środa, 28 września 2011

Spacer po linie

Dość długo zbierałam się, żeby obejrzeć ten film. Byłam cholernie ciekawa, jak wyszły te wokalne partie Phoeniksowi i Witherspoon, no i jak Legalna Blondynka, tym razem na ciemno, gra na miarę Oscara. Rozczarowałam się. Tak ogólnie. Nie porwała mnie fabuła, nie porwali aktorzy. Phoenix był co prawda momentami tak dobry jak w "Gladiatorze", ale dla mnie to było za mało. Witherspoon z kolei, którą darzę niczym nieuzasadnioną sympatią (wyłączając to, że miała fajnego, choć, jak się okazało, wiarołomnego męża i Oscara zadedykowała mężczyznom, którzy ją kiedyś porzucili) grała nijak, jakby zapomniała, że to już nie Elle a June. Cóż. Na swoje usprawiedliwienie i płytki gust mogę jedynie powiedzieć, że nie znam muzyki Johna Casha, a w piątek miałam może po prostu gorszy dzień. A i jeszcze, że jak człowiek za wiele oczekuje, to tak się kończy.

Moje rozczarowanie jest jednak niczym w porównaniu do tego, które oczom całej Polski ukazał niejaki pan Andrzej Ż. I które pewnie, mimo deklaracji, pokażą Polacy 9 października, gdy tłumnie pójdą co najwyżej do baru na piwo lub na mszę do kościoła (wedle upodobań), a nie na wybory. A już dzień później wszyscy jak jeden mąż zaczniemy krytykować to, co się dzieje w naszym mniejszym lub większym grajdołku. Bo powody do rozczarowania będą mieć wszyscy: i ci, co poszli, ich faworyt wygrał, ale raju nie zacznie urządzać, i ci, co poszli, lecz liżą rany po porażce swego kandydata i ci, których żadne udogodnienia nie wyciągnęły do wyborczego lokalu. Ot, po prostu walk the line a nie jakiś moonwalk.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz