Nigdy nie widziałam ani tego filmu, ani jego pierwszej części. Kolejnej też zresztą nie. <WSTYD> Może po prostu dlatego, że jakoś nie ciągnie mnie do sci-fi.
Swoje własne zobaczyłam jednak kolejny raz dzisiaj. (Tak, znowu będzie o sporcie;).)
Reaktywowany został Bartosz Kurek, a wraz z nim cała polska siatkarska reprezentacja, która w okolicznościach bardziej fi niż sci zdobyła brązowy medal mistrzostw Europy. Ten medal nie smakowałby pewnie tak dobrze, gdyby po przeciwnej stronie siatki nie stali zawodnicy Rosji. Pal licho już to, że oni mieli grać w finale i zdecydowanie go wygrać bez względu na rywala. I że dla nich te mistrzostwa tak naprawdę skończyły się wczoraj. Dzisiaj nie dawało im wiele, bo ani awansu do Pucharu Świata - pierwszej olimpijskiej kwalifikacji, ani żadnych premii finansowych w kraju. Co tam taki sobie krążek. Dla Polaków - bezcenny.
Boję się trochę tego medalu, tak jak bałam się go po finale Ligi Światowej. Bo znów przypudruje niedoskonałości, często - fuszerkę i jednorazowość naszej siatkówki i tej reprezentacji także. To nie malkontenctwo. Bynajmniej. Co prawda dzisiaj nie skakałam z radości po końcowym gwizdku jak dwa lata temu po tym w Izmirze, a zasłoniłam rękami twarz, czując zwykłe, ludzkie, kibicowskie wzruszenie, ale łezka w oku zakręciła mi się już wcześniej. Bo ta przetrzebiona jeszcze bardziej niż dwa lata temu w Turcji drużyna znów dokonała niemożliwego. I tego coraz bardziej niemożliwego będzie się od nich oczekiwać wciąż i wciąż. A szczęście nie zawsze musi dopisywać, tym bardziej, że wielu liczy na odkucie się.
Mamy trzecią drużynę Mistrzostw Europy 2011 w Czechach i Austrii. Ale trzecią drużyną Europy wciąż nie jesteśmy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz