylko uznawanej w ogólnoświatowym rozrachunku za sport niszowy siatkówki, ale też hołubionej z religijną żarliwością piłki nożnej. Polsat serwuje więc (mocno i z wyskoku) rozgrywki polskiej Ekstraklasy nawet w Polsacie Sport, Ligi Mistrzów bez udziału polskich zespołów - na kanale otwartym, a Ligę Europejską upycha jak niechcianego bękarta (z wyjątkiem Śląska Wrocław, dla którego zawsze znajdzie się miejsce na głównej antenie - wszak szef stacji bawi się tam w wielki sport). I o ile fanką Legii nie jestem (klub szanuję, ale części kibiców zwyczajnie nie rozumiem, stąd zaakceptowanie ich zachowań stanowczo przekracza moje możliwości), o tyle żal mi, że jej gra w Europie zostaje tak boleśnie zepchnięta do futbolowego narożnika telewizji pana Zygmunta Solorza-Żaka. Jak choćby wczoraj. I w głębokim poważaniu mam to, że Legia jest własnością konkurencji dla "słonecznych". Zresztą, Wisłę podobny los czeka za dwa tygodnie. Nie po to UEFA bawi się przy losowaniu w kolory grup, wykluczając czasowy konflikt dla drużyn z tego samego kraju, żeby potem odstawiać kabaret. Otwarty Polsat jest i pozostanie zamknięty dla Ligi Europejskiej , która w najlepszym przypadku będzie się musiała zadowolić TV4. Mam nadzieję, że wcale nie czysto ludzkie, a prawne argumenty Legii (odwołanie się do Ustawy o radiofonii i telewizji, która nakłada obowiązek pokazywania w otwartym kanale ważnych wydarzeń sportowych) ukrócą tę prosportową politykę Polsatu.
Niestety, w sukurs zaczyna mu iść TVP, której wciąż nie mogę darować wyskrobywanej na głównych antenach godzinki transmisji z lekkoatletycznych mistrzostw świata przed dwoma laty w porze, gdy często na stadionie nie działo się dosłownie nic i odesłania na dwa ostatnie dni takiej samej imprezy w tym roku do TVP Sport. Tego, że przerwali finał siatkarskich mistrzostw Europy w 2007, by nadać Teleexpress, nie wypominam. Ba, cieszę się, że w ogóle ten mecz transmitowali nie w (wtedy) TVP "Widmo" Sport, a w TVP 1, w niedzielne popołudnie, bez udziału Polaków. Jak pokazuje Polsat - nie musieli.
PS. Sportowa kartka z kalendarza. "Dzień, w którym pękło niebo": 16 września 2005 roku w wypadku samochodowym w Griffen koło Klagenfurtu zginął Arkadiusz Gołaś - siatkarz o "stratosferycznym zasięgu", środkowy bloku, wielokrotny reprezentant Polski. Jechał do swojego nowego włoskiego klubu - Lube Banca Macerata. Auto prowadzone przez jego żonę, którą poślubił 21 lipca 2005 roku, uderzyło w betonową ścianę. Arek zginął na miejscu. Miał 24 lata. Wróżono mu wielką siatkarską karierę.
A tak poza tym, nie gra nic. To znaczy: gra, ale nie dla wszystkich.
Przedwczoraj nasi siatkarze grali baraż o miejsce w ćwierćfinale mistrzostw Europy. Widzom otwartego Polsatu się jednak nie zaprezentowali. Nawet bardziej od tego faktu bolesne było jednak tłumaczenie włodarzy telewizji wspierającej polską siatkówkę. Przed godziną jedenastą obwieszczono:
"Najbliższy mecz polskiej reprezentacji z Czechami zaplanowany wstępnie na dziś na godzinę 15.00, którego termin w późnych godzinach popołudniowych w dniu wczorajszym został zmieniony przez organizatorów na godzinę 18.00, Telewizja Polsat będzie transmitowała na swoim głównym kanale sportowym".
Po pierwsze: godziny naszego meczu wcale nie zmieniono późnym popołudniem, a już na pewno nie o takiej porze, która uniemożliwiałaby korektę ramówki.
Po drugie: graliśmy z gospodarzami mistrzostw, a ci z reguły mają przywilej wybrania najdogodniejszej dla siebie godziny spotkania. Chyba, że Polsat już zapomniał, jak notorycznie majstruje przy relacjach meczów naszych siatkarskich reprezentacji. Dla naszych przeciwników takie zagrywki to więc chleb powszedni.
Po trzecie wreszcie: 18:00 wydaje się dogodniejsza i dla Polaków, bo daje szansę obejrzenia meczu większej liczbie kibiców, którzy się uczą i pracują.
Niby trzeba by się przyzwyczaić. W końcu to nie pierwsza taka niespodzianka. Niespełna rok temu polscy siatkarze przegrali ze "Szpilkami na Giewoncie' i "Hotelem 52" jeszcze zanim w parkiet wgniotła ich na mistrzostwach świata Brazylia, a kilka miesięcy temu tak bardzo wierzono w ich sukces w Lidze Światowej, że mecze fazy interkontynentalnej, w trosce o zdrowie kibiców, również zakodowano.
