piątek, 16 września 2011

Wszystko gra

Bardzo lubię ten film. Pewnie gdybym umiała prowadzić jakieś swoje prywatne rankingi, byłby w czubie tego filmowego. Za pierwszym razem po prostu wbił mnie w fotel. Genialny scenariusz i to genialny aż do bólu, strachu i nerwowego śmiechu. Cóż, kolejne objawienie prawdy, że scenariusz + Woody Allen = nominacja do Oscara.

A tak poza tym, nie gra nic. To znaczy: gra, ale nie dla wszystkich.

Przedwczoraj nasi siatkarze grali baraż o miejsce w ćwierćfinale mistrzostw Europy. Widzom otwartego Polsatu się jednak nie zaprezentowali. Nawet bardziej od tego faktu bolesne było jednak tłumaczenie włodarzy telewizji wspierającej polską siatkówkę. Przed godziną jedenastą obwieszczono:
"Najbliższy mecz polskiej reprezentacji z Czechami zaplanowany wstępnie na dziś na godzinę 15.00, którego termin w późnych godzinach popołudniowych w dniu wczorajszym został zmieniony przez organizatorów na godzinę 18.00, Telewizja Polsat będzie transmitowała na swoim głównym kanale sportowym".

Po pierwsze: godziny naszego meczu wcale nie zmieniono późnym popołudniem, a już na pewno nie o takiej porze, która uniemożliwiałaby korektę ramówki.
Po drugie: graliśmy z gospodarzami mistrzostw, a ci z reguły mają przywilej wybrania najdogodniejszej dla siebie godziny spotkania. Chyba, że Polsat już zapomniał, jak notorycznie majstruje przy relacjach meczów naszych siatkarskich reprezentacji. Dla naszych przeciwników takie zagrywki to więc chleb powszedni.
Po trzecie wreszcie: 18:00 wydaje się dogodniejsza i dla Polaków, bo daje szansę obejrzenia meczu większej liczbie kibiców, którzy się uczą i pracują.

Niby trzeba by się przyzwyczaić. W końcu to nie pierwsza taka niespodzianka. Niespełna rok temu polscy siatkarze przegrali ze "Szpilkami na Giewoncie' i "Hotelem 52" jeszcze zanim w parkiet wgniotła ich na mistrzostwach świata Brazylia, a kilka miesięcy temu tak bardzo wierzono w ich sukces w Lidze Światowej, że mecze fazy interkontynentalnej, w trosce o zdrowie kibiców, również zakodowano.
Niby dotyczy to nie tylko uznawanej w ogólnoświatowym rozrachunku za sport niszowy siatkówki, ale też hołubionej z religijną żarliwością piłki nożnej. Polsat serwuje więc (mocno i z wyskoku) rozgrywki polskiej Ekstraklasy nawet w Polsacie Sport, Ligi Mistrzów bez udziału polskich zespołów - na kanale otwartym, a Ligę Europejską upycha jak niechcianego bękarta (z wyjątkiem Śląska Wrocław, dla którego zawsze znajdzie się miejsce na głównej antenie - wszak szef stacji bawi się tam w wielki sport). I o ile fanką Legii nie jestem (klub szanuję, ale części kibiców zwyczajnie nie rozumiem, stąd zaakceptowanie ich zachowań stanowczo przekracza moje możliwości), o tyle żal mi, że jej gra w Europie zostaje tak boleśnie zepchnięta do futbolowego narożnika telewizji pana Zygmunta Solorza-Żaka. Jak choćby wczoraj. I w głębokim poważaniu mam to, że Legia jest własnością konkurencji dla "słonecznych". Zresztą, Wisłę podobny los czeka za dwa tygodnie. Nie po to UEFA bawi się przy losowaniu w kolory grup, wykluczając czasowy konflikt dla drużyn z tego samego kraju, żeby potem odstawiać kabaret. Otwarty Polsat jest i pozostanie zamknięty dla Ligi Europejskiej , która w najlepszym przypadku będzie się musiała zadowolić TV4. Mam nadzieję, że wcale nie czysto ludzkie, a prawne argumenty Legii (odwołanie się do Ustawy o radiofonii i telewizji, która nakłada obowiązek pokazywania w otwartym kanale ważnych wydarzeń sportowych) ukrócą tę prosportową politykę Polsatu.

Niestety, w sukurs zaczyna mu iść TVP, której wciąż nie mogę darować wyskrobywanej na głównych antenach godzinki transmisji z lekkoatletycznych mistrzostw świata przed dwoma laty w porze, gdy często na stadionie nie działo się dosłownie nic i odesłania na dwa ostatnie dni takiej samej imprezy w tym roku do TVP Sport. Tego, że przerwali finał siatkarskich mistrzostw Europy w 2007, by nadać Teleexpress, nie wypominam. Ba, cieszę się, że w ogóle ten mecz transmitowali nie w (wtedy) TVP "Widmo" Sport, a w TVP 1, w niedzielne popołudnie, bez udziału Polaków. Jak pokazuje Polsat - nie musieli.

 PS. Sportowa kartka z kalendarza. "Dzień, w którym pękło niebo": 16 września 2005 roku w wypadku samochodowym w Griffen koło Klagenfurtu zginął Arkadiusz Gołaś - siatkarz o "stratosferycznym zasięgu", środkowy bloku, wielokrotny reprezentant Polski. Jechał do swojego nowego włoskiego klubu - Lube Banca Macerata. Auto prowadzone przez jego żonę, którą poślubił 21 lipca 2005 roku, uderzyło w betonową ścianę. Arek zginął na miejscu. Miał 24 lata. Wróżono mu wielką siatkarską karierę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz