Film, który rok temu rozpalał do czerwoności, a teraz wydaje się tak, nomen omen, bosko zapomniany. Sam w sobie nie zrobił rewolucji, tylko stał się kolejnym pęcherzem chwilowej mody. Ostatecznie nawet nie trzeba go było przekłuwać, bo po prostu zagoił się naturalnie. Z perspektywy roku wydaje się, że największym sukcesem obrazu Leszka Dawida i najlepszym wkładem w polską kinematografię jest danie szansy młodym, zdolnym aktorom. Ci mają na koncie już kolejne udane filmy, udowadniając, że istnieje życie po "Jesteś Bogiem".
Od kilku dni swoje pięć minut przeżywa natomiast materiał Filipa Chajzera klik poświęcony blogerom i youtuberom wypowiadającym się o modzie podczas Warsaw Fashion Weekend. Spojlerując, okazuje się, że Hans Kloss, Karel Gott, Sven Hannavald, a nawet Schleswig-Holstein projektują ubrania. Przynajmniej według przepytywanych przez Chajzera ludzi. Zawrzało. Bo syn króla pewnego proszku do prania obśmiał środowisko blogerówi i vloegerów modowych. Po raz kolejny zerwał z poprawnością polityczną, wyciągnął ciężkie działa przeciwko ignorancji i naiwności, a także, jakby na to nie patrzeć, przeciwko samym mediom. Jedni uśmiali się do łez, inni oburzyli. Jako że ja należę do tej pierwszej grupy, przedstawię argumenty drugiej (a co?), podążając za tym tekstem.
1. Brak rozpoznawalnych blogerów i vlogerów
Rozumiem, że fajniej byłoby się pośmiać z Kasi Tusk niż jakichś anonimowych ludzi, ale tak naprawdę powszechnie znanych blogerów i vlogerów modowych nie ma znów tak wielu. Optymistycznie przy tym zakładam, że nie daliby się tak wkręcić, a nawet jeśli tak, stoją za nimi zbyt potężne i ważne firmy, by wyrazić zgodę na emisję ewentualnej wpadki. Takie życie. Zresztą, materiał Chajzera pokazuje według mnie po prostu pewien przykry mechanizm, który podbija nasze media, a w szczególności internet. Ludziom wydaje się bowiem, że w sieci Bogiem można zostać w pięć sekund. Wystarczy blog lub vlog i z miejsca jesteś w danej dziedzinie znawcą, bohaterem i autorytetem. Guzik prawda tymczasem. Chajzer nie oczekiwał, że zapytani zaczną sypać wzorami chemicznymi jak z rękawa i opowiadać treść "Ulissesa". Mieli mówić o projektantach mody. Umieli - owszem - aż za dobrze. Zachowując wszelkie proporcje, od lekarza oczekuje się, że będzie znał choroby i ich objawy, a od kierowcy, że potrafi jeździć samochodem.
2. Brak nazwisk blogerów i nazw blogów
Można uznać, że materiał ma charakter sondy telewizyjnej. W sondzie podpisy raczej się nie pojawiają. Poza tym, uważam, że tu nie chodzi o to, by szukać potwierdzenia, lecz by zrozumieć, że ludzie godzą się wypowiadać przed kamerą z miną eksperta i uciekają się do kłamstw, by tej pozycji nie podważyć. To smutne, niezależnie od tego, czy mówią o modzie, czy oceniają sąsiada z naprzeciwka. (Swoją drogą, gdyby te nazwy blogów się pojawiły, to nie wiem, czy serwery by nie padły od liczy wizyt.)
3. Wypowiada się dziewczyna z obsługi
Zbrodnia! Przecież ludzie z obsługi danego wydarzenia nie muszą znać programu. W ogóle nie muszą wiedzieć, gdzie są i czym się zajmują. Ale jak idziesz do kwiaciarni i prosisz o różę, to nie chcesz dostać tulipana. Jak zgłaszasz się do punktu informacyjnego na dworcu, to oczekujesz, że podadzą ci godzinę odjazdu pociągu. Ja tak przynajmniej mam.
4. Uogólnienie
To normalne zjawisko. Psychologicznie uzasadnione. Tak jest skonstruowany nasz mózg. By żyło się lepiej. To boli, razi i mierzi, ale tak jest. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Nie ma się co oburzać na ludzką naturę. Ale trzeba rozumieć, że ten materiał nie dotyczy wszystkich, tak samo, jak trzeba zdawać sobie sprawę, że nie każdy Polak to pijak i złodziej.
5. Impreza biletowana
I co z tego? Czy ktoś tych ludzi wołami ciągnął przed kamerę i kazał odpowiadać na pytania Chajzera? Mogli tam nawet sprzątać, ale skoro zgodzili się wypowiedzieć, to ich sprawa i ich problem.
6. Można nie wiedzieć, kim był Kohl
Owszem. Można nie wiedzieć, że był kanclerzem Niemiec. Można by było nawet nie wiedzieć, gdyby był projektantem mody. Ale wystarczyło powiedzieć, że się nie wie albo nie kojarzy kogoś takiego. Czasem mniej znaczy więcej. A ci ludzie, nie chcąc wyjść na niekompetentnych, woleli iść w zaparte, a na niekompetentnych wyszli i tak.
7. To (wykształcone) media ich wylansowały
Jasne, wińmy garbatego, że ma proste dzieci. Poza tym, stosując retorykę obrońców blogerów i vlogerów, jak tak można uogólniać? Bo na pewno nie wszystkie media...
8. Sprytny montaż, wycięte ujęcia
Ludzie, tak się robi telewizję! Tak się robi media! Selekcja informacji jest sprawą naturalną, a, jakby na to nie patrzeć, manipulacja (nie twierdzę, że zawsze zamierzona) to chleb powszedni tej branży. Redaguje się wywiady prasowe, przycina dźwięki w radiu, składa wypowiedzi dla telewizji. Montuje się filmy i seriale oraz wiele programów. Ba, książki się tłumaczy. Każda taka obróbka jest w jakimś sensie manipulacją, interpretacją, dokonaniem wyboru. Nie da się pokazać wszystkiego. Przecież Chajzer nie powiedział, że wszyscy zapytani dali się nabrać. Pokazał po prostu tych, których wkręcił, zresztą, w sposób do bólu niewyszukany.
Taki sprytny montaż stosują chociażby twórcy "Matura to bzdura.TV". Ich celem jest pokazanie, że ludzie nie znają odpowiedzi na proste pytania. Tak, jak celem Chajzera, było pokazanie, że ci, co uznają się za znawców mody, nie do końca mają o niej pojęcie. To się nazywa konwencja. Owszem, są to materiały z tezą. Proponuję jednak filozoficznie rozważyć ideę obiektywizmu w ogóle i wtedy ciskać gromy.
Przyznam szczerze, że obrona ze strony środowiska blogowo-vlogowego trochę mnie bawi. Jak Maff nie poradziła sobie w programie Kuby Wojewódzkiego, a teraz jest lektorką w serialu, w którym jedna dziewczyna zostaje twarzą rajstop, a druga bardzo lubi jabłka, aż takiego wsparcia od kolegów z branży nie było. Daleka jestem co prawda od namawiania do kalania własnego gniazda (lojalność naprawdę cenię), ale trochę dystansu jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Bogowie internetu też są ludźmi. A niektórzy, chociaż bezimienni w materiale Chajzera, stali się dzięki niemu gwiazdami daleko przekraczającymi granice sieci.
Centralny Bałagan Światopoglądowy
czwartek, 10 października 2013
Jesteś Bogiem
Etykiety:
blogerki,
blogerki modowe,
Chajzer,
Chajzer o modzie,
Dzień Dobry TVN,
Filip Chajzer,
Internet,
Jesteś Bogiem,
moda,
niewiedza,
projektanci,
społeczeństwo,
telewizja,
ubrania,
vlogi
czwartek, 13 czerwca 2013
Nietykalni
Zastanawiam się nad fenomenem tego filmu. Ujmujący, wzruszający, zabawny i tak dziwnie prosty zarówno w wymowie, jak i w fabule. Obejrzałam, spodziewając się wszechogarniającego zachwytu, zdębienia i zbierania szczęki z podłogi. Nie jestem jakąś szczególną fanką ani znawczynią francuskiego kina, ale zawsze kojarzyłam je z przyjemnym powiewem świeżości w chwilach hollywoodzkiego skwaru. Owszem, obraz ten miło owiewa duszę strudzoną amerykanizacją, ale, jeju, żeby od razu widzieć w nim zjawisko na miarę trzeciego miejsca rankingu filmwebu? Doceniam film, ale nie do końca rozumiem tak wysokie noty. Chyba jednak trochę zadziałał tu efekt śnieżnej kuli, wpychając ludzi do kin i przed ekrany komputerów.
Philippe i Driss byli nietykalni. Podobne, zdaje się, przeświadczenie nosił w sercu Jan Rokita. Medialna i polityczna burza wokół spodziewanego bankructwa byłego polityka Platformy Obywatelskiej szaleje w najlepsze. I na dodatek przemieszcza się w głąb partyjnej rzeczywistości naszego kraju. Apele o zbieranie pieniędzy na pomoc ciemiężonemu przez system Rokicie trącą dziwnym kabaretem. Jest sądownie potwierdzona wina, musi być kara - czy ta prosta zasada musi być specjalnie interpretowana, gdy dotyczy ludzi "zasłużonych dla Polski"? Dyskusje o tym, czy wyrok jest słuszny, nie powinny być moim zdaniem przedmiotem politycznych analiz wygłaszanych na sejmowych korytarzach czy za pośrednictwem Twittera. Nie czas teraz na to.
Sama uważam, że decyzja sądu jest dość dziwna, a wypłynięcie sprawy właśnie teraz zastanawiające, ale, do diaska, czym Rokita zasłużył na specjalne traktowanie? Dlaczego żale polityka mają być ważniejsze od codziennych zmagań z podobnymi problemami innych obywateli Polski? Dlaczego media interesują się karą 350 tys. zł, które zapłacić ma człowiek mogący sobie pozwolić na życie we Włoszech, a finansowe łapy czyhające na majątki zwykłych Polaków spychane są, w najlepszym razie, do programów interwencyjnych, w których trzeba głośno płakać i biednie wyglądać w blasku świeczek (bo prąd odcięty)? Rokita, owszem, jest zapewne medialnie atrakcyjny, a sam temat nośny, ale o co tak naprawdę kruszyć tu kopie? Czego niedoszły premier z Krakowa oczekuje? Co, poza oglądalnością, klikalnością i słuchalnością chcą na tym ambarasie ugrać media? Sprawa jest przecież patowa, a dyskusje jałowe. Bardziej jałowe od ostatnich politycznych podrygów, które mają chyba z założenia wywołać wojnę, a wyglądają jak pójście na barykady z procą w dłoni.
Do podobnej pustki można się co prawda przyzwyczaić, ale boli mnie takie medialne nakręcanie totalnie abstrakcyjnego tematu. Rokita boi się, że komornik zabierze mu komputer i księgozbiór. Spodziewa się własnej ruiny. Abstrahując od "nikczemności" Konrada Kornatowskiego, by do takiej sytuacji nie dopuścić, byłemu posłowi PO wystarczyło jedynie w odpowiednim czasie rozpocząć budowę politycznego kapitału, który sięgałby dalej niż komisja śledcza i brylowanie w sondażach. Czyżby startował z tym przedsięwzięciem właśnie teraz, z takim opóźnieniem? Ciekawie by było na pewno. W sumie to już jest. Dawny polityczny gwiazdor w końcu nie co dzień wygląda swojego finansowego bankructwa. Na dodatek, mając za wroga nie tylko przeciwników, ale też przyjaciół z czasów świetności. Jan Rokita myślał, że jest nietykalny? Wygląda na to, że ktoś poszedł dalej i sprawdza teraz, czy jest nieśmiertelny. Medialnie, a może i politycznie. Dla mnie może wracać, ale, na Boga, niech robi to w lepszym stylu!
Philippe i Driss byli nietykalni. Podobne, zdaje się, przeświadczenie nosił w sercu Jan Rokita. Medialna i polityczna burza wokół spodziewanego bankructwa byłego polityka Platformy Obywatelskiej szaleje w najlepsze. I na dodatek przemieszcza się w głąb partyjnej rzeczywistości naszego kraju. Apele o zbieranie pieniędzy na pomoc ciemiężonemu przez system Rokicie trącą dziwnym kabaretem. Jest sądownie potwierdzona wina, musi być kara - czy ta prosta zasada musi być specjalnie interpretowana, gdy dotyczy ludzi "zasłużonych dla Polski"? Dyskusje o tym, czy wyrok jest słuszny, nie powinny być moim zdaniem przedmiotem politycznych analiz wygłaszanych na sejmowych korytarzach czy za pośrednictwem Twittera. Nie czas teraz na to.
Sama uważam, że decyzja sądu jest dość dziwna, a wypłynięcie sprawy właśnie teraz zastanawiające, ale, do diaska, czym Rokita zasłużył na specjalne traktowanie? Dlaczego żale polityka mają być ważniejsze od codziennych zmagań z podobnymi problemami innych obywateli Polski? Dlaczego media interesują się karą 350 tys. zł, które zapłacić ma człowiek mogący sobie pozwolić na życie we Włoszech, a finansowe łapy czyhające na majątki zwykłych Polaków spychane są, w najlepszym razie, do programów interwencyjnych, w których trzeba głośno płakać i biednie wyglądać w blasku świeczek (bo prąd odcięty)? Rokita, owszem, jest zapewne medialnie atrakcyjny, a sam temat nośny, ale o co tak naprawdę kruszyć tu kopie? Czego niedoszły premier z Krakowa oczekuje? Co, poza oglądalnością, klikalnością i słuchalnością chcą na tym ambarasie ugrać media? Sprawa jest przecież patowa, a dyskusje jałowe. Bardziej jałowe od ostatnich politycznych podrygów, które mają chyba z założenia wywołać wojnę, a wyglądają jak pójście na barykady z procą w dłoni.
Do podobnej pustki można się co prawda przyzwyczaić, ale boli mnie takie medialne nakręcanie totalnie abstrakcyjnego tematu. Rokita boi się, że komornik zabierze mu komputer i księgozbiór. Spodziewa się własnej ruiny. Abstrahując od "nikczemności" Konrada Kornatowskiego, by do takiej sytuacji nie dopuścić, byłemu posłowi PO wystarczyło jedynie w odpowiednim czasie rozpocząć budowę politycznego kapitału, który sięgałby dalej niż komisja śledcza i brylowanie w sondażach. Czyżby startował z tym przedsięwzięciem właśnie teraz, z takim opóźnieniem? Ciekawie by było na pewno. W sumie to już jest. Dawny polityczny gwiazdor w końcu nie co dzień wygląda swojego finansowego bankructwa. Na dodatek, mając za wroga nie tylko przeciwników, ale też przyjaciół z czasów świetności. Jan Rokita myślał, że jest nietykalny? Wygląda na to, że ktoś poszedł dalej i sprawdza teraz, czy jest nieśmiertelny. Medialnie, a może i politycznie. Dla mnie może wracać, ale, na Boga, niech robi to w lepszym stylu!
poniedziałek, 18 marca 2013
Każdy chce być Włochem
Taki głupi film, który zalega u mnie na komputerze. Ostał się po porządkach, które zwolnić miały choć trochę niezbędnego miejsca na dysku. Jakaś romantyczna komedyjka, w której to podobno warto Włochem być i basta. Na pewno obejrzę w chwili smutku i życiowego przytłoczenia. O to w sumie wcale nietrudno, ale na razie radzę sobie sama, do spółki z Internetem.
Bo mnie informacji dostarcza właśnie Internet. Pozbawiona telewizora i nieprzyzwyczajona do przeglądów prasy, do oporu grzebię w sieci. I to w sieci śledziłam zarówno "Watykan Show", jak i jego peryferia. I, z całym szacunkiem, te drugie były zdecydowanie ciekawsze.
O, taki monolog Abelarda Gizy z kabaretu Limo. Zmasowanym atakiem przedziwnej cenzury usuwany z Internetu (ale wciąż do znalezienia!). Zbyt dosłowny i zbyt obrazoburczy. Może zbyt kabaretowy? Bo gdy w przededniu konklawe w Telewizji Polskiej, w piątek o godz. 23, w programie od lat 16, którego sama nazwa wskazuje na ograniczenia odbioru ("Tylko dla dorosłych"), kabareciarz wskazuje na ludzki obraz papieża, to przejść nad tym do porządku dziennego nie można. I basta! Tymczasem sprowadzony do puszczania przez głowę Kościoła bąków stand-up Abelarda Gizy jest po prostu artystycznym komentarzem wygłoszonym w postawie stojącej, bez nabożnej czci, którą krytycy chcieliby tu widzieć. Bo o katolicyzmie mówić w Polsce można tylko wielkimi literami i tylko ze śmiertelną powagą. Dziwne, bo nawet Jan Paweł II potrafił być tak po ludzku zabawny. Łatwo i przyjemnie było się śmiać, gdy mówił o kremówkach jedzonych po maturze. Tymi właśnie otwartością i bezpretensjonalnością, a nie teologią, kupował tłumy i przyciągał młodzież. Z pobrzmiewającą w tle inkwizycją chcą ten radosny obraz zniszczyć politycy, którzy tak lubią się identyfikować z papieżem - Polakiem.
Niestety, najgorsze, że pod zarzutami o obrzydliwość i naruszanie zapisów Ustawy o radiofonii i telewizji ugina się TVP. Gdy wreszcie wypuściła program, o którym mówi się więcej niż "porażka" i "szmira", niby broni, po czym nie śmie się nie ukorzyć przed świętym oburzeniem Parlamentarnego Zespołu ds. Przeciwdziałania Ateizacji Polski. Ja, katoliczka, żadnych przeprosin nie oczekiwałam. Oczekiwałam za to i oczekuję nowoczesnej telewizji publicznej, która nie będzie poprawna, ugrzeczniona i zdominowana przez siły polityczne. Nawet dziecko w przedszkolu wie, że jeśli coś jest letnie, to jest nijakie, a często po prostu byle jakie. A wtedy trudno liczyć na jakikolwiek sukces. A gdy ten trafia się jak ślepej kurze ziarno, zostaje z miejsca ustawiony w kolejce do posypania popiołem. Popiołem ze spalonym kart do głosowania podczas konklawe.
A w przededniu inauguracji pontyfikatu papieża Franciszka, święte oburzenie w mediach. Kto nie skomentował felietonu Pawła Reszki, ten nie śmie nazywać się dziennikarzem newsowym (ale tym w formie elektronicznej)! Przyznaję, autor tekstu ma u mnie dużego plusa za książki "Daleko od Wawelu" i "Daleko od miłości" napisane wespół z Michałem Majewskim (polecam, połyka się jak najlepsze kryminały!). Ale racji w swojej prześmiewczej relacji z konklawe made by telewizyjna stacja newsowa, też ma dużo. Tak, wciąż podtrzymuję, że nie mam telewizora i "Watykan Show" znam z sieci. I wystarcza mi to w zupełności. Aż nadto mi niby-informacji, które serwowała, a w które ja namiętnie klikałam (mea culpa!). Rozumiem, że w takich sytuacjach prochu nikt nie wymyśli, ale nie po to wysyła się do Rzymu najlepszych dziennikarzy, żeby ci opalali się w cieniu uroczej włoskiej knajpki, zajadając makaron, pizzę i lody. Bo faktycznie istotne informacje i tak zdobywają inni. Bo sylwetkę nowego papieża machnie się w Warszawie na podstawie doniesień Reutersa (w najlepszym przypadku). Bo kulisy konklawe poda się za "La Stampą". Bo o komentarz poprosi się polskiego biskupa. Bo stanie się w stand-upie (który tym razem w założeniach nie ma nic wspólnego z kabaretem) na tle Bazyliki św. Piotra. Czy w takim przypadku naprawdę może dziwić, że dziennikarz, który na pracy w zawodzie zjadł zęby, ma czelność skrytykować miałkość pracy kolegów ze szklanego pudełka?
Może rzeczywiście w takich sytuacjach lepiej być Włochem. Bo to i wyluzowany człowiek, i nie marznie niepotrzebnie, i dystansu do siebie i świata wkoło ma jakby więcej. I jak gratulacje wyśle nie do tego kardynała, co trzeba, i to tak jakoś wybrnie. Z honorem. Z humorem może też.
PS W ferworze walki (z wiatrakami) zapomniałam o "mistrzowskim" komentarzu Ewy Wójciak, dyrektor poznańskiego Teatru Ósmego Dnia. Skoro wybrali chuja, to wybrali. Tylko co jak co, ale chociaż ascetyzm nowego papieża w Poznaniu się powinien podobać.
Bo mnie informacji dostarcza właśnie Internet. Pozbawiona telewizora i nieprzyzwyczajona do przeglądów prasy, do oporu grzebię w sieci. I to w sieci śledziłam zarówno "Watykan Show", jak i jego peryferia. I, z całym szacunkiem, te drugie były zdecydowanie ciekawsze.
O, taki monolog Abelarda Gizy z kabaretu Limo. Zmasowanym atakiem przedziwnej cenzury usuwany z Internetu (ale wciąż do znalezienia!). Zbyt dosłowny i zbyt obrazoburczy. Może zbyt kabaretowy? Bo gdy w przededniu konklawe w Telewizji Polskiej, w piątek o godz. 23, w programie od lat 16, którego sama nazwa wskazuje na ograniczenia odbioru ("Tylko dla dorosłych"), kabareciarz wskazuje na ludzki obraz papieża, to przejść nad tym do porządku dziennego nie można. I basta! Tymczasem sprowadzony do puszczania przez głowę Kościoła bąków stand-up Abelarda Gizy jest po prostu artystycznym komentarzem wygłoszonym w postawie stojącej, bez nabożnej czci, którą krytycy chcieliby tu widzieć. Bo o katolicyzmie mówić w Polsce można tylko wielkimi literami i tylko ze śmiertelną powagą. Dziwne, bo nawet Jan Paweł II potrafił być tak po ludzku zabawny. Łatwo i przyjemnie było się śmiać, gdy mówił o kremówkach jedzonych po maturze. Tymi właśnie otwartością i bezpretensjonalnością, a nie teologią, kupował tłumy i przyciągał młodzież. Z pobrzmiewającą w tle inkwizycją chcą ten radosny obraz zniszczyć politycy, którzy tak lubią się identyfikować z papieżem - Polakiem.
Niestety, najgorsze, że pod zarzutami o obrzydliwość i naruszanie zapisów Ustawy o radiofonii i telewizji ugina się TVP. Gdy wreszcie wypuściła program, o którym mówi się więcej niż "porażka" i "szmira", niby broni, po czym nie śmie się nie ukorzyć przed świętym oburzeniem Parlamentarnego Zespołu ds. Przeciwdziałania Ateizacji Polski. Ja, katoliczka, żadnych przeprosin nie oczekiwałam. Oczekiwałam za to i oczekuję nowoczesnej telewizji publicznej, która nie będzie poprawna, ugrzeczniona i zdominowana przez siły polityczne. Nawet dziecko w przedszkolu wie, że jeśli coś jest letnie, to jest nijakie, a często po prostu byle jakie. A wtedy trudno liczyć na jakikolwiek sukces. A gdy ten trafia się jak ślepej kurze ziarno, zostaje z miejsca ustawiony w kolejce do posypania popiołem. Popiołem ze spalonym kart do głosowania podczas konklawe.
A w przededniu inauguracji pontyfikatu papieża Franciszka, święte oburzenie w mediach. Kto nie skomentował felietonu Pawła Reszki, ten nie śmie nazywać się dziennikarzem newsowym (ale tym w formie elektronicznej)! Przyznaję, autor tekstu ma u mnie dużego plusa za książki "Daleko od Wawelu" i "Daleko od miłości" napisane wespół z Michałem Majewskim (polecam, połyka się jak najlepsze kryminały!). Ale racji w swojej prześmiewczej relacji z konklawe made by telewizyjna stacja newsowa, też ma dużo. Tak, wciąż podtrzymuję, że nie mam telewizora i "Watykan Show" znam z sieci. I wystarcza mi to w zupełności. Aż nadto mi niby-informacji, które serwowała, a w które ja namiętnie klikałam (mea culpa!). Rozumiem, że w takich sytuacjach prochu nikt nie wymyśli, ale nie po to wysyła się do Rzymu najlepszych dziennikarzy, żeby ci opalali się w cieniu uroczej włoskiej knajpki, zajadając makaron, pizzę i lody. Bo faktycznie istotne informacje i tak zdobywają inni. Bo sylwetkę nowego papieża machnie się w Warszawie na podstawie doniesień Reutersa (w najlepszym przypadku). Bo kulisy konklawe poda się za "La Stampą". Bo o komentarz poprosi się polskiego biskupa. Bo stanie się w stand-upie (który tym razem w założeniach nie ma nic wspólnego z kabaretem) na tle Bazyliki św. Piotra. Czy w takim przypadku naprawdę może dziwić, że dziennikarz, który na pracy w zawodzie zjadł zęby, ma czelność skrytykować miałkość pracy kolegów ze szklanego pudełka?
Może rzeczywiście w takich sytuacjach lepiej być Włochem. Bo to i wyluzowany człowiek, i nie marznie niepotrzebnie, i dystansu do siebie i świata wkoło ma jakby więcej. I jak gratulacje wyśle nie do tego kardynała, co trzeba, i to tak jakoś wybrnie. Z honorem. Z humorem może też.
PS W ferworze walki (z wiatrakami) zapomniałam o "mistrzowskim" komentarzu Ewy Wójciak, dyrektor poznańskiego Teatru Ósmego Dnia. Skoro wybrali chuja, to wybrali. Tylko co jak co, ale chociaż ascetyzm nowego papieża w Poznaniu się powinien podobać.
Etykiety:
Abelard Giza,
Franciszek,
kabaret,
Każdy chce być Włochem,
konklawe,
Kościół,
Limo,
media,
papież,
Paweł Reszka,
polityka,
religia,
telewizja,
Tylko dla dorosłych
poniedziałek, 4 marca 2013
Życie jest piękne
Cudowny w każdym celu Roberto Benigni. Czarujący włoskim temperamentem (którego fanką na co dzień nie jestem) w najlepszym wydaniu i w każdej sytuacji. Rezygnujący z mitu wojennego męczeństwa spod znaku zbolałej miny i patosu. Stworzył film poruszający, chociaż dla części Polaków trudny do przyjęcia, może nawet nieco uwłaczający podręcznikom do historii, które znamy. Mimo tych rys, ja uważam go za... zwyczajnie piękny.
Ot, taki pretekst dla klimatu, który powstał po Mistrzostwach Świata w Narciarstwie Klasycznym w Val Di Fiemme. Nie mogłam uwierzyć, że życie może być takie. Że takie rzeczy mają szansę się zdarzać. Że można w ogóle śmieć o nich myśleć. Czwartkowy konkurs skoków oglądałam z sentymentu i dla sprawdzenia możliwości mojego świeżo naprawionego komputera (przetrzymał!). Bez przesadnej spiny i nadziei na sukces. Uważałam, że Predazzo 10 lat temu przyniosło już polskiemu sportowi chwile tak magiczne, że na więcej liczyć po prostu nie wypadało. A jednak. Znów serce stawało w gardle, a oczy na koniec zaczęły się dziwnie pocić. Kamil Stoch został mistrzem świata i z miejsca okrzyknięto go bohaterem narodowym, co jest w Polsce typowe, gdy któryś z naszych sportowców osiąga sukces tego kalibru. Sama radość zaś, jak zwykle, przerodziła się w dziesiątki wywiadów i setki spekulacji. Bo Stoch wygrał w najpiękniejszy możliwy sposób i w najgorszych okolicznościach, jakie tylko jestem sobie w stanie wyobrazić.
Po pierwsze, Kamil został mistrzem świata na skoczni, na której dekadę temu triumfował Adam Małysz, co samo w sobie jest wystarczająco przytłaczające. Po drugie jednak, wygrał dokładnie w 10. rocznicę zwycięstwa Adama na normalnej skoczni w Predazzo, co oznaczało wówczas skompletowanie fenomenalnego dubletu. Po trzecie, Stoch wygrał po tym, jak we Włoszech pojawił się Małysz. Po czwarte, wygrał 5 dni po tym, jak stracił szansę na medal na normalnej skoczni po nieudanym skoku w drugiej serii. I tak, z 2. miejsca spadł na 8., prowokując gorącą dyskusję o słabej głowie, nieumiejętności radzenia sobie z presją i stracie wielkiej, życiowej szansy. Po piąte, wygrał, gdy na mistrzostwach wiodło się całej polskiej reprezentacji słabo. Przyzwyczajeni do medali, rozpieszczeni zimowymi sukcesami, czekaliśmy na worek krążków, a nadzieje rozwiewały się wraz z kolejnymi startami Justyny Kowalczyk i niepowodzeniem Stocha właśnie. Po szóste, Kamil wygrał na rok przed igrzyskami olimpijskimi, co z miejsca rodzi wiadome oczekiwania. Po siódme, wygrał w sezonie, który zaczął się dla wszystkich polskich skoczków totalną klapą, a on sam nie zwyciężył wcześniej w żadnym konkursie. Po ósme, do mistrzostwa dochodził powoli, do czołówki wspinał się krok po kroku, ciężką pracą, uporem i wyrzeczeniami. W jego karierze nie było szarży na miarę tej Małyszowej z przełomu wieków. Było za to stopniowe zdobywanie terenu. Po dziewiąte, wygrał, zmagając się tak właściwie od początku pojawienia się w kadrze z ikoną Orła z Wisły. Tłumaczył, że nie będzie i nie chce być drugim Małyszem. Teraz mówi, że takie porównania to dla niego komplement.
Myślę, że scenariusz filmowy nie zniósłby podobnego natłoku historii bez szkody dla ostatecznego kształtu dzieła. Ale ja, mimo obaw, które przynosi, nie potrafię nie uwielbiać tej cudownej opowieści, bo przywraca mi wiarę w to, że niemożliwe nie istnieje. Na taki finał czekałam bowiem i w Turynie, i w Vancouver, i w Oslo, gdy może trochę wbrew zdrowemu rozsądkowi nieśmiało czekałam na zwycięstwa Małysza. Nie udało się ani razu. Myślałam, że w skokach nie uda się długo. Bo, przyznam szczerze, Stocha nie potrafiłam uważać za zawodnika wielkiego kalibru, takiego na miarę "dawnych" lub "nowych" mistrzów, których popisy mogłam i mogę podziwiać (Małysz, Ahonen, Schmitt, Hannawald, Ammann, Morgenstern, Schlierenzauer...). Zaliczyłam go do kategorii, której idealnym przedstawicielem jest dla mnie Anders Bardal, czyli grupy skoczków dobrych, będących w stanie wygrywać pojedyncze konkursy, ale jednak nie te najważniejsze w sezonie, prawdziwy błysk prezentujących tylko okazyjnie i to i tak nie na miarę wielkich mistrzów.
Tak, dostałam potężnego prztyczka w nos, bo i Stoch, i Bardal zostali we Włoszech mistrzami świata :). Ogarnięta początkiem mojej przygody ze skokami, chyba zapominam, że tak, jak w czasach Małysza się już dzisiaj po prostu nie skacze, bo zwyczajnie się nie da. Muszę przywyknąć. Cholera, w blasku złota Kamila i brązu całej drużyny będzie to naprawdę przyjemne przyzwyczajanie się.
Ot, taki pretekst dla klimatu, który powstał po Mistrzostwach Świata w Narciarstwie Klasycznym w Val Di Fiemme. Nie mogłam uwierzyć, że życie może być takie. Że takie rzeczy mają szansę się zdarzać. Że można w ogóle śmieć o nich myśleć. Czwartkowy konkurs skoków oglądałam z sentymentu i dla sprawdzenia możliwości mojego świeżo naprawionego komputera (przetrzymał!). Bez przesadnej spiny i nadziei na sukces. Uważałam, że Predazzo 10 lat temu przyniosło już polskiemu sportowi chwile tak magiczne, że na więcej liczyć po prostu nie wypadało. A jednak. Znów serce stawało w gardle, a oczy na koniec zaczęły się dziwnie pocić. Kamil Stoch został mistrzem świata i z miejsca okrzyknięto go bohaterem narodowym, co jest w Polsce typowe, gdy któryś z naszych sportowców osiąga sukces tego kalibru. Sama radość zaś, jak zwykle, przerodziła się w dziesiątki wywiadów i setki spekulacji. Bo Stoch wygrał w najpiękniejszy możliwy sposób i w najgorszych okolicznościach, jakie tylko jestem sobie w stanie wyobrazić.
Po pierwsze, Kamil został mistrzem świata na skoczni, na której dekadę temu triumfował Adam Małysz, co samo w sobie jest wystarczająco przytłaczające. Po drugie jednak, wygrał dokładnie w 10. rocznicę zwycięstwa Adama na normalnej skoczni w Predazzo, co oznaczało wówczas skompletowanie fenomenalnego dubletu. Po trzecie, Stoch wygrał po tym, jak we Włoszech pojawił się Małysz. Po czwarte, wygrał 5 dni po tym, jak stracił szansę na medal na normalnej skoczni po nieudanym skoku w drugiej serii. I tak, z 2. miejsca spadł na 8., prowokując gorącą dyskusję o słabej głowie, nieumiejętności radzenia sobie z presją i stracie wielkiej, życiowej szansy. Po piąte, wygrał, gdy na mistrzostwach wiodło się całej polskiej reprezentacji słabo. Przyzwyczajeni do medali, rozpieszczeni zimowymi sukcesami, czekaliśmy na worek krążków, a nadzieje rozwiewały się wraz z kolejnymi startami Justyny Kowalczyk i niepowodzeniem Stocha właśnie. Po szóste, Kamil wygrał na rok przed igrzyskami olimpijskimi, co z miejsca rodzi wiadome oczekiwania. Po siódme, wygrał w sezonie, który zaczął się dla wszystkich polskich skoczków totalną klapą, a on sam nie zwyciężył wcześniej w żadnym konkursie. Po ósme, do mistrzostwa dochodził powoli, do czołówki wspinał się krok po kroku, ciężką pracą, uporem i wyrzeczeniami. W jego karierze nie było szarży na miarę tej Małyszowej z przełomu wieków. Było za to stopniowe zdobywanie terenu. Po dziewiąte, wygrał, zmagając się tak właściwie od początku pojawienia się w kadrze z ikoną Orła z Wisły. Tłumaczył, że nie będzie i nie chce być drugim Małyszem. Teraz mówi, że takie porównania to dla niego komplement.
Myślę, że scenariusz filmowy nie zniósłby podobnego natłoku historii bez szkody dla ostatecznego kształtu dzieła. Ale ja, mimo obaw, które przynosi, nie potrafię nie uwielbiać tej cudownej opowieści, bo przywraca mi wiarę w to, że niemożliwe nie istnieje. Na taki finał czekałam bowiem i w Turynie, i w Vancouver, i w Oslo, gdy może trochę wbrew zdrowemu rozsądkowi nieśmiało czekałam na zwycięstwa Małysza. Nie udało się ani razu. Myślałam, że w skokach nie uda się długo. Bo, przyznam szczerze, Stocha nie potrafiłam uważać za zawodnika wielkiego kalibru, takiego na miarę "dawnych" lub "nowych" mistrzów, których popisy mogłam i mogę podziwiać (Małysz, Ahonen, Schmitt, Hannawald, Ammann, Morgenstern, Schlierenzauer...). Zaliczyłam go do kategorii, której idealnym przedstawicielem jest dla mnie Anders Bardal, czyli grupy skoczków dobrych, będących w stanie wygrywać pojedyncze konkursy, ale jednak nie te najważniejsze w sezonie, prawdziwy błysk prezentujących tylko okazyjnie i to i tak nie na miarę wielkich mistrzów.
Tak, dostałam potężnego prztyczka w nos, bo i Stoch, i Bardal zostali we Włoszech mistrzami świata :). Ogarnięta początkiem mojej przygody ze skokami, chyba zapominam, że tak, jak w czasach Małysza się już dzisiaj po prostu nie skacze, bo zwyczajnie się nie da. Muszę przywyknąć. Cholera, w blasku złota Kamila i brązu całej drużyny będzie to naprawdę przyjemne przyzwyczajanie się.
sobota, 23 lutego 2013
Mój rower
Film w programie TVN-u "Co za tydzień?" odnotowany jako jedna z najlepszych pozycji polskiej kinematografii zeszłego roku. Pewnie dlatego, że TVN jest współproducentem, co zresztą skrzętnie zostaje przypomniane w absurdalnej scenie w końcówce obrazu. I bez niej nie przeszłyby mi przez gardło słowa sytuujące film Piotr Trzaskalskiego w takim - po latach wreszcie zaszczytnym - gronie. Jeśli miał być oparty na sucharach wypowiadanych tonem, od którego przeciętnego widza bolą zęby, to ok. Jeśli jednak to nie żadna konwencja kazała odtwórcom głównych ról być tak aktorsko drewnianymi, to szkoda. Bo pomysł był niezły, a okazał się i słabo zagrany, i ostatecznie fabularnie przekombinowany.
Chociaż może to wstyd związany z tym, że w całym 2012 roku na rowerze nie jeździłam ani razu, napędza całą moją krytykę?
Ostatnio tak dużo przecież o rezygnacjach i podziałach, sprzecznych stanowiskach i wątpliwościach, ładnych opakowaniach kryjących smutną prawdę. Bo jeśli się o czymś głośno nie mówi, to musi oznaczać czające się paskudztwo najwyższej próby.
Jest więc Benedykt XVI, który z papiestwa abdykuje przez gejowskie afery w Kościele, intelektualny niedowład albo dziwny upadek w łazience, w wyniku którego usłyszał tajemniczy Głos z Góry nawołujący do rezygnacji. Nigdy nie byłam papieżem, ale mając 86 lat zapewne wolałabym siedzieć sobie w kapciach przed telewizorem i czytać książki niż wiecznie być na cenzurowanym za słowa i czyny, na które tak rzadko mam jakikolwiek realny wpływ. Może to jednak po prostu moja wyobraźnia jest zbyt wybujała.
Jak najgorsze motywy muszą też oczywiście stać za wszystkimi przetasowaniami politycznymi, które na razie są raczej partyzantką niż rzeczywistą wojną. Sprawy honoru i sumienia to kwestie delikatne, więc szczególnie cenne w sporze o władzę. Bo tak wiele tłumaczą, mydląc oczy frazesami i półsłówkami. Fotel lidera kusi chyba bardziej od premii czy obrony światopoglądu. Nie chciałabym jednak, by ktoś podcierał sobie polityczny tyłek feminizmem, związkami partnerskimi czy czymkolwiek innym, co jest medialnie i społecznie nośne. Czy sprowadzony jakiś czas temu do parteru Paweł Kukiz po odejściu z zespołu "Piersi" wskóra coś w tym grajdołku? Nie wiem. Sukces Ruchu Palikota uczy pokory, chociaż formalnie to zestawienie trafione słabo, bo w działaniach Kukiza chcę dostrzegać więcej autentycznego ducha społecznikostwa niż pijarowskiego show.
Pod znakiem zapytania stanęły za to popisy Oscara Pistoriusa. Czy triumf człowieka nad materią (a może w jego przypadku wręcz odwrotnie) znów stanie się faktem? Lekkoatleta na razie to musi zwyciężyć z materią prawną. I tak stawiam jednak dolary przeciwko orzechom, że bez względu na wszystko cień morderstwa przylepi się do niego jak druga skóra. I sorry, Oscar, nie potrafię uwierzyć w taki przypadek. Ale przynajmniej teraz masz pewność, że film o Tobie nakręcą. Taki fabularny, ąę, na Oscary. Wiele kombinować nie będzie trzeba. Tu scenariusz naprawdę napisało życie. A tak szczerze, to nie dowierzam, że coś takiego w ogóle się stało. Ma taką ładną, niewinną, bezkonfliktową buźkę, jakby na złość przestępstwu, o które jest oskarżony.
Justyna na razie bez medalu. Kamil ponoć zaliczył katastrofę. Aż strach się bać, co za paskudztwa kryją się w ich przypadku. Przekombinowali?
Chociaż może to wstyd związany z tym, że w całym 2012 roku na rowerze nie jeździłam ani razu, napędza całą moją krytykę?
Ostatnio tak dużo przecież o rezygnacjach i podziałach, sprzecznych stanowiskach i wątpliwościach, ładnych opakowaniach kryjących smutną prawdę. Bo jeśli się o czymś głośno nie mówi, to musi oznaczać czające się paskudztwo najwyższej próby.
Jest więc Benedykt XVI, który z papiestwa abdykuje przez gejowskie afery w Kościele, intelektualny niedowład albo dziwny upadek w łazience, w wyniku którego usłyszał tajemniczy Głos z Góry nawołujący do rezygnacji. Nigdy nie byłam papieżem, ale mając 86 lat zapewne wolałabym siedzieć sobie w kapciach przed telewizorem i czytać książki niż wiecznie być na cenzurowanym za słowa i czyny, na które tak rzadko mam jakikolwiek realny wpływ. Może to jednak po prostu moja wyobraźnia jest zbyt wybujała.
Jak najgorsze motywy muszą też oczywiście stać za wszystkimi przetasowaniami politycznymi, które na razie są raczej partyzantką niż rzeczywistą wojną. Sprawy honoru i sumienia to kwestie delikatne, więc szczególnie cenne w sporze o władzę. Bo tak wiele tłumaczą, mydląc oczy frazesami i półsłówkami. Fotel lidera kusi chyba bardziej od premii czy obrony światopoglądu. Nie chciałabym jednak, by ktoś podcierał sobie polityczny tyłek feminizmem, związkami partnerskimi czy czymkolwiek innym, co jest medialnie i społecznie nośne. Czy sprowadzony jakiś czas temu do parteru Paweł Kukiz po odejściu z zespołu "Piersi" wskóra coś w tym grajdołku? Nie wiem. Sukces Ruchu Palikota uczy pokory, chociaż formalnie to zestawienie trafione słabo, bo w działaniach Kukiza chcę dostrzegać więcej autentycznego ducha społecznikostwa niż pijarowskiego show.
Pod znakiem zapytania stanęły za to popisy Oscara Pistoriusa. Czy triumf człowieka nad materią (a może w jego przypadku wręcz odwrotnie) znów stanie się faktem? Lekkoatleta na razie to musi zwyciężyć z materią prawną. I tak stawiam jednak dolary przeciwko orzechom, że bez względu na wszystko cień morderstwa przylepi się do niego jak druga skóra. I sorry, Oscar, nie potrafię uwierzyć w taki przypadek. Ale przynajmniej teraz masz pewność, że film o Tobie nakręcą. Taki fabularny, ąę, na Oscary. Wiele kombinować nie będzie trzeba. Tu scenariusz naprawdę napisało życie. A tak szczerze, to nie dowierzam, że coś takiego w ogóle się stało. Ma taką ładną, niewinną, bezkonfliktową buźkę, jakby na złość przestępstwu, o które jest oskarżony.
Justyna na razie bez medalu. Kamil ponoć zaliczył katastrofę. Aż strach się bać, co za paskudztwa kryją się w ich przypadku. Przekombinowali?
Etykiety:
abdykacja,
Benedykt XVI,
Janusz Palikot,
Justyna Kowalczyk,
Kamil Stoch,
konflikt w PO,
morderstwo,
Mój rower,
Oscar Pistorius,
Paweł Kukiz,
polityka,
religia,
sport,
związki partnerskie
wtorek, 8 stycznia 2013
The Social Network
Powinnam lubić ten film, bo lubię filmy z historią, takie, za którymi kryje się opowieść, co to wzruszy i poruszy, potrząśnie moim światem albo chociaż nim zachwieje. Wcale nie chodzi mi o efekty, wysublimowanie, warsztat techniczny i artystyczny. O zdjęcia, muzykę, aktorstwo czy nawet scenariusz. Dla mnie - filmowego laika, domorosłego krytyka znad klawiatury - wszystko to jest w istocie sprawą drugorzędną. Ja chcę poczuć historię. Po prawie 2 latach od obejrzenia "The Social Network" pamiętam z niego niewiele. Pamiętam, że nic ze mną nie zrobił. I że muzyka chyba była niezła. I że chyba było dwóch wioślarzy.
Ale po ponad dwóch latach od założenia Facebooka, może wyciągnęłabym z filmowej opowieści o jego założycielu więcej. Chociaż i tak nie zmieniłoby to we mnie pewnie przekonania, że Facebooka nie lubię. Takie słowa wychodzące spod palców osoby, dla której jest to jedna z pierwszych stron włączanych po uruchomieniu Internetu, trącą fałszem okropnym i graniczącym ze schizofrenią. Ale tak jest. Wiem, że Facebook jest mi zwyczajnie potrzebny do wygodniejszej obsługi rzeczywistości pozawirtualnej. Nie, nie chodzi o te wszystkie mniej lub bardziej dziwne aplikacje, które wykraczają poza moje zdolności przybicia piątki ze światem techniki. Codzienna komunikacja bez fejsa byłaby po prostu trudniejsza, chociaż życie bez Internetu w ogóle pamiętam doskonale.
Ale fejsbukowa rzeczywistość mnie mierzi. Zwłaszcza zjawisko, którego istotę wprost idealnie oddaje dla mnie określenie "fejsbukowy ekshibicjonizm". Używam go z upodobaniem, wymawiam z namaszczeniem, dopieszczam intonacją, wzmacniam gestykulacją. Dla mnie to coś rodem z kozetki u psychoanalityka lub pamiętnika skrzętnie zamykanego na klucz w szufladzie. Publiczne życie prywatne rozgrywające się przed oczami mniej lub bardziej przypadkowych znajomych, a jak dobrze pójdzie, tzn. źle pójdzie zamykanie profilu - także przed oczami ludzi kompletnie obcych, którzy są zapraszani na audiencję z intymności.
Owszem, wpisy na Facebooku, nawet te osobiste, bywają ciekawe, inteligentne, błyskotliwe. Gdy komentują celnie, z dystansem, poczuciem humoru i ironią, zawierają refleksje, nie są biciem piany a elementem kreowania wizerunku, budowania sieci fanów czy znajomych - naprawdę je szanuję. Tyle że często aż krzyczą jałowością, infantylizmem, umysłowym wstecznictwem, pustką intelektualną i emocjonalną. Jakby w szale Internetu ludzie zapominali, że to, co napisze się tutaj, ma znaczenie daleko większe niż zwykła gadka-szmatka. Nie wiem dlatego, czy bardziej się ludzkiej ignorancji czy parcia na szkło boję, czy bardziej mnie to dziwi. W czasach, gdy coraz więcej mówi się o stalkingu, a memy szerzą się jak Internet długi i szeroki, paradoksalnie odnoszę wrażenie, że instynkt samozachowawczy zaniknął. Zamknięci we wszechpotężnej sieci, stłoczeni na swoich fragmencikach przestrzeni, żyjemy niby bardziej indywidualistycznie, samowystarczalnie i anonimowo, a tak naprawdę każdy ma nas i naszych bliskich na kilka kliknięć myszki. Własnymi rękami odzierając się na Facebooku do gołych gości, tylko oliwimy tę gigantyczną maszynę.
W świecie, w którym najważniejszy jest status na fejsie, wszystko widać jak w krzywym zwierciadle. A ja lubię patrzeć prosto. Jasne, że okiem idioty, z czającą się z tyłu głowy piosenką "Ona tańczy dla mnie" i obrazem Chytrej Baby z Radomia, ale z resztkami dobrej woli, która każe mi bić na alarm w zalewie wydarzeń medialnych w rodzaju komentarza o eutanazji Jurka Owsiaka czy uzasadnienia wyroku sędziego Igora Tulei i jawnego lenistwa intelektualnego, które upycha do "11" Roku FIFA "10" z Barcelony i Realu + Radamela Falcao czy robi z Dortmundu stolicę Polski na uchodźstwie.
Przepraszam, że nie mam takiej wyobraźni, by zawsze widzieć mercedesa, gdy patrzę na rozklekotany rower. Czasami jest po prostu tak cholernie trudno kłaść się i wstawać ze swoim ograniczeniem, na które recepty żadna apteka nie wyda. Sieciowa też nie.
Ale po ponad dwóch latach od założenia Facebooka, może wyciągnęłabym z filmowej opowieści o jego założycielu więcej. Chociaż i tak nie zmieniłoby to we mnie pewnie przekonania, że Facebooka nie lubię. Takie słowa wychodzące spod palców osoby, dla której jest to jedna z pierwszych stron włączanych po uruchomieniu Internetu, trącą fałszem okropnym i graniczącym ze schizofrenią. Ale tak jest. Wiem, że Facebook jest mi zwyczajnie potrzebny do wygodniejszej obsługi rzeczywistości pozawirtualnej. Nie, nie chodzi o te wszystkie mniej lub bardziej dziwne aplikacje, które wykraczają poza moje zdolności przybicia piątki ze światem techniki. Codzienna komunikacja bez fejsa byłaby po prostu trudniejsza, chociaż życie bez Internetu w ogóle pamiętam doskonale.
Ale fejsbukowa rzeczywistość mnie mierzi. Zwłaszcza zjawisko, którego istotę wprost idealnie oddaje dla mnie określenie "fejsbukowy ekshibicjonizm". Używam go z upodobaniem, wymawiam z namaszczeniem, dopieszczam intonacją, wzmacniam gestykulacją. Dla mnie to coś rodem z kozetki u psychoanalityka lub pamiętnika skrzętnie zamykanego na klucz w szufladzie. Publiczne życie prywatne rozgrywające się przed oczami mniej lub bardziej przypadkowych znajomych, a jak dobrze pójdzie, tzn. źle pójdzie zamykanie profilu - także przed oczami ludzi kompletnie obcych, którzy są zapraszani na audiencję z intymności.
Owszem, wpisy na Facebooku, nawet te osobiste, bywają ciekawe, inteligentne, błyskotliwe. Gdy komentują celnie, z dystansem, poczuciem humoru i ironią, zawierają refleksje, nie są biciem piany a elementem kreowania wizerunku, budowania sieci fanów czy znajomych - naprawdę je szanuję. Tyle że często aż krzyczą jałowością, infantylizmem, umysłowym wstecznictwem, pustką intelektualną i emocjonalną. Jakby w szale Internetu ludzie zapominali, że to, co napisze się tutaj, ma znaczenie daleko większe niż zwykła gadka-szmatka. Nie wiem dlatego, czy bardziej się ludzkiej ignorancji czy parcia na szkło boję, czy bardziej mnie to dziwi. W czasach, gdy coraz więcej mówi się o stalkingu, a memy szerzą się jak Internet długi i szeroki, paradoksalnie odnoszę wrażenie, że instynkt samozachowawczy zaniknął. Zamknięci we wszechpotężnej sieci, stłoczeni na swoich fragmencikach przestrzeni, żyjemy niby bardziej indywidualistycznie, samowystarczalnie i anonimowo, a tak naprawdę każdy ma nas i naszych bliskich na kilka kliknięć myszki. Własnymi rękami odzierając się na Facebooku do gołych gości, tylko oliwimy tę gigantyczną maszynę.
W świecie, w którym najważniejszy jest status na fejsie, wszystko widać jak w krzywym zwierciadle. A ja lubię patrzeć prosto. Jasne, że okiem idioty, z czającą się z tyłu głowy piosenką "Ona tańczy dla mnie" i obrazem Chytrej Baby z Radomia, ale z resztkami dobrej woli, która każe mi bić na alarm w zalewie wydarzeń medialnych w rodzaju komentarza o eutanazji Jurka Owsiaka czy uzasadnienia wyroku sędziego Igora Tulei i jawnego lenistwa intelektualnego, które upycha do "11" Roku FIFA "10" z Barcelony i Realu + Radamela Falcao czy robi z Dortmundu stolicę Polski na uchodźstwie.
Przepraszam, że nie mam takiej wyobraźni, by zawsze widzieć mercedesa, gdy patrzę na rozklekotany rower. Czasami jest po prostu tak cholernie trudno kłaść się i wstawać ze swoim ograniczeniem, na które recepty żadna apteka nie wyda. Sieciowa też nie.
sobota, 10 listopada 2012
Yuma
Film, który powinien skończyć się kilka razy. Jakby ktoś na siłę upchnął w nim wszystkie pomysły zakończenia, które przyszły do głowy, chcąc przy tym zrekompensować momentami naprawdę męczące dłużyzny. Dobry pomysł, dla mnie nie do końca dobrze zrealizowany. Bo wybrakowany niedoróbkami fabularnymi i nieprzemyślanymi ostatnimi kilkunastoma minutami. Opowieść o polskim Robin Hoodzie z niemieckiego pogranicza trochę śmieszy głupkowatymi dialogami i trochę drażni niepotrzebnym, filmowym wydumaniem. Mogło być bardzo dobrze, a wyszło średniawo. Film zajumała groteska.
Ostatnio zaobserwować da się sytuację dość podobną. Chwilowi bohaterowie prześwietlani z każdej strony biją po oczach z okładek i czołówek. I wcale nie mam tu na myśli niejakiego Psy, który szerzy tajemnicze ujeżdżanie rodem z Korei Południowej.
Był więc bohater negatywny - czarny charakter spod znaku dwóch kółek. Postać władająca wyobraźnią i sercami. Bo tak dobrze było wierzyć, że Lance Armstrong wyrwał się szponom śmiertelnej choroby, po czym siłą woli i katorżniczego treningu wszedł na sam szczyt światowego sportu. On prześcignął historię, teraz dogoniła go sprawiedliwość. Wrzutki z opasłego raportu Amerykańskiej Agencji Antydopingowej zapełniały Armstrongiem informacje sportowe tak jak wtedy, gdy z dziecinną łatwością wyprzedzał rywali na górskich etapach Tour de France.
Ramię w ramię szedł z Lancem bohater pozytywny. Nieustraszony śmiałek udowadniający, że Red Bull rzeczywiście dodaje skrzydeł. Felix Baugmartner skoczył ze stratosfery, pobił kilka rekordów czysto technicznych i wiele medialnych. Do dzisiaj zachodzę w głowę, jak udało się TVN-owi wygenerować tak duże zainteresowanie wydarzeniem, które pozostaje dla mnie eleganckim opakowaniem lokowanego produktu. Nie chcę być cyniczna, ale pompowanie takiego faktu jak wyczyn Felixa zakrawa wręcz o rzeczywistość sztucznie stworzoną. Choć pewnie to ja się nie znam.
Po chwilowym odpoczynku na niebie zalśnili bohaterowie kolejni. Jeden bezosobowy trotylem zwany i drugi pieszczotliwie ochrzczony Jerzykiem. Co ciekawe, sukces naszego tenisisty przyblakł w sposób naturalny, ale kolejna odsłona smoleńskiego serialu dopiero nabiera rozpędu. Show Rzepie w pierwotnym stadium sprawy ukradł trochę wspomniany Janowicz, który z dnia na dzień poznał słodko-gorzki smak American Dream. Syndrom wyskakiwania z lodówki osiągnął szczyty, a komentujący wyczyny Jerzyka Andrea Anastasi, siatkarski trener znany z zamiłowania do tenisa, przelał czarę goryczy. Choć pomysł, trzeba przyznać, oryginalny po ustawicznej medialnej wędrówce Janowiczów i Wojciecha Fibaka.
Ostatnio na tapecie pojawił się Barack Obama, który do spółki z Mittem Romneyem zajumał czas duetowi Lewandowski & Piszczek. A to oni przecież mogą być naprawdę galaktyczni. Mogą i powinni. Czekam wprost na zmiany w ustawie o radiofonii i telewizji, wymieniające wśród ważnych wydarzeń sportowych mecze Borussii Dortmund w każdym możliwym rodzaju rozgrywek.
Opadłam na krzesło jednak dzisiaj, gdy obok wypowiedzi profesora Zbigniewa Brzezińskiego na temat Smoleńska zobaczyłam materiał prezentujący jego sylwetkę. Moje poczucie skretynienia zaczyna zbliżać się tym samym do stanów mocno wysokich. Za dużo siedzenia na tvn24.pl. Dochodzę do przekonania, że chyba w tym całym medialnym kotle najlepiej czerpać wiedzę z pudelka. Tam to są przynajmniej streszczenia tekstów z różnych źródeł pochodzące, więc orientację można sobie wyrobić dobrą, a przy tym zidiocieć wcale nie trzeba.
Przegląd bohaterów przypadkowy i subiektywny. Korzyści finansowych z reklamy pudelka nie czerpię.
Ostatnio zaobserwować da się sytuację dość podobną. Chwilowi bohaterowie prześwietlani z każdej strony biją po oczach z okładek i czołówek. I wcale nie mam tu na myśli niejakiego Psy, który szerzy tajemnicze ujeżdżanie rodem z Korei Południowej.
Był więc bohater negatywny - czarny charakter spod znaku dwóch kółek. Postać władająca wyobraźnią i sercami. Bo tak dobrze było wierzyć, że Lance Armstrong wyrwał się szponom śmiertelnej choroby, po czym siłą woli i katorżniczego treningu wszedł na sam szczyt światowego sportu. On prześcignął historię, teraz dogoniła go sprawiedliwość. Wrzutki z opasłego raportu Amerykańskiej Agencji Antydopingowej zapełniały Armstrongiem informacje sportowe tak jak wtedy, gdy z dziecinną łatwością wyprzedzał rywali na górskich etapach Tour de France.
Ramię w ramię szedł z Lancem bohater pozytywny. Nieustraszony śmiałek udowadniający, że Red Bull rzeczywiście dodaje skrzydeł. Felix Baugmartner skoczył ze stratosfery, pobił kilka rekordów czysto technicznych i wiele medialnych. Do dzisiaj zachodzę w głowę, jak udało się TVN-owi wygenerować tak duże zainteresowanie wydarzeniem, które pozostaje dla mnie eleganckim opakowaniem lokowanego produktu. Nie chcę być cyniczna, ale pompowanie takiego faktu jak wyczyn Felixa zakrawa wręcz o rzeczywistość sztucznie stworzoną. Choć pewnie to ja się nie znam.
Po chwilowym odpoczynku na niebie zalśnili bohaterowie kolejni. Jeden bezosobowy trotylem zwany i drugi pieszczotliwie ochrzczony Jerzykiem. Co ciekawe, sukces naszego tenisisty przyblakł w sposób naturalny, ale kolejna odsłona smoleńskiego serialu dopiero nabiera rozpędu. Show Rzepie w pierwotnym stadium sprawy ukradł trochę wspomniany Janowicz, który z dnia na dzień poznał słodko-gorzki smak American Dream. Syndrom wyskakiwania z lodówki osiągnął szczyty, a komentujący wyczyny Jerzyka Andrea Anastasi, siatkarski trener znany z zamiłowania do tenisa, przelał czarę goryczy. Choć pomysł, trzeba przyznać, oryginalny po ustawicznej medialnej wędrówce Janowiczów i Wojciecha Fibaka.
Ostatnio na tapecie pojawił się Barack Obama, który do spółki z Mittem Romneyem zajumał czas duetowi Lewandowski & Piszczek. A to oni przecież mogą być naprawdę galaktyczni. Mogą i powinni. Czekam wprost na zmiany w ustawie o radiofonii i telewizji, wymieniające wśród ważnych wydarzeń sportowych mecze Borussii Dortmund w każdym możliwym rodzaju rozgrywek.
Opadłam na krzesło jednak dzisiaj, gdy obok wypowiedzi profesora Zbigniewa Brzezińskiego na temat Smoleńska zobaczyłam materiał prezentujący jego sylwetkę. Moje poczucie skretynienia zaczyna zbliżać się tym samym do stanów mocno wysokich. Za dużo siedzenia na tvn24.pl. Dochodzę do przekonania, że chyba w tym całym medialnym kotle najlepiej czerpać wiedzę z pudelka. Tam to są przynajmniej streszczenia tekstów z różnych źródeł pochodzące, więc orientację można sobie wyrobić dobrą, a przy tym zidiocieć wcale nie trzeba.
Przegląd bohaterów przypadkowy i subiektywny. Korzyści finansowych z reklamy pudelka nie czerpię.
Etykiety:
Felix Baugmartner,
Janowicz,
katastrofa smoleńska,
kolarstwo,
Lance Armstrong,
media,
Obama,
skok ze stratosfery,
sport,
trotyl,
wybory USA,
wydarzenia medialne,
Yuma
niedziela, 7 października 2012
Miasto Aniołów
Widziałam lata świetlne temu, cichym chyłkiem czając się w pidżamie w
pokoju z telewizorem. Może nawet widziałam kilka razy, ale jakoś tak
pamiętam te pidżamy. I swoje spojrzenie zbitego szczeniaka w kierunku
rodziców, by móc obejrzeć do końca. <spojler> Tylko po cholerę
Nicholas Cage jechał do tego sklepu? Przecież na tamtą Meg Ryan naprawdę
dało się patrzeć z rana. Zresztą, dało się patrzeć o każdej porze dnia
</spojler>.
Dla estetycznych walorów można też zerknąć na nowy serial superduetu Tadeusz Lampka - Ilona Łepkowska. Zerknęłam. Wzrok opuszczałam z zażenowaniem. Królowa polskich seriali zalicza chyba bowiem spektakularny upadek. Do tej pory jej fabuły może nie grzeszyły polotem, ale, na upartego, dało radę je jakoś powiązać z realnością. Przynajmniej na początku. Teraz scenariusz pozostaje moim zdaniem najgorszą stroną "Wszystko przed nami". I to od pierwszego momentu, w którym losy bohaterów zarysował nam jeden z nich, głosem zza kadru na wzór książkowego narratora, w filmie nieraz wykorzystywanego z powodzeniem, ale tu drażniącego wnętrzności. Słysząc cały zarys fabularny podawany na tacy można się przecież poczuć jak debil. Tym bardziej, że skomplikowany nie jest.
Polacy na emigracji we Włoszech się lubią. Przyjaźnią. Razem popijają wino i grają w piłkę. Budowlaniec z prawnikiem, kelnerem, byłą modelką, co ma nadzianego męża, i trzyosobową rodziną nie wiadomo skąd. Włosi są wredni i podkładają dzielnym Polakom świnie. Jakieś gwałty i mafie, i nacjonalizmy wręcz jakieś. Dzielni Polacy trzymają się razem i jak na komendę wracają do Polski. Dzielny Polak kelner dzięki pomocy dzielnego Polaka prawnika dziedziczy po rodzicach kamienicę. Mało tego, na widok polskiej Polki z Lublina wreszcie zapomina o głupiej byłej narzeczonej, która 3 dni przed ślubem zakomunikowała mu, że jest w ciąży. Oczywiście, z najlepszym kumplem dzielnego Polaka kelnera. Polska Polka z Lublina nie daje jednak dzielnemu Polakowi kelnerowi numeru telefonu i, zdaje się, nawet nie zna jego imienia, chociaż spotkanie wyszło słodkie jak beza maczana w miodzie. A dzielny Polak prawnik wciąż smali cholewki do dzielnej byłej modelki, co ma nadzianego męża. A oficjalnie to przecież przyjaźń jest tylko lub aż. A oni są po prostu piękni, że piękno rozsadza ekran. I co tam, że trochę drewniani, jak piękno im wszystko wybaczy. Budowlańcowi już nie, więc musi grać trochę aktorsko. To samo rodzina (2+1) nie wiadomo skąd pochodząca. Choć on to się ponoć spotyka z Kamilą Łapicką, wdową. Niby na niwie prywatnej, a w ogóle to zawodowej, ale to nie w tym serialu.
Nie, to wcale nie jest "Moda na sukces". Tam jest więcej niespodziewanych akcji. A że w Stanach rzecz się rozgrywa, to może i bardziej to żre. "Wszystko przed nami" żre jeno czas. Ale zawsze można zerknąć na ładne, nieopatrzone buźki. Pogoda wszak brzydka, esteci cierpieć mogą. A ileż można patrzeć na wychodzącą z lodówki Zielińską?
A już tak na moment poważniej. Ilona Łepkowska naprawdę się chyba pomyliła i wepchnęła TVP 1 na górę lodową. Ale że nikt tego nie zauważył? Przecież ten serial został podobny wybrany w konkursie! Więc nie wiem, czy bardziej należy się bać poziomu innych pomysłów, czy układów w publicznej telewizji. Czy może raczej ocen, jakie producenci, reżyserzy, scenarzyści i wszelkiej maści ludzie zarządzający umysłami i czasem widzów, wystawiają i im, i sobie.
Dla estetycznych walorów można też zerknąć na nowy serial superduetu Tadeusz Lampka - Ilona Łepkowska. Zerknęłam. Wzrok opuszczałam z zażenowaniem. Królowa polskich seriali zalicza chyba bowiem spektakularny upadek. Do tej pory jej fabuły może nie grzeszyły polotem, ale, na upartego, dało radę je jakoś powiązać z realnością. Przynajmniej na początku. Teraz scenariusz pozostaje moim zdaniem najgorszą stroną "Wszystko przed nami". I to od pierwszego momentu, w którym losy bohaterów zarysował nam jeden z nich, głosem zza kadru na wzór książkowego narratora, w filmie nieraz wykorzystywanego z powodzeniem, ale tu drażniącego wnętrzności. Słysząc cały zarys fabularny podawany na tacy można się przecież poczuć jak debil. Tym bardziej, że skomplikowany nie jest.
Polacy na emigracji we Włoszech się lubią. Przyjaźnią. Razem popijają wino i grają w piłkę. Budowlaniec z prawnikiem, kelnerem, byłą modelką, co ma nadzianego męża, i trzyosobową rodziną nie wiadomo skąd. Włosi są wredni i podkładają dzielnym Polakom świnie. Jakieś gwałty i mafie, i nacjonalizmy wręcz jakieś. Dzielni Polacy trzymają się razem i jak na komendę wracają do Polski. Dzielny Polak kelner dzięki pomocy dzielnego Polaka prawnika dziedziczy po rodzicach kamienicę. Mało tego, na widok polskiej Polki z Lublina wreszcie zapomina o głupiej byłej narzeczonej, która 3 dni przed ślubem zakomunikowała mu, że jest w ciąży. Oczywiście, z najlepszym kumplem dzielnego Polaka kelnera. Polska Polka z Lublina nie daje jednak dzielnemu Polakowi kelnerowi numeru telefonu i, zdaje się, nawet nie zna jego imienia, chociaż spotkanie wyszło słodkie jak beza maczana w miodzie. A dzielny Polak prawnik wciąż smali cholewki do dzielnej byłej modelki, co ma nadzianego męża. A oficjalnie to przecież przyjaźń jest tylko lub aż. A oni są po prostu piękni, że piękno rozsadza ekran. I co tam, że trochę drewniani, jak piękno im wszystko wybaczy. Budowlańcowi już nie, więc musi grać trochę aktorsko. To samo rodzina (2+1) nie wiadomo skąd pochodząca. Choć on to się ponoć spotyka z Kamilą Łapicką, wdową. Niby na niwie prywatnej, a w ogóle to zawodowej, ale to nie w tym serialu.
Nie, to wcale nie jest "Moda na sukces". Tam jest więcej niespodziewanych akcji. A że w Stanach rzecz się rozgrywa, to może i bardziej to żre. "Wszystko przed nami" żre jeno czas. Ale zawsze można zerknąć na ładne, nieopatrzone buźki. Pogoda wszak brzydka, esteci cierpieć mogą. A ileż można patrzeć na wychodzącą z lodówki Zielińską?
A już tak na moment poważniej. Ilona Łepkowska naprawdę się chyba pomyliła i wepchnęła TVP 1 na górę lodową. Ale że nikt tego nie zauważył? Przecież ten serial został podobny wybrany w konkursie! Więc nie wiem, czy bardziej należy się bać poziomu innych pomysłów, czy układów w publicznej telewizji. Czy może raczej ocen, jakie producenci, reżyserzy, scenarzyści i wszelkiej maści ludzie zarządzający umysłami i czasem widzów, wystawiają i im, i sobie.
wtorek, 25 września 2012
Milczenie owiec
Podchodziłam do tego filmu jak do jeża, rozczarowana wcześniejszymi przygodami z klasykami kina. Gdy w ręce wpadła mi książka Thomasa Harrisa z Jodie Foster i Anthonym Hopkinsem na okładce, myślałam, że teraz to już szybko nadejdzie wiekopomna chwila z przyciskiem "play" w roli głównej. Tymczasem nadeszła pierwsza w moim życiu finansowa kara za przetrzymanie wypożyczonej z biblioteki książki. Mam zbiednieć o 2 zł (chlip, chlip ;)), bo nie zamierzałam wydać 30 na podróż po ratunek dla mojej regulaminowej postawy.
Film w końcu obejrzałam. I tak za szybko po przeczytaniu książki. Nieustanna i mimowolna gimnastyka umysłu z wyszukiwaniem różnic jednak psuje odbiór. Nie polecam. Film tak, bo pozbawił powieść Harrisa, ku mojej zresztą uciesze, dwóch maksymalnie wkurzających wątków rodem z taniej obyczajówki.
Ale o taniej obyczajówce mowy tu nie będzie. Raczej o milczeniu owiec, które tym akurat razem wcale nie było pożądane i oczekiwane. Pewnie wielu na złość zostało przerwane. Katarzyna Figura udzieliła wywiadu o swoim toksycznym małżeństwie i agresywnym mężu, o życiu, które przypominało dramat, strachu i wstydzie niszczonej psychicznie i fizycznie kobiety, żony i matki. W mediach rozpętała się burza. Jakby pierwszy raz okazało się, że sielski obrazek z życia gwiazd maluje się tylko na użytek świata zewnętrznego. Jakby ręki nie można było podnieść na znaną aktorką. Jakby nigdy nie słyszano historii kobiet przez lata żyjących obok mężczyzn, którzy je krzywdzą.
Katarzyna Figura opowiedziała swoją historię w kolorowym piśmie i chyba w tym tkwi dla wielu sedno problemu. Pytania o sens tego wywiadu idą ramię w ramię z tymi o lata życia w koszmarze milczenia. Jasne, że taka forma zwierzenia się ze swego dramatu jest większości ludzi niedostępna. Oburza, gdy gdzieś obok niej pojawiają się rzewne historie o braku pieniędzy na cotygodniowego wyjście na sushi, wzruszające sesje zdjęciowe z dopiero co urodzonymi dziećmi czy spekulacje o kolejnych operacjach plastycznych. Powszednieje, gdy rozstania znanych par stają się dodatkiem do porannej kawy. Siłą rzeczy i medialnego rozpędu historia Katarzyny Figury jest więc kojarzona z kolejnym aktem ekshibicjonizmu i wołaniem o zainteresowanie wielkiego świata showbiznesu. W erze podglądactwa i celebryckich wynurzeń gubimy zwyczajną ludzką wrażliwość, wszędzie doszukując się spisku i ustawki.
Tym bardziej, że aktorce udawać łatwiej. Skoro dawała radę ponad 10 lat...
Czy łzy Katarzyny Figury w przerwanym wywiadzie telewizyjnym i rozmowie z Tomaszem Lisem mogą do czegokolwiek kogokolwiek przekonać? Czy opowieści o rodzinnym koszmarze w programie aspirującym do poważnej publicystyki politycznej, mogą odciągnąć widzów od utopijnego serialu o lekarzach z wyimaginowanego szpitala? Czy w tym całym cyrku są jeszcze jacyś pozytywni bohaterowie, którzy po prostu mówią prawdę i chcą coś zmienić, nie myśląc o wizerunkowych i finansowych korzyściach?
Po erze Big Brothera stajemy się z każdą chwilą coraz bardziej czujni na wylewającą się z mediów realność. To dobrze, że nie chcemy dawać się ogłupiać. Do momentu, gdy pojawia się sytuacja, gdzie normalne nie jest kiwanie głową z niedowierzaniem i internetowy hejt.
Film w końcu obejrzałam. I tak za szybko po przeczytaniu książki. Nieustanna i mimowolna gimnastyka umysłu z wyszukiwaniem różnic jednak psuje odbiór. Nie polecam. Film tak, bo pozbawił powieść Harrisa, ku mojej zresztą uciesze, dwóch maksymalnie wkurzających wątków rodem z taniej obyczajówki.
Ale o taniej obyczajówce mowy tu nie będzie. Raczej o milczeniu owiec, które tym akurat razem wcale nie było pożądane i oczekiwane. Pewnie wielu na złość zostało przerwane. Katarzyna Figura udzieliła wywiadu o swoim toksycznym małżeństwie i agresywnym mężu, o życiu, które przypominało dramat, strachu i wstydzie niszczonej psychicznie i fizycznie kobiety, żony i matki. W mediach rozpętała się burza. Jakby pierwszy raz okazało się, że sielski obrazek z życia gwiazd maluje się tylko na użytek świata zewnętrznego. Jakby ręki nie można było podnieść na znaną aktorką. Jakby nigdy nie słyszano historii kobiet przez lata żyjących obok mężczyzn, którzy je krzywdzą.
Katarzyna Figura opowiedziała swoją historię w kolorowym piśmie i chyba w tym tkwi dla wielu sedno problemu. Pytania o sens tego wywiadu idą ramię w ramię z tymi o lata życia w koszmarze milczenia. Jasne, że taka forma zwierzenia się ze swego dramatu jest większości ludzi niedostępna. Oburza, gdy gdzieś obok niej pojawiają się rzewne historie o braku pieniędzy na cotygodniowego wyjście na sushi, wzruszające sesje zdjęciowe z dopiero co urodzonymi dziećmi czy spekulacje o kolejnych operacjach plastycznych. Powszednieje, gdy rozstania znanych par stają się dodatkiem do porannej kawy. Siłą rzeczy i medialnego rozpędu historia Katarzyny Figury jest więc kojarzona z kolejnym aktem ekshibicjonizmu i wołaniem o zainteresowanie wielkiego świata showbiznesu. W erze podglądactwa i celebryckich wynurzeń gubimy zwyczajną ludzką wrażliwość, wszędzie doszukując się spisku i ustawki.
Tym bardziej, że aktorce udawać łatwiej. Skoro dawała radę ponad 10 lat...
Czy łzy Katarzyny Figury w przerwanym wywiadzie telewizyjnym i rozmowie z Tomaszem Lisem mogą do czegokolwiek kogokolwiek przekonać? Czy opowieści o rodzinnym koszmarze w programie aspirującym do poważnej publicystyki politycznej, mogą odciągnąć widzów od utopijnego serialu o lekarzach z wyimaginowanego szpitala? Czy w tym całym cyrku są jeszcze jacyś pozytywni bohaterowie, którzy po prostu mówią prawdę i chcą coś zmienić, nie myśląc o wizerunkowych i finansowych korzyściach?
Po erze Big Brothera stajemy się z każdą chwilą coraz bardziej czujni na wylewającą się z mediów realność. To dobrze, że nie chcemy dawać się ogłupiać. Do momentu, gdy pojawia się sytuacja, gdzie normalne nie jest kiwanie głową z niedowierzaniem i internetowy hejt.
czwartek, 20 września 2012
Przypadkowy mąż
O, Panie, litości! Nawet moja prymitywna popkulturowość ciężko to zniosła. Są po prostu rzeczy, których robić nie należy, a zaliczyć do nich trzeba obsadzanie Umy Thurman w komedii romantycznej klasy Z. Tylko moja chora pamięć do tytułów potwierdza dzisiaj obejrzenie. Choć, w sumie, trudno od komedii romantycznej oczekiwać wbicia się na banię i krążenia w czeluściach mózgu dłużej niż do napisów końcowych.
To, że koniec może być nowym początkiem, pokazuje Kamila Łapicka. Tak, ta od Andrzeja Łapickiego. Tak, ta, co to wyrzuciła pamiątki po mężu do śmietnika, gdy łzy po pogrzebie obeschnąć jeszcze nie powinny. Ta sama, która przez ostatnie 3 lata budziła sensację swoją młodością, która dzielnie stała ramię w ramię przy podeszłym wieku najpierw swego narzeczonego, a potem - męża. Oj, zapomnieć o sobie nie daje...
... czyli książkę wydaje. Napisała znaczy się. Rozmowy z mężem. "Łapa w łapę ". Tytuł zgrabny, treści nie znam. Pobieżnie może tylko, bo czego można się dowiedzieć z dwóch wizyt w programach śniadaniowych i jednego wywiadu w tygodniku? Wszystko co prawda w tempie godnym sprintera, i to niekoniecznie takiego z Polski, bo w 4 dni, ale jednak.
Przyznaję, że gdy wczoraj zobaczyłam zapowiedź jej wizyty w TVP2, to sobie pomyślałam, że ho ho. O książce nie pomyślałam. Gdy dzisiaj zobaczyłam ją w TVN-ie, to tylko na uśmiech pod nosem się zdobyłam. Ale kiedy w ręce wpadł mi najnowszy "Newsweek" z wywiadem, to już nawet buzię otworzyłam. Może trochę z podziwu. Bo jednak jakoś się przełamała i poopowiadała. Bo jednak twardo na żadne pytania o tabloidowe doniesienia nie odpowiadała. Bo jednak tym swoim milczeniem zachęcić do kupienia i przeczytania była gotowa. Ja nie wiem, czy to taki charakter, czy taki tupet, ale Kamila Łapicka niewątpliwie żyje po życiu. Po książce może żyć nawet bardzo godnie, chociaż reklamuje ją jako skończoną kilka dni przed śmiercią męża. Nie potępiam. Na razie nie mam stanowiska. Ot, taka po prostu ciekawostka plus mały syndrom wyskakiwania z lodówki. I do tego kontynuacja na razie nieformalnej akcji "Cała Polska pisze książki".
To, że koniec może być nowym początkiem, pokazuje Kamila Łapicka. Tak, ta od Andrzeja Łapickiego. Tak, ta, co to wyrzuciła pamiątki po mężu do śmietnika, gdy łzy po pogrzebie obeschnąć jeszcze nie powinny. Ta sama, która przez ostatnie 3 lata budziła sensację swoją młodością, która dzielnie stała ramię w ramię przy podeszłym wieku najpierw swego narzeczonego, a potem - męża. Oj, zapomnieć o sobie nie daje...
... czyli książkę wydaje. Napisała znaczy się. Rozmowy z mężem. "Łapa w łapę ". Tytuł zgrabny, treści nie znam. Pobieżnie może tylko, bo czego można się dowiedzieć z dwóch wizyt w programach śniadaniowych i jednego wywiadu w tygodniku? Wszystko co prawda w tempie godnym sprintera, i to niekoniecznie takiego z Polski, bo w 4 dni, ale jednak.
Przyznaję, że gdy wczoraj zobaczyłam zapowiedź jej wizyty w TVP2, to sobie pomyślałam, że ho ho. O książce nie pomyślałam. Gdy dzisiaj zobaczyłam ją w TVN-ie, to tylko na uśmiech pod nosem się zdobyłam. Ale kiedy w ręce wpadł mi najnowszy "Newsweek" z wywiadem, to już nawet buzię otworzyłam. Może trochę z podziwu. Bo jednak jakoś się przełamała i poopowiadała. Bo jednak twardo na żadne pytania o tabloidowe doniesienia nie odpowiadała. Bo jednak tym swoim milczeniem zachęcić do kupienia i przeczytania była gotowa. Ja nie wiem, czy to taki charakter, czy taki tupet, ale Kamila Łapicka niewątpliwie żyje po życiu. Po książce może żyć nawet bardzo godnie, chociaż reklamuje ją jako skończoną kilka dni przed śmiercią męża. Nie potępiam. Na razie nie mam stanowiska. Ot, taka po prostu ciekawostka plus mały syndrom wyskakiwania z lodówki. I do tego kontynuacja na razie nieformalnej akcji "Cała Polska pisze książki".
poniedziałek, 10 września 2012
GoldenEye
Nie lubię filmów o Jamesie Bondzie i nie przypominam sobie, żebym i ten zobaczyła w całości, od deski do deski. Nie lubię filmów o Jamesie Bondzie od dawna i nie mogę przymierzyć się do zmiany tego stanu rzeczy. Nie pomogła Izabela Scorupco, której warkocz majtał się później po twarzy Michała Żebrowskiego i której były mąż jako pierwszy Polak strzelił później niż później gola na Stadionie Narodowym w Warszawie. Strzelił nogą i trafił w piłkę, co w przypadku jego profesji warto podkreślić, nawet jeśli jest dzisiaj tylko byłą profesją. Nie lubię filmów o Jamesie Bondzie i nie przekonał mnie spadochroniarski wyczyn Daniela Craiga (ostatnio podpisał umowę na jeszcze dwa Bondy) i królowej Elżbiety II (ostatnio straciła psa i odzyskała wnuka aferzystę). Ale dziwnie myślę, że GoldenEye samo w sobie bym polubiła.
Broń to śmiercionośna, a chociaż zapędy zbrodnicze tylko miewam, w jej posiadanie weszłabym chętnie. Temu i owemu przydałoby się prawdziwe widmo zagłady przed oczami. Zagłady większej niż debiutancki start w zawodach najwyższej sportowej rangi, presja kibiców, długie podróże, niedobre jedzenie i dziwnie słoneczna pogoda w Londynie. Nie chciałam jednak i nie chcę pastwić się nad tymi, którzy podczas igrzysk olimpijskich zaliczyli glebę, chociaż na różne szczyty chcieli się wdrapać i z różnych wysokości spadali. Głośniejszy od upadków był huk pękających balonów wypełnionych absurdalnymi medalowymi szansami, także tymi pewnymi, czekającymi tylko na wykucie ostatniej litery nazwiska zwycięzcy znad Wisły.
Medialno-kibicowskie przebudzenie przyszło za późno. A może przerodziło się tylko w drzemkę. Dzisiaj chyba znów jesteśmy już pogrążeni w zimowym śnie. Na krótko budzą nas z niego bohaterskie przemarsze medalistów po telewizjach śniadaniowych, talk-showach, programach rozrywkowych, wydarzeniach na poły sportowych, na poły celebryckich. Niech chodzą - proszę bardzo. W końcu sukcesy zwykle osiągnęli sami z siebie, na opak z systemem, którego de facto nie ma. W końcu medale wykuli z ciężkiej pracy, poświęcenia, łez i starań dobrych dusz, które spotkali na swojej drodze. Niech tylko zostaną sobą, bo medialne małpy tworzy się u nas z zawrotną celebrycką prędkością pytań: "Jak cię czujesz?", "Jakie to uczucie?", "Jakie to emocje?". Na rozgrzewkę. Po komendzie startera czeka już bowiem seria z ulubionym jedzeniem, dzieciństwem i łóżkiem na pierwszym planie.
Olimpijscy herosi z Londynu (bo każdy z naszych medalistów jest dla mnie rzeczywiście godny jakoś tak szczególnie i fajny tak po ludzku) zostają jeszcze na dodatek zestawieni z klęską swoich kolegów, prowizorką sportu jako dziedziny życia i instrumentu działań państwa oraz sukcesami paraolimpijczyków. Ci ostatni mogą dzisiaj krzyczeć głośniej, choćby i wykorzystując wszechwładzę politycznej poprawności i sezon na Korwin-Mikkego.
Aż firma Sportfive zainspirowana tym, że sukcesy przychodzą wtedy, gdy nikt ich nie pokazuje, poszła po rozum do głowy i chce zakląć rzeczywistość dla polskich piłkarzy. Oficjalnie poszło o cenę za prawo do pokazywania meczów reprezentacji w eliminacjach do MŚ 2014. Nieoficjalnie myślę, że mogło dojść do spisku PZPN-u z nadawcami. Grzegorz Lato ostrzegł najpewniej Włodzimierza Szaranowicza i Mariana Kmitę. Tylko narodu nie ostrzegł.
A biedny James Bond, którego filmów nie lubię, zamiast przylecieć mi tu z GoldenEye, wciąż nie może z tym swoim spadochronem wylądować. Względnie: śpiewa i tańczy z Meryl Streep do piosenek Abby. Bez broni.
PS Sportowa kartka z kalendarza. 10 września 1972 roku polska reprezentacja w piłce nożnej zdobyła złoty medal Igrzysk Olimpijskich w Monachium. Po 2 bramkach Kazimierza Deyny biało-czerwoni ograli Węgrów 2:1. Na ławce trenerskiej siedział Kazimierz Górski.
Broń to śmiercionośna, a chociaż zapędy zbrodnicze tylko miewam, w jej posiadanie weszłabym chętnie. Temu i owemu przydałoby się prawdziwe widmo zagłady przed oczami. Zagłady większej niż debiutancki start w zawodach najwyższej sportowej rangi, presja kibiców, długie podróże, niedobre jedzenie i dziwnie słoneczna pogoda w Londynie. Nie chciałam jednak i nie chcę pastwić się nad tymi, którzy podczas igrzysk olimpijskich zaliczyli glebę, chociaż na różne szczyty chcieli się wdrapać i z różnych wysokości spadali. Głośniejszy od upadków był huk pękających balonów wypełnionych absurdalnymi medalowymi szansami, także tymi pewnymi, czekającymi tylko na wykucie ostatniej litery nazwiska zwycięzcy znad Wisły.
Medialno-kibicowskie przebudzenie przyszło za późno. A może przerodziło się tylko w drzemkę. Dzisiaj chyba znów jesteśmy już pogrążeni w zimowym śnie. Na krótko budzą nas z niego bohaterskie przemarsze medalistów po telewizjach śniadaniowych, talk-showach, programach rozrywkowych, wydarzeniach na poły sportowych, na poły celebryckich. Niech chodzą - proszę bardzo. W końcu sukcesy zwykle osiągnęli sami z siebie, na opak z systemem, którego de facto nie ma. W końcu medale wykuli z ciężkiej pracy, poświęcenia, łez i starań dobrych dusz, które spotkali na swojej drodze. Niech tylko zostaną sobą, bo medialne małpy tworzy się u nas z zawrotną celebrycką prędkością pytań: "Jak cię czujesz?", "Jakie to uczucie?", "Jakie to emocje?". Na rozgrzewkę. Po komendzie startera czeka już bowiem seria z ulubionym jedzeniem, dzieciństwem i łóżkiem na pierwszym planie.
Olimpijscy herosi z Londynu (bo każdy z naszych medalistów jest dla mnie rzeczywiście godny jakoś tak szczególnie i fajny tak po ludzku) zostają jeszcze na dodatek zestawieni z klęską swoich kolegów, prowizorką sportu jako dziedziny życia i instrumentu działań państwa oraz sukcesami paraolimpijczyków. Ci ostatni mogą dzisiaj krzyczeć głośniej, choćby i wykorzystując wszechwładzę politycznej poprawności i sezon na Korwin-Mikkego.
Aż firma Sportfive zainspirowana tym, że sukcesy przychodzą wtedy, gdy nikt ich nie pokazuje, poszła po rozum do głowy i chce zakląć rzeczywistość dla polskich piłkarzy. Oficjalnie poszło o cenę za prawo do pokazywania meczów reprezentacji w eliminacjach do MŚ 2014. Nieoficjalnie myślę, że mogło dojść do spisku PZPN-u z nadawcami. Grzegorz Lato ostrzegł najpewniej Włodzimierza Szaranowicza i Mariana Kmitę. Tylko narodu nie ostrzegł.
A biedny James Bond, którego filmów nie lubię, zamiast przylecieć mi tu z GoldenEye, wciąż nie może z tym swoim spadochronem wylądować. Względnie: śpiewa i tańczy z Meryl Streep do piosenek Abby. Bez broni.
PS Sportowa kartka z kalendarza. 10 września 1972 roku polska reprezentacja w piłce nożnej zdobyła złoty medal Igrzysk Olimpijskich w Monachium. Po 2 bramkach Kazimierza Deyny biało-czerwoni ograli Węgrów 2:1. Na ławce trenerskiej siedział Kazimierz Górski.
poniedziałek, 23 lipca 2012
Show
Wciąż, mimo upływu lat, to jeden z moich ulubionych filmów. Dzisiaj zafunkcjonowałby już w innym kontekście. Niemal dekadę temu, w erze panowania "Big Brothera" i poglądackiej mody, był majstersztykiem. Przypowieścią ukrytą pod komediowym płaszczykiem, 13-posterunkową wesołkowatością Cezarego Pazury, przerysowaną blond naiwnością Joanny Pierzak i prymitywną nagością spod prysznica. Tak to widziałam i tak to widzę do dziś. Chociaż jest to dostrzeganie szczerości, która wystawia na próbę polskość.
Wszystkie wrażenia wyniesione z filmu "Show" wracają po obejrzeniu filmiku na youtubie pt. "Gr@żyna" (więcej o tym tutaj). Widziałam go w sobotę, gdy miał 300 kilka wyświetleń, dzisiaj ma ponad 728 tysięcy. To oddaje skalę siły Internetu i fermentu, jaki wywołał obraz kulisów powstawania eksperymentalnego projektu Grzegorza Cholewy i Bartłomieja Szkopa. Ups, może nie powinnam tego pisać. Może lepiej byłoby najpierw skomentować wcześniejsze filmiki umieszczone na profilu Grażyny Żarko i odnieść się do jej "katolickiego głosu w Internecie", który w dwa miesiące stał się hitem. Tak dużym, że kontrowersyjny projekt trzeba było przerwać. Rady i poglądy 56-letniej nauczycielki, która chciała przywrócić w polskiej sieci kulturę, normalność i patriotyczne tradycje, zrodziły zbyt potężny ruch oburzonych. Wirtualni pluwacze i hejterzy, bohaterowie klawiatury i przedstawiciele pokolenia mającego tworzyć tolerancyjną Polskę, zaczęli być niebezpieczeństwem jak najbardziej realnym. W wiązankach wulgaryzmów i obelg grozili Grażynie Żarko śmiercią. Wróć, grozili Annie Lisak, aktorce - amatorce wcielającej się w fikcyjną, wymyśloną na potrzeby projektu postać.
Zrównana z błotem przez youtuberów, obśmiana przez innych wideoblogerów puszysta kobieta w okularach, z eksponowanymi w filmikach zbliżeniami rzadkich włosów i krzywych zębów jest po sobotniej publikacji bohaterką. Grażyna Żarko stała się wyrzutem sumienia. Wcześniej tylko stawała ością w gardle razem ze swoimi radykalnymi, moherowymi poglądami. Ale teraz nikomu nie chce się już wkładać palca do buzi, by sprowokować na jej widok wymioty. Anna Lisak w nagrodę za oscarową zdaniem wielu rolę ma zostać wysłana na wymarzone wakacje. Tak, żeby skończyło się dobrze. Bo "my Slowanie, my lubim sielanki".
Czy tym razem rzeczywiście coś zrozumiemy? Czy tylko poszpanujemy w komentarzach swoją przenikliwością, względnie: nawet przeprosimy, by po chwili wyśmiewać się z gabarytów promowanych na salonach Grycanek?
Społeczny i medialny lincz Kuby Wojewódzkiego i Michała Figurskiego po żartach z Ukrainek link zauważono z miejsca. Grażyna Żarko (nomen omen skomentowana też przez Wojewódzkiego) przez dwa miesiące funkcjonowała w Internecie jako wdzięczny temat do drwin. Bo to przecież ani EURO 2012 nie zagrażało, ani w ustach znanych osób w tradycyjnym medium się nie znalazło, ani polskich wielkich nie dotyczyło.
Miałkość Internetu spod znaku biało-czerwonej flagi w takich sytuacjach boli bardziej. Chamstwo internautów, z których większość stanowią młodzi ludzie, już chyba tylko przeraża. Gdy faktem stanie się wprowadzenie opłat za te ekskluzywne i unikalne (czyli w wielu przypadkach: wyższych lotów) treści w Internecie, może być gorzej. Szansa przeczytania choćby kilku linijek analitycznego, wartościowego tekstu zmaleje, bo w polskiej sieci się nie płaci. Z zasady. Tak jak nie płaci się za anonimowe obrażanie innych.
Wszystkie wrażenia wyniesione z filmu "Show" wracają po obejrzeniu filmiku na youtubie pt. "Gr@żyna" (więcej o tym tutaj). Widziałam go w sobotę, gdy miał 300 kilka wyświetleń, dzisiaj ma ponad 728 tysięcy. To oddaje skalę siły Internetu i fermentu, jaki wywołał obraz kulisów powstawania eksperymentalnego projektu Grzegorza Cholewy i Bartłomieja Szkopa. Ups, może nie powinnam tego pisać. Może lepiej byłoby najpierw skomentować wcześniejsze filmiki umieszczone na profilu Grażyny Żarko i odnieść się do jej "katolickiego głosu w Internecie", który w dwa miesiące stał się hitem. Tak dużym, że kontrowersyjny projekt trzeba było przerwać. Rady i poglądy 56-letniej nauczycielki, która chciała przywrócić w polskiej sieci kulturę, normalność i patriotyczne tradycje, zrodziły zbyt potężny ruch oburzonych. Wirtualni pluwacze i hejterzy, bohaterowie klawiatury i przedstawiciele pokolenia mającego tworzyć tolerancyjną Polskę, zaczęli być niebezpieczeństwem jak najbardziej realnym. W wiązankach wulgaryzmów i obelg grozili Grażynie Żarko śmiercią. Wróć, grozili Annie Lisak, aktorce - amatorce wcielającej się w fikcyjną, wymyśloną na potrzeby projektu postać.
Zrównana z błotem przez youtuberów, obśmiana przez innych wideoblogerów puszysta kobieta w okularach, z eksponowanymi w filmikach zbliżeniami rzadkich włosów i krzywych zębów jest po sobotniej publikacji bohaterką. Grażyna Żarko stała się wyrzutem sumienia. Wcześniej tylko stawała ością w gardle razem ze swoimi radykalnymi, moherowymi poglądami. Ale teraz nikomu nie chce się już wkładać palca do buzi, by sprowokować na jej widok wymioty. Anna Lisak w nagrodę za oscarową zdaniem wielu rolę ma zostać wysłana na wymarzone wakacje. Tak, żeby skończyło się dobrze. Bo "my Slowanie, my lubim sielanki".
Czy tym razem rzeczywiście coś zrozumiemy? Czy tylko poszpanujemy w komentarzach swoją przenikliwością, względnie: nawet przeprosimy, by po chwili wyśmiewać się z gabarytów promowanych na salonach Grycanek?
Społeczny i medialny lincz Kuby Wojewódzkiego i Michała Figurskiego po żartach z Ukrainek link zauważono z miejsca. Grażyna Żarko (nomen omen skomentowana też przez Wojewódzkiego) przez dwa miesiące funkcjonowała w Internecie jako wdzięczny temat do drwin. Bo to przecież ani EURO 2012 nie zagrażało, ani w ustach znanych osób w tradycyjnym medium się nie znalazło, ani polskich wielkich nie dotyczyło.
Miałkość Internetu spod znaku biało-czerwonej flagi w takich sytuacjach boli bardziej. Chamstwo internautów, z których większość stanowią młodzi ludzie, już chyba tylko przeraża. Gdy faktem stanie się wprowadzenie opłat za te ekskluzywne i unikalne (czyli w wielu przypadkach: wyższych lotów) treści w Internecie, może być gorzej. Szansa przeczytania choćby kilku linijek analitycznego, wartościowego tekstu zmaleje, bo w polskiej sieci się nie płaci. Z zasady. Tak jak nie płaci się za anonimowe obrażanie innych.
wtorek, 3 lipca 2012
Zakręcony piątek
Coś naiwnego i infantylnego na weekendową posiadówkę nastoletnich psiapsiółek. Zbuntowanych przeciw rodzicom i przeżywających problemy z chłopakami. Które doskonale wiedzą, jak się obecnie układa Lindsay Lohan i nie mają pojęcia, czym są prawdziwe kłopoty.
Trąci stereotypem aż huczy, brzęczy i łupie w krzyżu? Ale naprawdę czasami są to obrazy tak prawdziwe...
Kiedy w polskim pociągu wracasz z Warszawy z ćwierćfinału EURO 2012 klik, to widzisz wszystko z całym dobrodziejstwem inwentarza, chociaż Dworzec Centralny wygląda jak marzenie i ksenofobi nie biegają po ulicach z siekierami. Pociąg zmierza do Gdyni. Doskonały wybór w dniu, w którym ćwierćfinałowe szaleństwo przenosi się do Gdańska, porywając ze sobą przede wszystkim Niemców i Greków. Wieża Babel przestaje być biblijnym wspomnieniem.
Już są koszulki, peruki i pomalowane twarze. Śpiew "Polska, Polska" dopada i tutaj. EUROpociąg gorący nie tylko od futbolowych emocji, ale też rozgrzany pokonanymi od Lublina kilometrami.
W przedziale też międzynarodowo. Drzwi raz po raz otwierają kolejni młodzi Grecy. Zaglądają do znajomych, posiedzą, pogadają i wychodzą. Liczę ich. W sumie ośmioro. Przy pierwszej wizycie konduktora okazuje się, że mają bilet dziesięcioosobowy.
Trąci stereotypem aż huczy, brzęczy i łupie w krzyżu? Ale naprawdę czasami są to obrazy tak prawdziwe...
Kiedy w polskim pociągu wracasz z Warszawy z ćwierćfinału EURO 2012 klik, to widzisz wszystko z całym dobrodziejstwem inwentarza, chociaż Dworzec Centralny wygląda jak marzenie i ksenofobi nie biegają po ulicach z siekierami. Pociąg zmierza do Gdyni. Doskonały wybór w dniu, w którym ćwierćfinałowe szaleństwo przenosi się do Gdańska, porywając ze sobą przede wszystkim Niemców i Greków. Wieża Babel przestaje być biblijnym wspomnieniem.
Już są koszulki, peruki i pomalowane twarze. Śpiew "Polska, Polska" dopada i tutaj. EUROpociąg gorący nie tylko od futbolowych emocji, ale też rozgrzany pokonanymi od Lublina kilometrami.
W przedziale też międzynarodowo. Drzwi raz po raz otwierają kolejni młodzi Grecy. Zaglądają do znajomych, posiedzą, pogadają i wychodzą. Liczę ich. W sumie ośmioro. Przy pierwszej wizycie konduktora okazuje się, że mają bilet dziesięcioosobowy.
– How much are you going? – chce wiedzieć jeden z tych greckich współpasażerów.
Czuję zresztą, że cały czas patrzy z zaciekawieniem. Głupio mi pod tym spojrzeniem. Trzy godziny nie robią na nim specjalnego wrażenia, w odróżnieniu od dziesięciu, które łącznie spędzi w tym pociągu siedzący pod oknem inny Polak.
– Do you
have playing cards? – zapytuje po pewnym czasie inny Grek.
Południowcom nudzi się w polskim pociągu. Z oferowanego piwa nie korzystają, bo i samozwańczy handlarz jakoś macha na nasz przedział ręką. Za głośno im, więc zamykają okno. No tak, oni się nie poduszą, bo przyzwyczajeni do skwaru, ale ja za siebie nie ręczę.
Uprzejmi. Ten od długości podróży chce rozmienić 100 zł zdesperowanemu Polakowi. Ale tylko 70 ma w portfelu.
Druga wizyta konduktora to scenka rodzajowa żywcem wyjęta z dowcipów i stereotypów. Grecy wiedzą, że będzie sprawdzanie biletów. Szybko, w pół słowa dogadują się w sprawie swojego na dziesięć osób. Gorzej idzie z paszportem. Konduktor mówi coraz głośniej, a Grek coraz bardziej nie rozumie. Pomagamy, jak możemy, gdy trzeba datę urodzenia znaleźć. Honoru Polki poliglockiej bronimy.
Konduktor macha jednak na to tylko ręką. Musi wysiąść i pociąg zmienić. Kolejna stacja.
Na następnej czeka koniec mojej podróży. Grecy dziękują za życzenia i szybko rozkładają się na zwolnionych miejscach. Z innych przedziałów słychać kibicowskie śpiewy. Na korytarzu trwają telefoniczne rozmowy.
To będzie naprawdę zwariowany piątek. Ćwierćfinał z sześcioma golami. Więcej w jednym meczu na EURO 2012 nie padło i nie padnie.
(To chyba na tyle wspominek - i tak dużo było. Moje własne podsumowanie, które nijak nie dorasta do przyjętej w tym względzie nomenklatury. Ale naprawdę nie chciałam wybierać swojej jedenastki mistrzostw i pisać, jakim filmem jest każdy z Hiszpanów. Czy coś podobnego.)
(To chyba na tyle wspominek - i tak dużo było. Moje własne podsumowanie, które nijak nie dorasta do przyjętej w tym względzie nomenklatury. Ale naprawdę nie chciałam wybierać swojej jedenastki mistrzostw i pisać, jakim filmem jest każdy z Hiszpanów. Czy coś podobnego.)
poniedziałek, 2 lipca 2012
Marzyciel
Kolejny przykład znakomitych zdolności translatorskich. Do przełknięcia bardziej niż wirujący seks, który wyrósł z całkiem niewinnie brzmiącego nieprzyzwoitego tańca. Chociaż, w końcu Johny Depp może budzić różne emocje, zwłaszcza, gdy swoimi poczynaniami znacznie oddala się od Jamesa Barriego. Chodzącej niewinności gładko ogolonej twarzy marzyciela. I to wcale nie dlatego, że na horyzoncie znajduje się dla mnie zwyczajnie świetna Kate Winslet.
Też miałam marzenie. Obiecałam sobie, że jeśli Polska i Ukraina dostaną zadanie organizacji EURO 2012, to przynajmniej jeden mecz obejrzę na żywo. Ja, nieopierzony wówczas podlotek, z nutką romantycznej natury i wiarą w sukces.
Pamiętam 18 kwietnia 2007 roku. Dzień wyboru polsko-ukraińskiej kandydatury, który tak zupełnie realnie stał się początkiem. Jakkolwiek śmiesznie to nie zabrzmi, od tamtego czasu zaczęłam zbierać pieniądze na bilet i wyjazd. Wakacyjna praca, urodziny, imieniny, święta - cieszyła się z takich okazji moja finansowa skarpeta. Ograniczenie spod znaku $$$ szybko przestało być problemem.
Wierzyłam, że się uda. Że zdążymy. Może przestawałam traktować EURO 2012 z takim entuzjazmem, jak na początku. Może mój chłodny ogląd sytuacji coraz częściej przysłaniał optymizm. Może rozumiałam braki i widziałam niedociągnięcia.
Ale nic nie mogło zepsuć mi radości i nadziei, kiedy 30 kwietnia 2011 roku zobaczyłam w swojej skrzynce mailowej temat wiadomości: "Twój wniosek na UEFA EURO 2012 został wylosowany". Ćwierćfinał 1A - 2B. Stadion Narodowy. 21 czerwca 2012 roku. Yes, yes, yes!
To dlatego tak bolała porażka z Czechami. Bo to mógł być nie tylko mój, ale całej Polski mecz. Wcześniej obiecałam nawet samej sobie, że kupię wszystkie gadżety, by utonąć w biało-czerwonym świecie i kibicowskim szaleństwie. A że pływam po warszawsku, to deklaracja była to nie byle jaka. Infantylizm porwał jednak do tańca piłkoszał, zrywając tym samym z całym pragmatyzmem. Tak chciałam odchudzić ten cholerny portfel. A tu tylko, dosłownie i w przenośni, Cesky Sen.
Marzenie, które nie wyśniło się do końca, miało trwać i bez polskich piłkarzy na płycie Stadionu Narodowego. Więcej o tym tutaj. A to jeszcze nie koniec wyprawy na mecz EURO 2012...
Mecz, który nie zmienił historii i był prawdopodobnie najmniej atrakcyjnym ćwierćfinałem polsko-ukraińskiego turnieju. Mecz jeden z 31 na tych mistrzostwach. I ja też tak zwyczajnie wyrwana z tłumu, który cokolwiek obejrzał na żywo. Ale, cholera, jak dobrze było być jego częścią!
Też miałam marzenie. Obiecałam sobie, że jeśli Polska i Ukraina dostaną zadanie organizacji EURO 2012, to przynajmniej jeden mecz obejrzę na żywo. Ja, nieopierzony wówczas podlotek, z nutką romantycznej natury i wiarą w sukces.
Pamiętam 18 kwietnia 2007 roku. Dzień wyboru polsko-ukraińskiej kandydatury, który tak zupełnie realnie stał się początkiem. Jakkolwiek śmiesznie to nie zabrzmi, od tamtego czasu zaczęłam zbierać pieniądze na bilet i wyjazd. Wakacyjna praca, urodziny, imieniny, święta - cieszyła się z takich okazji moja finansowa skarpeta. Ograniczenie spod znaku $$$ szybko przestało być problemem.
Wierzyłam, że się uda. Że zdążymy. Może przestawałam traktować EURO 2012 z takim entuzjazmem, jak na początku. Może mój chłodny ogląd sytuacji coraz częściej przysłaniał optymizm. Może rozumiałam braki i widziałam niedociągnięcia.
Ale nic nie mogło zepsuć mi radości i nadziei, kiedy 30 kwietnia 2011 roku zobaczyłam w swojej skrzynce mailowej temat wiadomości: "Twój wniosek na UEFA EURO 2012 został wylosowany". Ćwierćfinał 1A - 2B. Stadion Narodowy. 21 czerwca 2012 roku. Yes, yes, yes!
To dlatego tak bolała porażka z Czechami. Bo to mógł być nie tylko mój, ale całej Polski mecz. Wcześniej obiecałam nawet samej sobie, że kupię wszystkie gadżety, by utonąć w biało-czerwonym świecie i kibicowskim szaleństwie. A że pływam po warszawsku, to deklaracja była to nie byle jaka. Infantylizm porwał jednak do tańca piłkoszał, zrywając tym samym z całym pragmatyzmem. Tak chciałam odchudzić ten cholerny portfel. A tu tylko, dosłownie i w przenośni, Cesky Sen.
Marzenie, które nie wyśniło się do końca, miało trwać i bez polskich piłkarzy na płycie Stadionu Narodowego. Więcej o tym tutaj. A to jeszcze nie koniec wyprawy na mecz EURO 2012...
Mecz, który nie zmienił historii i był prawdopodobnie najmniej atrakcyjnym ćwierćfinałem polsko-ukraińskiego turnieju. Mecz jeden z 31 na tych mistrzostwach. I ja też tak zwyczajnie wyrwana z tłumu, który cokolwiek obejrzał na żywo. Ale, cholera, jak dobrze było być jego częścią!
czwartek, 28 czerwca 2012
Prestiż
Film, który polecę każdemu. Zachwalę, jak pani na targu świeżutkie pomidorki i ziemniaczki. Przekonujący od startu do mety, trzymający w napięciu, dający widzowi po głowie i po łapach. Magia bez Harry'ego Pottera, Gandalfa i dziecinnego hokus-pokus. Walka o swoje jestestwo, o pozycję, o tajemnicę, o prestiż, walka, która najpierw wydaje się nie mieć granic, a potem rozbija się o człowieczeństwo.
Nie żebym była jakimś tropicielem. Hejterem jakimś strasznym. Nieomylnością chodzącą, co to od alfy i omegi więcej ma w sobie wiedzy. Ot, po prostu zwykła ciekawość po wczorajszym półfinale EURO 2012 skierowała ma paluszki i oczęta na kilka najpopularniejszych newsowych stron w Polsce. Tak, żeby sobie sprawdzić, jakie tytuły wymyślili redaktorzy, jak oceniają, co piszą i komu na głowę wkładają wieniec bohatera spotkania. Czy użalić się raczą nad Cristiano Ronaldo za brak szansy w serii jedenastek. Czy choćby cichym westchnieniem pożegnają heroiczną walkę Portugalii, która jednym udowodniła, że na trzech defensywnych pomocników grać można całkiem skutecznie, ładnie i "do przodu", a drugim pokazała, jak należy działać, by taki efekt uzyskać bez piętna narodowej klęski.
I tak właśnie wyłapałam dwa pomeczowe "kwiatki", wyhodowane chyba na naturalnym nawozie pomeczowych emocji.
1. www.wyborcza.pl (błąd dość szybko poprawili)
2. www.tvn24.pl, "Poprzeczka nie wpuściła Portugalii do finału" (trzy gole Fabregasa wiszą w tekście do dzisiaj; gdyby nie napisali, jak wynika z kontekstu, o sytuacji przed wczorajszym meczem, można by uznać, że policzyli mu już wykorzystanego karnego; gdyby to nie było EURO 2012 można by uznać, że jakiś inny turniej mieli na myśli; a tak...)
Prestiż to czasem nie wszystko.
Nie żebym była jakimś tropicielem. Hejterem jakimś strasznym. Nieomylnością chodzącą, co to od alfy i omegi więcej ma w sobie wiedzy. Ot, po prostu zwykła ciekawość po wczorajszym półfinale EURO 2012 skierowała ma paluszki i oczęta na kilka najpopularniejszych newsowych stron w Polsce. Tak, żeby sobie sprawdzić, jakie tytuły wymyślili redaktorzy, jak oceniają, co piszą i komu na głowę wkładają wieniec bohatera spotkania. Czy użalić się raczą nad Cristiano Ronaldo za brak szansy w serii jedenastek. Czy choćby cichym westchnieniem pożegnają heroiczną walkę Portugalii, która jednym udowodniła, że na trzech defensywnych pomocników grać można całkiem skutecznie, ładnie i "do przodu", a drugim pokazała, jak należy działać, by taki efekt uzyskać bez piętna narodowej klęski.
I tak właśnie wyłapałam dwa pomeczowe "kwiatki", wyhodowane chyba na naturalnym nawozie pomeczowych emocji.
1. www.wyborcza.pl (błąd dość szybko poprawili)
2. www.tvn24.pl, "Poprzeczka nie wpuściła Portugalii do finału" (trzy gole Fabregasa wiszą w tekście do dzisiaj; gdyby nie napisali, jak wynika z kontekstu, o sytuacji przed wczorajszym meczem, można by uznać, że policzyli mu już wykorzystanego karnego; gdyby to nie było EURO 2012 można by uznać, że jakiś inny turniej mieli na myśli; a tak...)
Prestiż to czasem nie wszystko.
wtorek, 26 czerwca 2012
Bruce Wszechmogący
Czy można oglądać film kilka razy, nie lubiąc go? Można. "Bruce'a Wszechmogącego" widziałam nieraz, chociaż nawet przez myśl nie przeszło mi, że mogę zaliczyć go do moich ulubionych. Zwłaszcza, że występuje w nim Jim Carrey, które budzi we mnie uczucia wprawdzie od mordu dalekie, ale jednak niemające wiele wspólnego z sympatią. Jest jednak w tym obrazie coś tak ludzkiego, że fajnie obejrzeć go w zaciszu weekendowego domu/mieszkania, gdy refleksja "co by było, gdyby..." nie uwiera tak, jak zazwyczaj.
Do tej pory wszechomogący wydawali się Kuba Wojewódzki i Michał Figurski - kontrowersyjni prowadzący w radiu Eska "Poranny WF". Niestraszne im były procesy i zarzuty, oskarżenia i oburzenia. Oni jakby nawet trochę (bardzo?) się z tych medialnych burz i piorunów cieszyli. Brak świętości nosili przed sobą dumnie niczym tarcze, które pozwalały im żartować w sposób dla przeciętnego Polaka nie do zaakceptowania. Może oburzonym chodziło o przyzwoitość, a może o zazdrość - nie mam pojęcia i nie chcę dociekać. Niewątpliwie obaj panowie wprowadzali do polskiego, nieco czasem stęchłego światka dziennikarskiego dużo kolorytu, co wcale za pozytyw uznane z miejsca być nie musi i nie powinno.
Tak czy siak, miarka się przebrała po niewybrednych gwałto-żartach z Ukrainek. "Poranny WF" znika z anteny radia Eska, Michał Figurski traci konferansjerką fuchę przed półfinałem EURO 2012 w Warszawie, a Kuba Wojewódzki, jak nie on, snuje twarzo-książkowe wyjaśnienia link. Czy obaj panowie są świadomi tego, że teraz to przegięli, i to ostro? Że póki ich ironiczny śmiech wypełniał polskie piekiełko, można go było jakoś takoś obronić, ale gdy stał się międzynarodowy, i to podczas EURO, to chwieje pozytywnym wizerunkiem naszego kraju? Że tego żartu inteligencją już nie da się przykryć. Ba, mało tego, że właśnie z inteligencją to on jest mocno na bakier?
Przyznam szczerze, że tylko pobieżnie znając poglądy obu panów, nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać ze stawianych im oskarżeń o rasizm, nacjonalizm i ksenofobię. Zachowań w ich stylu nie pochwalałam, ale jednak przełamywały one pewne tabu w zupełnie niementorski, niemędrkowaty sposób. A ich odbiorcy są, właściwie należałoby powiedzieć: byli, specyficzni. Tacy w typie kumatych. Polska cała nie była jednak gotowa na taki ton. Wojewódzki i Figurski musieli więc być karani za antenowe wybryki. Krzewienie humanizmu, wolności i tolerancji, jakie proponowali, mocno się przy tym oczywiście promując, wymierzało policzek etyce tak dziennikarskiej, jak i ogólnoludzkiej. Typowy pat, który zarówno oni, jak i ich stacja, dzielnie znosili. Do czasu.
Szkoda, że inteligentni ludzie sami sobie zepsuli hamulce. A może po prostu zapomnieli, jak się ich używa. Czyżby poczucie gwiazdorstwa i pogoń za skandalem rozpuściły ich poglądy? Ale nie wykluczam przy tym, że to ja dałam się nabrać i po prostu chciałam widzieć w ich kontrowersyjnych tekstach drugie dno.
Bo sami Wojewódzki i Figurski pojawią się gdzieś na pewno. Nie mam wątpliwości, że znów zaskoczą.
Do tej pory wszechomogący wydawali się Kuba Wojewódzki i Michał Figurski - kontrowersyjni prowadzący w radiu Eska "Poranny WF". Niestraszne im były procesy i zarzuty, oskarżenia i oburzenia. Oni jakby nawet trochę (bardzo?) się z tych medialnych burz i piorunów cieszyli. Brak świętości nosili przed sobą dumnie niczym tarcze, które pozwalały im żartować w sposób dla przeciętnego Polaka nie do zaakceptowania. Może oburzonym chodziło o przyzwoitość, a może o zazdrość - nie mam pojęcia i nie chcę dociekać. Niewątpliwie obaj panowie wprowadzali do polskiego, nieco czasem stęchłego światka dziennikarskiego dużo kolorytu, co wcale za pozytyw uznane z miejsca być nie musi i nie powinno.
Tak czy siak, miarka się przebrała po niewybrednych gwałto-żartach z Ukrainek. "Poranny WF" znika z anteny radia Eska, Michał Figurski traci konferansjerką fuchę przed półfinałem EURO 2012 w Warszawie, a Kuba Wojewódzki, jak nie on, snuje twarzo-książkowe wyjaśnienia link. Czy obaj panowie są świadomi tego, że teraz to przegięli, i to ostro? Że póki ich ironiczny śmiech wypełniał polskie piekiełko, można go było jakoś takoś obronić, ale gdy stał się międzynarodowy, i to podczas EURO, to chwieje pozytywnym wizerunkiem naszego kraju? Że tego żartu inteligencją już nie da się przykryć. Ba, mało tego, że właśnie z inteligencją to on jest mocno na bakier?
Przyznam szczerze, że tylko pobieżnie znając poglądy obu panów, nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać ze stawianych im oskarżeń o rasizm, nacjonalizm i ksenofobię. Zachowań w ich stylu nie pochwalałam, ale jednak przełamywały one pewne tabu w zupełnie niementorski, niemędrkowaty sposób. A ich odbiorcy są, właściwie należałoby powiedzieć: byli, specyficzni. Tacy w typie kumatych. Polska cała nie była jednak gotowa na taki ton. Wojewódzki i Figurski musieli więc być karani za antenowe wybryki. Krzewienie humanizmu, wolności i tolerancji, jakie proponowali, mocno się przy tym oczywiście promując, wymierzało policzek etyce tak dziennikarskiej, jak i ogólnoludzkiej. Typowy pat, który zarówno oni, jak i ich stacja, dzielnie znosili. Do czasu.
Szkoda, że inteligentni ludzie sami sobie zepsuli hamulce. A może po prostu zapomnieli, jak się ich używa. Czyżby poczucie gwiazdorstwa i pogoń za skandalem rozpuściły ich poglądy? Ale nie wykluczam przy tym, że to ja dałam się nabrać i po prostu chciałam widzieć w ich kontrowersyjnych tekstach drugie dno.
Bo sami Wojewódzki i Figurski pojawią się gdzieś na pewno. Nie mam wątpliwości, że znów zaskoczą.
sobota, 16 czerwca 2012
Życie za życie
Może trochę zbyt amerykańsko i holywoodzko. Może za dużo patosu i polityki. Sztucznych ponoć łez Kate Winslet i zbolałych min Kevina Spacey'ego. W opowieści o tym, co ratować: życie czy ideę nie ma miejsca na kompromisy. Jest za to dużo dylematów, znaków zapytania i podszytego tajemnicą człowieczeństwa.
Tak jak dzisiaj. Dzisiaj jest dzień, o którym nie mogę nie napisać. Może przejdzie do historii na zawsze z czerwoną kartą w futbolowym kalendarzu, zepchnie w czeluście przeszłości Wembley, mecz na wodzie i hiszpańską corridę.
W sumie to się cieszę, że w ostatnich dniach medialne zamieszanie wokół meczu z Czechami skupiło się na obsadzie polskiej bramki i kontuzjach trzech naszych piłkarzy. Gdy do tego doszła wojenka internautów z TVP o filmik zagrzewający biało-czerwonych do walki "Mecz o wszystko Polska - Czechy", poczułam się niemal spokojna. Bo stawka mimo wszystko gdzieś wnika. Oczekiwania i presja chowają się za troską. I ogromną polską flagą, w której ma dzisiaj utonąć stadion we Wrocławiu.
Ja mogę utonąć nawet w deszczu - za oknem zaczyna grzmieć. Byle tylko w tej ulewie było miejsce na łzy radości i kapek kilka pewnych szczególnych napojów.
Polska, biało-czerwoni!!!
PS Serialowa kartka z kalendarza. 16 czerwca 1997 roku wyemitowano pierwszy odcinek serialu "Klan".
PS 2 Społeczna kartka z kalendarza. 16 czerwca 1992 roku w Warszawie otwarto pierwszą w Polsce restaurację McDonald's (tak przeczytałam w autobusie, bo Wikipedia mówi, że to było dzień później).
Tak jak dzisiaj. Dzisiaj jest dzień, o którym nie mogę nie napisać. Może przejdzie do historii na zawsze z czerwoną kartą w futbolowym kalendarzu, zepchnie w czeluście przeszłości Wembley, mecz na wodzie i hiszpańską corridę.
W sumie to się cieszę, że w ostatnich dniach medialne zamieszanie wokół meczu z Czechami skupiło się na obsadzie polskiej bramki i kontuzjach trzech naszych piłkarzy. Gdy do tego doszła wojenka internautów z TVP o filmik zagrzewający biało-czerwonych do walki "Mecz o wszystko Polska - Czechy", poczułam się niemal spokojna. Bo stawka mimo wszystko gdzieś wnika. Oczekiwania i presja chowają się za troską. I ogromną polską flagą, w której ma dzisiaj utonąć stadion we Wrocławiu.
Ja mogę utonąć nawet w deszczu - za oknem zaczyna grzmieć. Byle tylko w tej ulewie było miejsce na łzy radości i kapek kilka pewnych szczególnych napojów.
Polska, biało-czerwoni!!!
PS Serialowa kartka z kalendarza. 16 czerwca 1997 roku wyemitowano pierwszy odcinek serialu "Klan".
PS 2 Społeczna kartka z kalendarza. 16 czerwca 1992 roku w Warszawie otwarto pierwszą w Polsce restaurację McDonald's (tak przeczytałam w autobusie, bo Wikipedia mówi, że to było dzień później).
środa, 13 czerwca 2012
Baby są jakieś inne
Zamknięci w hali wypełnionej zielenią, by stworzyć polskie kino drogi. Akcji tam nie ma. Żadne byki czy bawoły przed maskę nie wybiegają, nie widać nawet polskich żubrów. Tylko Więckiewicz i Woronowicz w samochodowej podróży do męskiej świadomości, ukrytej pod płaszczykiem mizoginii i wyrażonej w składni Koterskiego. Można zasnąć z braku dynamizmu lub popłakać się od nadmiaru inteligentnej narracji - co kto woli.
Ale baby jakieś inne są. Nie ukrywam, że trochę mi z tego powodu żałość skręca wnętrzności. A Euro 2012 jest znakomitą okazją, by wykończyć te moje flaki totalnie i bez wyrzutów sumienia.
Najpierw widzę celebrytki, które deklarują doping dla piłkarzy i którym jak ślepej kurze ziarno trafia się bilet na mecz Polaków. Taka tam okazja do skromnego lansiku. Bo w końcu chyba dobrze na stadionach się pokazać, jak się zaproszenie dostaje. A jak się takiego szczęścia nie ma, to można poopowiadać o swoich planach na Euro 2012. I żadna z tych celebrytek się oczywiście z antyfutbolowego stereotypu nie wyłamie. Na drugie danie zewsząd zalewają porady dla takich właśnie pań. Że kosmetyczka, że fryzjer, że zakupy. I nawet że przyjaciółka, kawka, ploteczki ujdą jak bum cyk cyk.
Ale finał i tak jest najlepszy. Pozwolę sobie przytoczyć rozmowę, którą osobiście dzisiaj odbyłam ze znaną mi przedstawicielką płci pięknej.
- A to dzisiaj jakiś mecz jest? - pyta owa dziewoja.
- Tak, nawet dwa - odpowiadam.
- Ale to Euro? - pyta ponownie ze zdziwieniem, jakby chciała mi wyjaśnić, że przecież nie chodzi jej o jakiś tam pierwszy lepszy mecz.
- Tak, teraz mecze są codziennie - wyjaśniam.
- Ale to Polska gra? - pyta po raz trzeci.
- Nie - mówię.
- A to kiedy teraz Polska gra? - pada czwarte pytanie.
- W sobotę - informuję.
No tak to, tak. Na piłce nożnej kobieta znać się nie musi. Sama się zresztą tylko orientuję. Ale jak dla mnie powyższa scenka rodzajowa nie jest wcale ignorancją sportową czy piłkarską. To jest ignorancja społeczna i ogólnoludzka. W dobie wszechobecnych mediów i docierających z każdej niemal strony, wwiercających się w mózg informacji o Euro, zwyczajnie mnie zaskoczyła. Zwłaszcza, że panie pokazują, jak potrafi je ogarnąć prawdziwy piłkoszał. Taki niemający nic wspólnego z Cristiano Ronaldo czy kimś do niego zupełnie niepodobnym.
Ale baby jakieś inne są. Nie ukrywam, że trochę mi z tego powodu żałość skręca wnętrzności. A Euro 2012 jest znakomitą okazją, by wykończyć te moje flaki totalnie i bez wyrzutów sumienia.
Najpierw widzę celebrytki, które deklarują doping dla piłkarzy i którym jak ślepej kurze ziarno trafia się bilet na mecz Polaków. Taka tam okazja do skromnego lansiku. Bo w końcu chyba dobrze na stadionach się pokazać, jak się zaproszenie dostaje. A jak się takiego szczęścia nie ma, to można poopowiadać o swoich planach na Euro 2012. I żadna z tych celebrytek się oczywiście z antyfutbolowego stereotypu nie wyłamie. Na drugie danie zewsząd zalewają porady dla takich właśnie pań. Że kosmetyczka, że fryzjer, że zakupy. I nawet że przyjaciółka, kawka, ploteczki ujdą jak bum cyk cyk.
Ale finał i tak jest najlepszy. Pozwolę sobie przytoczyć rozmowę, którą osobiście dzisiaj odbyłam ze znaną mi przedstawicielką płci pięknej.
- A to dzisiaj jakiś mecz jest? - pyta owa dziewoja.
- Tak, nawet dwa - odpowiadam.
- Ale to Euro? - pyta ponownie ze zdziwieniem, jakby chciała mi wyjaśnić, że przecież nie chodzi jej o jakiś tam pierwszy lepszy mecz.
- Tak, teraz mecze są codziennie - wyjaśniam.
- Ale to Polska gra? - pyta po raz trzeci.
- Nie - mówię.
- A to kiedy teraz Polska gra? - pada czwarte pytanie.
- W sobotę - informuję.
No tak to, tak. Na piłce nożnej kobieta znać się nie musi. Sama się zresztą tylko orientuję. Ale jak dla mnie powyższa scenka rodzajowa nie jest wcale ignorancją sportową czy piłkarską. To jest ignorancja społeczna i ogólnoludzka. W dobie wszechobecnych mediów i docierających z każdej niemal strony, wwiercających się w mózg informacji o Euro, zwyczajnie mnie zaskoczyła. Zwłaszcza, że panie pokazują, jak potrafi je ogarnąć prawdziwy piłkoszał. Taki niemający nic wspólnego z Cristiano Ronaldo czy kimś do niego zupełnie niepodobnym.
poniedziałek, 11 czerwca 2012
Gol!
Wiem, że to takie banalne, takie przyziemne, takie boleśnie mainstreamowe. Dotyczy to tak samego filmu, jak i mojego wyboru. Przepraszam więc, że losy Santiago Muneza pasują mi do atmosfery Euro, w której rodzą się herosi i zmartwychwstają bogowie.
Wszystko to w klimacie dwóch goli Andrija Szewczenki. Takich iście filmowych. Bo takie rzeczy się nie zdarzają w wypełnionym brutalną codziennością życiu. Żeby po kontuzji, u schyłku kariery, w swoim kraju i w mieście, które dało tyle wzruszeń, zbliżać rodaków do piłkarskiego raju. Niby takie nic. Taka tam piłka nożna. Ale serce mi wariuje, a oczy się pocą na myśl, jak cieszą się teraz ludzie w Kijowie i na całej Ukrainie. I jakkolwiek okrutnie to nie zabrzmi, raczej w radości tej nie będzie myśli o zachodnim bojkocie Euro, łamaniu praw człowieka i więzionej Julii Tymoszenko. Sukces spycha na drugi plan problemy, formatuje świadomość. Nawet, jeśli dotyczy sprawy tak prymitywnej, jak kopanie piłki.
Dzisiaj zazdroszczę Ukraińcom tego prymitywizmu. Tego, że mogą się z niego tak głęboko, prawdziwie, po ludzku ucieszyć. Że mają pełne prawo zwariować zamiast robienia dobrej miny do złej gry.
I wielki jest Szewa! Polska łza się aż w oku zakręciła... Król nie umarł. I nagi też wcale nie jest.
Wszystko to w klimacie dwóch goli Andrija Szewczenki. Takich iście filmowych. Bo takie rzeczy się nie zdarzają w wypełnionym brutalną codziennością życiu. Żeby po kontuzji, u schyłku kariery, w swoim kraju i w mieście, które dało tyle wzruszeń, zbliżać rodaków do piłkarskiego raju. Niby takie nic. Taka tam piłka nożna. Ale serce mi wariuje, a oczy się pocą na myśl, jak cieszą się teraz ludzie w Kijowie i na całej Ukrainie. I jakkolwiek okrutnie to nie zabrzmi, raczej w radości tej nie będzie myśli o zachodnim bojkocie Euro, łamaniu praw człowieka i więzionej Julii Tymoszenko. Sukces spycha na drugi plan problemy, formatuje świadomość. Nawet, jeśli dotyczy sprawy tak prymitywnej, jak kopanie piłki.
Dzisiaj zazdroszczę Ukraińcom tego prymitywizmu. Tego, że mogą się z niego tak głęboko, prawdziwie, po ludzku ucieszyć. Że mają pełne prawo zwariować zamiast robienia dobrej miny do złej gry.
I wielki jest Szewa! Polska łza się aż w oku zakręciła... Król nie umarł. I nagi też wcale nie jest.
czwartek, 7 czerwca 2012
Dzień świra
Dokładnie 10 lat temu pojawił się na horyzoncie polskiej kinematografii. Skradł serca, umysły i języki. Wszystko uczynił mojszym lub nawet najmojszym. Z gówna (psiego) ukręcił bicz. I to niejeden. Długo urok ten docierał do mnie w odcinkach, częściowo. Aż wreszcie gruchnął całą swoją świrowatością. W każdej kropelce. Starannie odliczonej i rytualnej. Klasyk. Miauczyńskiego, Koterskiego, Kondrata.
I na ojców sukcesu czekam jutro. Wraz z Polską. Może nie całą, ale dużą jej częścią. W wigilię. Święto takie rodzinne, a wcale nie bożonarodzeniowe. Choć na bogów czas rzeczywiście przyjdzie jutro. Serce zabije za 24 godziny mocniej. Huknie "Mazurkiem Dąbrowskiego", który może nawet zafałszuję.
Cieszę się! Jakże ja się cieszę! A Euromalkontenci są dla mnie sprytną zagrywką sił politycznych lub ogólnoludzkich, które gotowe są zrobić wiele, byle wyszło na ich. To zacieranie rąk, czekanie na błąd, palenie się w blokach do krytyki jest przykre dla milionów Polaków. Zwłaszcza dla tych 23 facetów, którzy bywają wszakże biegaczo-kopaczami, ale mogą się stać ikonami polskiego sportu. A my wszyscy (z wyjątkami tylko na życzenie), szarzy i zwykli, z Adasiową najniższą krajową dotkniemy wtedy bram społecznego eldorado.
I na ojców sukcesu czekam jutro. Wraz z Polską. Może nie całą, ale dużą jej częścią. W wigilię. Święto takie rodzinne, a wcale nie bożonarodzeniowe. Choć na bogów czas rzeczywiście przyjdzie jutro. Serce zabije za 24 godziny mocniej. Huknie "Mazurkiem Dąbrowskiego", który może nawet zafałszuję.
Cieszę się! Jakże ja się cieszę! A Euromalkontenci są dla mnie sprytną zagrywką sił politycznych lub ogólnoludzkich, które gotowe są zrobić wiele, byle wyszło na ich. To zacieranie rąk, czekanie na błąd, palenie się w blokach do krytyki jest przykre dla milionów Polaków. Zwłaszcza dla tych 23 facetów, którzy bywają wszakże biegaczo-kopaczami, ale mogą się stać ikonami polskiego sportu. A my wszyscy (z wyjątkami tylko na życzenie), szarzy i zwykli, z Adasiową najniższą krajową dotkniemy wtedy bram społecznego eldorado.
sobota, 12 maja 2012
Nad życie
Często mówisz: "Kocham Cię nad życie", "Lubię to robić nad życie"... A można też po prostu nad życie żyć. Wiem, że to takie wzniosłe, górnolotne, ociekające patosem. A ja łapię się raz za razem na tym, jak mi to coraz bardziej wadzi. Dlatego tak trudno mi jakoś się odnieść do filmu o Agacie Mróz-Olszewskiej, siatkarce, która najpierw chciała urodzić dziecko, a dopiero potem poddała się przeszczepowi szpiku kostnego. Która nie umarła jednak wcale na białaczkę, a na sepsę. Której mąż nie chciał przyjąć przyznanego jej pośmiertnie Krzyża Kawalerskiego Orderu Odrodzenia Polski.
Filmu jeszcze nie widziałam. Znam go tylko z zapowiedzi i komentarzy. I nie wiem, co z tym fantem zrobić. Bo nawet unikając taniego sentymentalizmu, może właśnie go potęgować. Tworzyć mit heroiny, a nie kobiety, która walczyła na siatkarskim boisku i wysoko wystawiała ręce także ponad prywatną siatkę choroby. Czy trzeba wystawiać ludziom pomniki za miłość, spłycając ją przy tym już na samym starcie?
Z podobnie mieszanymi uczuciami, wklejam to:
Teksty moje, ale zabić nie powinny nikogo.
Filmu jeszcze nie widziałam. Znam go tylko z zapowiedzi i komentarzy. I nie wiem, co z tym fantem zrobić. Bo nawet unikając taniego sentymentalizmu, może właśnie go potęgować. Tworzyć mit heroiny, a nie kobiety, która walczyła na siatkarskim boisku i wysoko wystawiała ręce także ponad prywatną siatkę choroby. Czy trzeba wystawiać ludziom pomniki za miłość, spłycając ją przy tym już na samym starcie?
Z podobnie mieszanymi uczuciami, wklejam to:
Teksty moje, ale zabić nie powinny nikogo.
środa, 11 kwietnia 2012
Mamuśka
Zero wzniosłego kina. Chociaż może? Jak dla kogo. Macierzyństwo Susan Sarandon na pierwszym planie, w tle i nawet w szerokim uśmiechu Julii Roberts (co to podobno gorsza jest od Małgorzaty Foremniak aktorsko, ale lepsza marketingowo). Wszystko w hollywoodzkim sosie, który trąci, jak to bywa, cukierkowym smaczkiem.
Ale my gorsi od Hollywoodu nie jesteśmy wcale. Też mamy swoją mamuśkę. I to od ponad dwóch miesięcy, a sprawa jest rozwojowa. I nie, chociaż mięsożerna, to ludożercą nie jestem: nie zamierzam karmić się tragedią, która w istocie już od dawna nią nie jest. Przynajmniej nie w moim rozumieniu tragedii. Tak zwyczajnie i po ludzku gratuluję po prostu scenarzyście/scenarzystom widowiska. Sztuka to wielka tworzyć taką fabułą, mając do dyspozycji tak skromną obsadę aktorską. Wciąż ci sami bohaterowie, a tyle interesujących wątków. Zwroty akcji. Emocje. Ach... Naprawdę lepsza to historia niż te odgrzewane smoleńskie kotlety. Nie mam tu na myśli ofiar katastrofy ani ich rodzin. Obrazić nikogo nie chcę. Szydzić wcale nie mam ochoty. Trwający od prawie dwóch lat spektakl raczej polityczny niż ogólnoludzki odbieram po prostu jako nieudolny. W zestawieniu ze sprawą z Sosnowca wygląda zaś już szczególnie żałośnie. Bo wciąż te same wątki, które nie nużą chyba wyłącznie głównych aktorów przedstawienia. Do znudzenia powtarzających swoje kwestie. Grających jedną, wcale nieoscarową miną, źle napisane role.
Dumni więc być chyba powinniśmy ze scenariusza rodzinnej tragedii, której nie łyknęłaby antyczna zasada decorum, ale którą połykamy my. Chociaż łykowata. Dumni, dumni. Bo do tego wszystkiego to nie jest żaden zagraniczny format (przynajmniej nic mi na ten temat nie wiadomo), przerobiony mniej lub bardziej zręcznie. Ale nasza, polska, rodzima produkcja! Szkoda tylko, że na razie Galla Anonima. Bo jakby autor się ujawnił, to mógłby pisać więcej. Tak, żeby uchronić polski przemysł filmowy przed kolejną skacowaną Warszawą.
Ale my gorsi od Hollywoodu nie jesteśmy wcale. Też mamy swoją mamuśkę. I to od ponad dwóch miesięcy, a sprawa jest rozwojowa. I nie, chociaż mięsożerna, to ludożercą nie jestem: nie zamierzam karmić się tragedią, która w istocie już od dawna nią nie jest. Przynajmniej nie w moim rozumieniu tragedii. Tak zwyczajnie i po ludzku gratuluję po prostu scenarzyście/scenarzystom widowiska. Sztuka to wielka tworzyć taką fabułą, mając do dyspozycji tak skromną obsadę aktorską. Wciąż ci sami bohaterowie, a tyle interesujących wątków. Zwroty akcji. Emocje. Ach... Naprawdę lepsza to historia niż te odgrzewane smoleńskie kotlety. Nie mam tu na myśli ofiar katastrofy ani ich rodzin. Obrazić nikogo nie chcę. Szydzić wcale nie mam ochoty. Trwający od prawie dwóch lat spektakl raczej polityczny niż ogólnoludzki odbieram po prostu jako nieudolny. W zestawieniu ze sprawą z Sosnowca wygląda zaś już szczególnie żałośnie. Bo wciąż te same wątki, które nie nużą chyba wyłącznie głównych aktorów przedstawienia. Do znudzenia powtarzających swoje kwestie. Grających jedną, wcale nieoscarową miną, źle napisane role.
Dumni więc być chyba powinniśmy ze scenariusza rodzinnej tragedii, której nie łyknęłaby antyczna zasada decorum, ale którą połykamy my. Chociaż łykowata. Dumni, dumni. Bo do tego wszystkiego to nie jest żaden zagraniczny format (przynajmniej nic mi na ten temat nie wiadomo), przerobiony mniej lub bardziej zręcznie. Ale nasza, polska, rodzima produkcja! Szkoda tylko, że na razie Galla Anonima. Bo jakby autor się ujawnił, to mógłby pisać więcej. Tak, żeby uchronić polski przemysł filmowy przed kolejną skacowaną Warszawą.
środa, 29 lutego 2012
W ciemności
Przepraszam, ale nie widziałam. Chociaż chciałabym. Zwłaszcza dla Więckiewicza, który nie dość, że jest dobrym aktorem, wydaje się fajnym człowiekiem, to jeszcze cudownie odnalazł się w tych krótkich wstawkach na czerwonym dywanie.
A tak w ogóle to poczułam niepohamowaną żądzę, by coś napisać, bo dzisiaj 29 lutego. Następna taka okazja za 4 lata. No, a że w tym roku przyjdzie koniec świata, to i tak nie będzie mi dane. Zresztą, nawet i bez tego, nie mam pewności, czy by mi było.
Jestem więc w tym przestępnym obiegu. I to wcale nie ze względu na jego związki z przestępczością - wszak nasi piłkarze grają dzisiaj z Portugalią, i to na Stadionie Narodowym. Jak będzie łączność, to może i światło nie zgaśnie. Chyba, że CR7 będzie biegł tak szybko, że naszym wyłączy prąd i zrobi im się ciemno przed oczami. Nie wiem, który wstyd byłby większy. Dlatego potrzeba bohatera na miarę Ebiego z Chorzowa, tak by przysypać cukrem sól spożywczą tylko z nazwy, pozostawić na boku sprawy premii, zastąpić brak Oscara (a może Roberta?). I oczywiście otrzeć łzy po Ryśku z "Klanu".
A tak w ogóle to poczułam niepohamowaną żądzę, by coś napisać, bo dzisiaj 29 lutego. Następna taka okazja za 4 lata. No, a że w tym roku przyjdzie koniec świata, to i tak nie będzie mi dane. Zresztą, nawet i bez tego, nie mam pewności, czy by mi było.
Jestem więc w tym przestępnym obiegu. I to wcale nie ze względu na jego związki z przestępczością - wszak nasi piłkarze grają dzisiaj z Portugalią, i to na Stadionie Narodowym. Jak będzie łączność, to może i światło nie zgaśnie. Chyba, że CR7 będzie biegł tak szybko, że naszym wyłączy prąd i zrobi im się ciemno przed oczami. Nie wiem, który wstyd byłby większy. Dlatego potrzeba bohatera na miarę Ebiego z Chorzowa, tak by przysypać cukrem sól spożywczą tylko z nazwy, pozostawić na boku sprawy premii, zastąpić brak Oscara (a może Roberta?). I oczywiście otrzeć łzy po Ryśku z "Klanu".
poniedziałek, 13 lutego 2012
Bodyguard
To będzie najbardziej oklepana notka świata. Tytuł mówi wszystko. Tylko co z tego, że ten boleśnie pensjonarski w swej wymowie film o ochroniarzu gwiazdy dostał górę nominacji do "Złotych Malin", w tym tak zatykająco śmieszną jak "Najgorszy debiut: bardzo krótko ostrzyżone włosy Kevina Costnera", skoro jutro niejeden ludek na świecie odtworzy go po raz -ęty z taśmy czy płyty? I wzdychać będzie za uroczym i kochanym Kevinem C. I myśleć będzie, czemu takiego właśnie ochroniarza nie było przy Whitney Houston. I słuchać będzie piosenki, która i tak królowałaby w serduszkowym szaleństwie 14 lutego, a po sobotnich wydarzeniach królować będzie tym okazalej i szlachetniej.
Nie, wcale nie będzie ckliwie. Bez żadnego "I will always love you" - gdzieś kiedyś pożyczonego i przerobionego na hit. O Szymborskiej to nie napisałam ani słowa. A o Houston napisałam już kilkadziesiąt. Jestem więc w tej relacji gorsza chyba nawet od pudelka. Ani to jednak wyraz żadnych sympatii, ani antypatii. Po prostu kolejny raz ze światem żegna się ktoś, kto osiągnął międzynarodowy sukces, a nie potrafił poradzić sobie ze sobą. Ktoś, kto "chorował" na siebie na oczach milionów, a komu nikt w tej chorobie nie ulżył. I znów sypią się piękne wspomnienia, wzniosłe wyznania, deklaracje, oceny, kwiaty i łzy. Bo nawet przerypany występ na festiwalu w Sopocie można dzisiaj wypolerować. Choć wcześniej zawsze był szczytem gwiazdorstwa i synonimem artystycznej porażki. I aż ciekawość mi się uaktywnia na myśl, co po mojej śmierci powiedzą ci, którzy mnie nie lubili. Jakieś "o zmarłych się źle nie mówi" czy raczej "I will always love you"? Wróć, pośmiertny nagrobek z wielu miłości jest dla pięknych, sławnych i bogatych. Nad zwykłym człowiekiem można się najwyżej ulitować. Ale i tak wiem. "Być nikim to w gruncie rzeczy przywilej".
No, ale dobry ochroniarz też się przyda.
Nie, wcale nie będzie ckliwie. Bez żadnego "I will always love you" - gdzieś kiedyś pożyczonego i przerobionego na hit. O Szymborskiej to nie napisałam ani słowa. A o Houston napisałam już kilkadziesiąt. Jestem więc w tej relacji gorsza chyba nawet od pudelka. Ani to jednak wyraz żadnych sympatii, ani antypatii. Po prostu kolejny raz ze światem żegna się ktoś, kto osiągnął międzynarodowy sukces, a nie potrafił poradzić sobie ze sobą. Ktoś, kto "chorował" na siebie na oczach milionów, a komu nikt w tej chorobie nie ulżył. I znów sypią się piękne wspomnienia, wzniosłe wyznania, deklaracje, oceny, kwiaty i łzy. Bo nawet przerypany występ na festiwalu w Sopocie można dzisiaj wypolerować. Choć wcześniej zawsze był szczytem gwiazdorstwa i synonimem artystycznej porażki. I aż ciekawość mi się uaktywnia na myśl, co po mojej śmierci powiedzą ci, którzy mnie nie lubili. Jakieś "o zmarłych się źle nie mówi" czy raczej "I will always love you"? Wróć, pośmiertny nagrobek z wielu miłości jest dla pięknych, sławnych i bogatych. Nad zwykłym człowiekiem można się najwyżej ulitować. Ale i tak wiem. "Być nikim to w gruncie rzeczy przywilej".
No, ale dobry ochroniarz też się przyda.
sobota, 28 stycznia 2012
Rozmowy kontrolowane
Z góry uprzedzam: nie jestem fanką filmów z PRL-owym kontekstem. Za krótko żyję i za mało uczyłam się historii. Ale nie mogę równocześnie powiedzieć, że nie lubię takiego klimatu. Po prostu patrzę (lub, jak wolą niektórzy, pacze). Bez wspomnień, których nie mam. I bez żalu, którego nie czuję, bo też czuć go nie mam prawa.
Ale mam prawo widzieć w tej szaleńczej, goniącej ACTA rzeczywistości, echa tamtych czasów. Poskładać gdzieś z okruchów własnej mizernej wiedzy i opowieści tych, którzy tamten świat przeżyli, swoje wyobrażenia. Przefiltrować przez siebie i zobaczyć, jak śmieje się historia.
A temat prozaiczny. Dla mnie jednak jakiś taki nie do pogodzenia. Bo gdy nowoczesny, współczesny sklep przypomina ten znany mi tylko z filmów i kronik filmowych PRL-u, to dzieje się według mnie źle. I jestem w tym nowoczesnym, współczesnym sklepie, i humor mój staje się kwaśny jak ocet, który łączy dwa światy i dwa czasy. Nie potrafię przyjąć, że normalnością jest obsługa sklepowa fukająca na klientów li tylko za to, że nie mają drobnych. Mająca do nich pretensje za banknot o dużym nominale. I swoją bilonową pustkę w kasie. To co, to może zostawić zakupy i wyjść? Niech sobie pani kasuje paragon i nie ma problemu? Jakby ten klient kupujący chleb za 2,19 zł miał jakąś szczególną przyjemność z utrudniania życia Wielkiej w Swej Łaskawości i Uprzejmości Pani Sklepowej. I te spojrzenia, westchnienia te - zniosłabym. Gdyby nie komentarze po wyjściu nieszczęsnego klienta. Bo jedna pani kasjerka musi drugiej pani kasjerce od razu swój żal opowiedzieć. A że ogonek ludzi czeka i tu, i tam? A kto zajmowałby się tym w ogóle? Grunt, że człowiek niepoważny za chleb płaci stówą. Profesjonalizm pierwsza klasa. Mistrzowska.
Niech będzie, że jestem inna. Że małomiasteczkowa. Że prowincjonalna. Że czepialska. A i owszem - jestem. Bo zwyczajnie nie kupuję w dobie pełnych półek i coraz bardziej pustawych kieszeni, pięknych budynków i układanych według klucza towarów, takiej nieprzystawalności obsługi. Pewnie w mojej "łupince" właściciela czy kierownika sklepu po takich zachowaniach personelu bolałyby już od słuchania uszy. Cóż, tutaj widocznie tak nie jest.
PS Aha, a ja za swoje zakupy zapłaciłam kartą. 7,19 zł. Pani nie musiała biegać za resztą.
Ale mam prawo widzieć w tej szaleńczej, goniącej ACTA rzeczywistości, echa tamtych czasów. Poskładać gdzieś z okruchów własnej mizernej wiedzy i opowieści tych, którzy tamten świat przeżyli, swoje wyobrażenia. Przefiltrować przez siebie i zobaczyć, jak śmieje się historia.