Niby dotyczy to nie tylko uznawanej w ogólnoświatowym rozrachunku za sport niszowy siatkówki, ale też hołubionej z religijną żarliwością piłki nożnej. Polsat serwuje więc (mocno i z wyskoku) rozgrywki polskiej Ekstraklasy nawet w Polsacie Sport, Ligi Mistrzów bez udziału polskich zespołów - na kanale otwartym, a Ligę Europejską upycha jak niechcianego bękarta (z wyjątkiem Śląska Wrocław, dla którego zawsze znajdzie się miejsce na głównej antenie - wszak szef stacji bawi się tam w wielki sport). I o ile fanką Legii nie jestem (klub szanuję, ale części kibiców zwyczajnie nie rozumiem, stąd zaakceptowanie ich zachowań stanowczo przekracza moje możliwości), o tyle żal mi, że jej gra w Europie zostaje tak boleśnie zepchnięta do futbolowego narożnika telewizji pana Zygmunta Solorza-Żaka. Jak choćby wczoraj. I w głębokim poważaniu mam to, że Legia jest własnością konkurencji dla "słonecznych". Zresztą, Wisłę podobny los czeka za dwa tygodnie. Nie po to UEFA bawi się przy losowaniu w kolory grup, wykluczając czasowy konflikt dla drużyn z tego samego kraju, żeby potem odstawiać kabaret. Otwarty Polsat jest i pozostanie zamknięty dla Ligi Europejskiej , która w najlepszym przypadku będzie się musiała zadowolić TV4. Mam nadzieję, że wcale nie czysto ludzkie, a prawne argumenty Legii (odwołanie się do Ustawy o radiofonii i telewizji, która nakłada obowiązek pokazywania w otwartym kanale ważnych wydarzeń sportowych) ukrócą tę prosportową politykę Polsatu.
Niestety, w sukurs zaczyna mu iść TVP, której wciąż nie mogę darować wyskrobywanej na głównych antenach godzinki transmisji z lekkoatletycznych mistrzostw świata przed dwoma laty w porze, gdy często na stadionie nie działo się dosłownie nic i odesłania na dwa ostatnie dni takiej samej imprezy w tym roku do TVP Sport. Tego, że przerwali finał siatkarskich mistrzostw Europy w 2007, by nadać Teleexpress, nie wypominam. Ba, cieszę się, że w ogóle ten mecz transmitowali nie w (wtedy) TVP "Widmo" Sport, a w TVP 1, w niedzielne popołudnie, bez udziału Polaków. Jak pokazuje Polsat - nie musieli.
PS. Sportowa kartka z kalendarza. "Dzień, w którym pękło niebo": 16 września 2005 roku w wypadku samochodowym w Griffen koło Klagenfurtu zginął Arkadiusz Gołaś - siatkarz o "stratosferycznym zasięgu", środkowy bloku, wielokrotny reprezentant Polski. Jechał do swojego nowego włoskiego klubu - Lube Banca Macerata. Auto prowadzone przez jego żonę, którą poślubił 21 lipca 2005 roku, uderzyło w betonową ścianę. Arek zginął na miejscu. Miał 24 lata. Wróżono mu wielką siatkarską karierę.
Cała ona
W całości widziałam ten film chyba dwa razy, co, biorąc pod uwagę jego (skądinąd dość zrozumiałą) popularność (bo jak tu przejść obojętnie, gdy z ekranu uśmiechają się dwudziestotrzyletni przyszły mąż Sarahy Michelle Gellar i uroczo szlachetny Brian O'Conner z "Szybkich i wściekłych", który tu okazuje się pomiotem szatana, a pomiędzy nimi pałęta się w czerwonej sukience śliczniutka Rachel Leigh Cook?) nie trąci psychozą ani nawet lekkim stanem pomieszania zmysłów. Zresztą, do tych dwóch razy też doszło znacznie później niż wymagałaby tego zwykła filmowa przyzwoitość.
Co prawda w mojej szafie wisi czerwona sukienka, ale w kwestii podobieństw z wyżej wspomnianymi bohaterami to by było na tyle. Ten po prostu tytuł pasował na początek mojej nowej blogowej przygody, bo ja tak bezosobowo zaczynać nie umiem. Ale żadnych obietnic na piśmie ta ani żadna inna klawiatura ode mnie w tej sprawie nie wyciśnie!
Co prawda w mojej szafie wisi czerwona sukienka, ale w kwestii podobieństw z wyżej wspomnianymi bohaterami to by było na tyle. Ten po prostu tytuł pasował na początek mojej nowej blogowej przygody, bo ja tak bezosobowo zaczynać nie umiem. Ale żadnych obietnic na piśmie ta ani żadna inna klawiatura ode mnie w tej sprawie nie wyciśnie!
Subskrybuj:
Posty (Atom)