A temat prozaiczny. Dla mnie jednak jakiś taki nie do pogodzenia. Bo gdy nowoczesny, współczesny sklep przypomina ten znany mi tylko z filmów i kronik filmowych PRL-u, to dzieje się według mnie źle. I jestem w tym nowoczesnym, współczesnym sklepie, i humor mój staje się kwaśny jak ocet, który łączy dwa światy i dwa czasy. Nie potrafię przyjąć, że normalnością jest obsługa sklepowa fukająca na klientów li tylko za to, że nie mają drobnych. Mająca do nich pretensje za banknot o dużym nominale. I swoją bilonową pustkę w kasie. To co, to może zostawić zakupy i wyjść? Niech sobie pani kasuje paragon i nie ma problemu? Jakby ten klient kupujący chleb za 2,19 zł miał jakąś szczególną przyjemność z utrudniania życia Wielkiej w Swej Łaskawości i Uprzejmości Pani Sklepowej. I te spojrzenia, westchnienia te - zniosłabym. Gdyby nie komentarze po wyjściu nieszczęsnego klienta. Bo jedna pani kasjerka musi drugiej pani kasjerce od razu swój żal opowiedzieć. A że ogonek ludzi czeka i tu, i tam? A kto zajmowałby się tym w ogóle? Grunt, że człowiek niepoważny za chleb płaci stówą. Profesjonalizm pierwsza klasa. Mistrzowska.
Niech będzie, że jestem inna. Że małomiasteczkowa. Że prowincjonalna. Że czepialska. A i owszem - jestem. Bo zwyczajnie nie kupuję w dobie pełnych półek i coraz bardziej pustawych kieszeni, pięknych budynków i układanych według klucza towarów, takiej nieprzystawalności obsługi. Pewnie w mojej "łupince" właściciela czy kierownika sklepu po takich zachowaniach personelu bolałyby już od słuchania uszy. Cóż, tutaj widocznie tak nie jest.
PS Aha, a ja za swoje zakupy zapłaciłam kartą. 7,19 zł. Pani nie musiała biegać za resztą.
poniedziałek, 19 grudnia 2011
Pora umierać
Nieziemska rola Danuty Szaflarskiej. Jedna, drobna, posunięta już w latach kobieta zrobiła cały film. Który wygląda zresztą prawie jak dokument czy nawet reportaż. Tylko, jak zawsze w polskim kinie, dźwięk nagrywali chyba w jakimś rowie oceanicznym. Cicho i niewyraźnie.
A tu przed świętami głośno wcale nie o świątecznych zakupach, promocjach, wędlinach bez mięsa, cukrze bez słodyczy, Mikołaju bez sań czy nawet karpiu bez wody. Gdy jedna śmierć nie zdąży jeszcze wybrzmieć marszem żałobnym, pojawia się wieść o kolejnej. W grudniu można się więc poczuć trochę jak w listopadzie. Względnie jak w kwietniu, pod warunkiem, że umrze Papież Polak lub zdarzy się katastrofa smoleńska.
Bo trup nakręca niesamowicie. Można pisać setki artykułów. Zrobić dziesiątki wywiadów. Nakręcić kilka filmów wspomnieniowych. I napisać ze dwa dobre reportaże. I w publicystycznych programach wcale już nie trzeba gadać o wystąpieniu ministra Sikorskiego w Niemczech ani unii fiskalnej, którą zgotował nam premier Tusk na szczycie w Brukseli. Nawet krzyż, co go chciał zdejmować z sali posiedzeń Sejmu prezes Palikot gdzieś się rozpłynął. I utarczki pisowsko - solidarne jakby nagle ustały. Czy to oznacza, że wszystkie te sprawy przestają być ważne? Nie. Po prostu pojawiają się nowsze i ciekawsze. A jeśli trup nie wyłazi z niewłaściwej szafy, to jest tematem wdzięcznym i dla większości wygodnym. A jak się dobrze ułoży, będzie się ścielił gęsto i różnorodnie, to środowisk można do komentowania zaangażować, że ho ho. Muzyk powspomina Cesarię Evorę, polityk poubolewa nad śmiercią Vaclava Havla, a politolo-socjolog wypowie się w sprawie Kim Dzong Ila.
Fajnie, zgrabnie i powabnie. My w Polsce tak lubimy: Wszystko nie o nas - z nami. Na zdrowie. Tak, że nikomu nawet news o trupie (co z tego, że - jakby na to nie patrzeć - obcym) ością w gardle nie stanie.
Ale jakby tak jeszcze jakaś polska ploteczka gdzieś się w tle pojawiła - mimo wszystko wyglądałoby lepiej.
A tu przed świętami głośno wcale nie o świątecznych zakupach, promocjach, wędlinach bez mięsa, cukrze bez słodyczy, Mikołaju bez sań czy nawet karpiu bez wody. Gdy jedna śmierć nie zdąży jeszcze wybrzmieć marszem żałobnym, pojawia się wieść o kolejnej. W grudniu można się więc poczuć trochę jak w listopadzie. Względnie jak w kwietniu, pod warunkiem, że umrze Papież Polak lub zdarzy się katastrofa smoleńska.
Bo trup nakręca niesamowicie. Można pisać setki artykułów. Zrobić dziesiątki wywiadów. Nakręcić kilka filmów wspomnieniowych. I napisać ze dwa dobre reportaże. I w publicystycznych programach wcale już nie trzeba gadać o wystąpieniu ministra Sikorskiego w Niemczech ani unii fiskalnej, którą zgotował nam premier Tusk na szczycie w Brukseli. Nawet krzyż, co go chciał zdejmować z sali posiedzeń Sejmu prezes Palikot gdzieś się rozpłynął. I utarczki pisowsko - solidarne jakby nagle ustały. Czy to oznacza, że wszystkie te sprawy przestają być ważne? Nie. Po prostu pojawiają się nowsze i ciekawsze. A jeśli trup nie wyłazi z niewłaściwej szafy, to jest tematem wdzięcznym i dla większości wygodnym. A jak się dobrze ułoży, będzie się ścielił gęsto i różnorodnie, to środowisk można do komentowania zaangażować, że ho ho. Muzyk powspomina Cesarię Evorę, polityk poubolewa nad śmiercią Vaclava Havla, a politolo-socjolog wypowie się w sprawie Kim Dzong Ila.
Fajnie, zgrabnie i powabnie. My w Polsce tak lubimy: Wszystko nie o nas - z nami. Na zdrowie. Tak, że nikomu nawet news o trupie (co z tego, że - jakby na to nie patrzeć - obcym) ością w gardle nie stanie.
Ale jakby tak jeszcze jakaś polska ploteczka gdzieś się w tle pojawiła - mimo wszystko wyglądałoby lepiej.
niedziela, 4 grudnia 2011
Testosteron
Jestem kobietą. Może nie do końca wyglądam. Ale myślę po babsku. I nie rozumiem tego filmu. Dystans do siebie i swojej płci mam jaki-taki. A podczas oglądania uśmiechnęłam się tu może z raz. Tak trochę. To w sumie ciut dziwne, bo powinnam czuć takie posiadówkowe klimaty... Tylko że samo rzucanie mięsem i seksualna jazda bez trzymanki to dla mnie za mało, żeby ubawić się po pachy.
Co niektórzy w ciągu kilku ostatnich dni po pachy to się co najwyżej urobili.
Najpierw słów kilka, a jakże, o siatkarzach :P. Bardzo się cieszę z ich awansu na Igrzyska Olimpijskie w Londynie. I to z awansu pewnego już po dwóch setach przedostatniego meczu. I to awansu wcale nie z tak w tym sezonie ukochanego trzeciego miejsca, a z drugiego.
Jeżeli jednak mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale po tym, jak kończy, to nasi siatkarze jakoś tak słabo tym testosteronem epatują. Wolałabym, żeby wyszarpali wczoraj te dwa sety Brazylijczykom z gardła, po grze na przewagi, w stylu zaczerpniętym ze spotkania z Włochami. Wolałabym walkę o życie zamiast dwuipółsetowego pogromu i kanarkowego odrodzenia. Nie chcę wierzyć w antywłoskie układy. Najchętniej nie wierzyłabym w żadne. Wolałabym mieć pewność co do pełnego profesjonalizmu. Mentalnej siły zamiast wątpienia. Głodu zwycięstwa wypierającego zdziwienie czy lęk przed niespodziewaną szansą na wielki sukces.
Dlatego ta moja wczorajsza radość z awansu miała smak rozczarowania. Pewnie dzisiejsze pyrrusowe zwycięstwo po tie-breaku nad grającymi od czwartego seta rezerwami Rosjanami nie byłoby nawet połowicznym zadośćuczynieniem, ale dałoby jakąś gwarancję, że potrafimy wycisnąć swoje okazje jak cytrynę. Może nie zawsze, ale jednak się zdarza. Tymczasem znów przyszła, jakby na to nie patrzeć, frajerska porażka.
Chcę myśleć, że wygrana w Pucharze Świata za bardzo zagotowałaby wszystkim serca i głowy, więc mamy sukces, ale z niedosytem. Świetny wynik, ale z irańsko-brazylijsko-rosyjską rysą. I tak pewnie teraz wielu zacznie snuć wizje o potędze polskiej siatkówki i złocie olimpijskim za rok. I to złocie bez warunków co do składu naszego a dyspozycji przeciwników. Dobrze, że zaraz wracają ligi i czasu na pochwalne festyny nie będzie dużo. W tej radości bowiem życzyłabym sobie, żeby dostrzegano, że trzy medale polskiej reprezentacji z tego roku są jednak sukcesem ponad stan. I żadna to polaczkowatość, żadne malkontenctwo. Bo ilu zawodników, którzy bez utraty poziomu zastąpiliby tych grających w Japonii, zostało w kraju? Z kogo jeszcze będzie mógł skorzystać Anastasi za rok? Jak duże w stosunku do innych drużyn mamy rezerwy? Te sportowe, i te mentalne. I trochę się boję następnego sezonu. Presji, oczekiwań, pozycji faworyta, parcia na sukces. Żądzy rewanżu innych. Bo teraz było tak dobrze. Czy powtórka jest w ogóle możliwa?
Piątkowe losowanie grup Euro 2012 pokazuje wprawdzie, że niemożliwe nie istnieje, ale jest to na razie stanowisko grudniowe. Zobaczymy, co przyniesie czerwiec. 2 grudnia przecierałam jednak oczy z niedowierzania, gdy raz za razem dolosowywano nam rywali z grupy marzeń, tworząc na dodatek dość sprzyjający układ spotkań. Trzeba zupełnie trzeźwo przyznać, że lepiej być po prostu nie mogło. Właśnie tacy mieli być nasi wyśnieni rywale. A tonujące nastroje komentarze świadczą tylko o tym, że jesteśmy piłkarsko drużyną słabą, według rankingu zwyczajnie najsłabszą w tym turnieju. I pewni nie możemy być niczego. Ale awans z tej grupy wydaje się możliwy.
W spragnionej futbolowego sukcesu Polsce oznacza to presję. Jeśli nasi piłkarze dojdą do ćwierćfinału, choćby na kolanach, to nawet mniejsze niż się spodziewano wpływy promocyjno-marketingowe zaczną mieć znaczenie drugorzędne. W przypadku braku dobrego sportowego wyniku, będziemy zerkać na Ukraińców zazdrosnym okiem. Dużym jak pięciozłotówka.
A to całe męskie towarzystwo uzupełnili wczoraj czterej panowie z programu The Voice of Satan. W finale programu usłyszymy więc tylko śpiewanie spod znaku testosteronu.
PS Teatralna kartka z kalendarza. Dzisiaj, 4 grudnia 2011 roku zmarł w Warszawie Adam Hanuszkiewicz. Aktor i reżyser. Miał 87 lat.
Co niektórzy w ciągu kilku ostatnich dni po pachy to się co najwyżej urobili.
Najpierw słów kilka, a jakże, o siatkarzach :P. Bardzo się cieszę z ich awansu na Igrzyska Olimpijskie w Londynie. I to z awansu pewnego już po dwóch setach przedostatniego meczu. I to awansu wcale nie z tak w tym sezonie ukochanego trzeciego miejsca, a z drugiego.
Jeżeli jednak mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale po tym, jak kończy, to nasi siatkarze jakoś tak słabo tym testosteronem epatują. Wolałabym, żeby wyszarpali wczoraj te dwa sety Brazylijczykom z gardła, po grze na przewagi, w stylu zaczerpniętym ze spotkania z Włochami. Wolałabym walkę o życie zamiast dwuipółsetowego pogromu i kanarkowego odrodzenia. Nie chcę wierzyć w antywłoskie układy. Najchętniej nie wierzyłabym w żadne. Wolałabym mieć pewność co do pełnego profesjonalizmu. Mentalnej siły zamiast wątpienia. Głodu zwycięstwa wypierającego zdziwienie czy lęk przed niespodziewaną szansą na wielki sukces.
Dlatego ta moja wczorajsza radość z awansu miała smak rozczarowania. Pewnie dzisiejsze pyrrusowe zwycięstwo po tie-breaku nad grającymi od czwartego seta rezerwami Rosjanami nie byłoby nawet połowicznym zadośćuczynieniem, ale dałoby jakąś gwarancję, że potrafimy wycisnąć swoje okazje jak cytrynę. Może nie zawsze, ale jednak się zdarza. Tymczasem znów przyszła, jakby na to nie patrzeć, frajerska porażka.
Chcę myśleć, że wygrana w Pucharze Świata za bardzo zagotowałaby wszystkim serca i głowy, więc mamy sukces, ale z niedosytem. Świetny wynik, ale z irańsko-brazylijsko-rosyjską rysą. I tak pewnie teraz wielu zacznie snuć wizje o potędze polskiej siatkówki i złocie olimpijskim za rok. I to złocie bez warunków co do składu naszego a dyspozycji przeciwników. Dobrze, że zaraz wracają ligi i czasu na pochwalne festyny nie będzie dużo. W tej radości bowiem życzyłabym sobie, żeby dostrzegano, że trzy medale polskiej reprezentacji z tego roku są jednak sukcesem ponad stan. I żadna to polaczkowatość, żadne malkontenctwo. Bo ilu zawodników, którzy bez utraty poziomu zastąpiliby tych grających w Japonii, zostało w kraju? Z kogo jeszcze będzie mógł skorzystać Anastasi za rok? Jak duże w stosunku do innych drużyn mamy rezerwy? Te sportowe, i te mentalne. I trochę się boję następnego sezonu. Presji, oczekiwań, pozycji faworyta, parcia na sukces. Żądzy rewanżu innych. Bo teraz było tak dobrze. Czy powtórka jest w ogóle możliwa?
Piątkowe losowanie grup Euro 2012 pokazuje wprawdzie, że niemożliwe nie istnieje, ale jest to na razie stanowisko grudniowe. Zobaczymy, co przyniesie czerwiec. 2 grudnia przecierałam jednak oczy z niedowierzania, gdy raz za razem dolosowywano nam rywali z grupy marzeń, tworząc na dodatek dość sprzyjający układ spotkań. Trzeba zupełnie trzeźwo przyznać, że lepiej być po prostu nie mogło. Właśnie tacy mieli być nasi wyśnieni rywale. A tonujące nastroje komentarze świadczą tylko o tym, że jesteśmy piłkarsko drużyną słabą, według rankingu zwyczajnie najsłabszą w tym turnieju. I pewni nie możemy być niczego. Ale awans z tej grupy wydaje się możliwy.
W spragnionej futbolowego sukcesu Polsce oznacza to presję. Jeśli nasi piłkarze dojdą do ćwierćfinału, choćby na kolanach, to nawet mniejsze niż się spodziewano wpływy promocyjno-marketingowe zaczną mieć znaczenie drugorzędne. W przypadku braku dobrego sportowego wyniku, będziemy zerkać na Ukraińców zazdrosnym okiem. Dużym jak pięciozłotówka.
A to całe męskie towarzystwo uzupełnili wczoraj czterej panowie z programu The Voice of Satan. W finale programu usłyszymy więc tylko śpiewanie spod znaku testosteronu.
PS Teatralna kartka z kalendarza. Dzisiaj, 4 grudnia 2011 roku zmarł w Warszawie Adam Hanuszkiewicz. Aktor i reżyser. Miał 87 lat.
środa, 30 listopada 2011
Kret
Wiedziałam o czym jest ten film. Kto kogo gra i jak. Geniuszu zresztą, który już w trakcie oglądania, może nawet na samym jego początku pozwoliłby przewidzieć zakończenie, nie trzeba było wielkiego. A i tak przy całym aktorstwie Dziędziela, Szyca, Pszoniaka i innych buzię rozdziawia subtelna scena, gdy film dopiero się rozkręca. Ot, takie krótkie zbliżenie na tablicę rejestracyjną.
Ostro, pieprznie nawet, rejestrowano rozmowy z ludźmi PZPN-u (?). Ten wielce szacowny związek przysparza ostatnio więcej dziennikarsko-plotkarskiej pożywki niż 560 parlamentarzystów razem wziętych. Ba, wygrywa nawet z samym Nergalem, o Dodzie nie mówiąc. Gdy tracił pozycję lidera na rzecz Pudzianowskiego, znów szybko wkroczył do akcji. Wszyscy mają uciechę, niemal taką jak w sprawie orzełków. Wszyscy znają się już nie tylko na polityce i piłce nożnej, ale także na finansach, marketingu, prawie, dźwięku, kryminalistyce, psychologii - full service.
Nie oznacza to, że kogokolwiek z ludzi PZPN-u bronię. Bynajmniej. Grzegorz Lato przez 3 lata prezesury rozmienił w moim przekonaniu na drobne kilkudziesięcioletnią boiskową legendę, a Zdzisław Kręcina po 12 latach trwania w roli sekretarza związku grać to powinien raczej w piłkarzyki, a nie w prywatną wojenkę z podejrzanymi rozmowami w tle. Z drugiej strony, w cudowną naprawę PZPN-u przez ludzi machających dzisiaj szabelkami też jednak nie wierzę. A wątpię, by ktoś chciał poruszać to całe gówno przed Euro 2012. Smrodu na nowych stadionach nikt bowiem czuć nie chce. Lepiej szczelnie zamknąć okna i drzwi.
W obliczu tych kilku listopadowych tygodni z futbolem w roli głównej aż chciałoby się powiedzieć: ideał sięgnął bruku. Tyle, że na bruku to myśmy już leżeli wcześniej. Wrodzony optymizm nakazuje mi jednak widzieć w tej sytuacji jeden pozytyw: wreszcie trochę spokoju dano reprezentacji.
PS Dzisiaj ostatni dzień listopada. Ale wcale nie oznacza to, że mamy jakieś ostatki! Szlak mnie trafia, gdy kolejny rok z rzędu słyszę o nich przed Bożym Narodzeniem :/.
Ostro, pieprznie nawet, rejestrowano rozmowy z ludźmi PZPN-u (?). Ten wielce szacowny związek przysparza ostatnio więcej dziennikarsko-plotkarskiej pożywki niż 560 parlamentarzystów razem wziętych. Ba, wygrywa nawet z samym Nergalem, o Dodzie nie mówiąc. Gdy tracił pozycję lidera na rzecz Pudzianowskiego, znów szybko wkroczył do akcji. Wszyscy mają uciechę, niemal taką jak w sprawie orzełków. Wszyscy znają się już nie tylko na polityce i piłce nożnej, ale także na finansach, marketingu, prawie, dźwięku, kryminalistyce, psychologii - full service.
Nie oznacza to, że kogokolwiek z ludzi PZPN-u bronię. Bynajmniej. Grzegorz Lato przez 3 lata prezesury rozmienił w moim przekonaniu na drobne kilkudziesięcioletnią boiskową legendę, a Zdzisław Kręcina po 12 latach trwania w roli sekretarza związku grać to powinien raczej w piłkarzyki, a nie w prywatną wojenkę z podejrzanymi rozmowami w tle. Z drugiej strony, w cudowną naprawę PZPN-u przez ludzi machających dzisiaj szabelkami też jednak nie wierzę. A wątpię, by ktoś chciał poruszać to całe gówno przed Euro 2012. Smrodu na nowych stadionach nikt bowiem czuć nie chce. Lepiej szczelnie zamknąć okna i drzwi.
W obliczu tych kilku listopadowych tygodni z futbolem w roli głównej aż chciałoby się powiedzieć: ideał sięgnął bruku. Tyle, że na bruku to myśmy już leżeli wcześniej. Wrodzony optymizm nakazuje mi jednak widzieć w tej sytuacji jeden pozytyw: wreszcie trochę spokoju dano reprezentacji.
PS Dzisiaj ostatni dzień listopada. Ale wcale nie oznacza to, że mamy jakieś ostatki! Szlak mnie trafia, gdy kolejny rok z rzędu słyszę o nich przed Bożym Narodzeniem :/.
czwartek, 24 listopada 2011
Amator
Klasyk. Kieślowski jeszcze przed swoją wielką erą kolorowych dekalogów. Ale już z rysem właściwej sobie psychologii. Prawie jak reportaż o przypadkowym reportażyście. Bez ocen. Bez komentarza. Bez gry. Bo Jerzy Stuhr po prostu w tym filmie jest szarpiącym się z rzeczywistością Filipem Moszem.
Nie grała też w ogóle Tatiana Limanowa z Ren-TV. Zamiast serwisu informacyjnego urządziła sobie kabaret, pokazując środkowy palec. A że nie Dmitrijowi Medwiedwiewowi ani nawet nie Barackowi Obamie, na dodatek właśnie wtedy, gdy myślała, że emitowany jest materiał filmowy - okazało się zbyt słabą okolicznością łagodzącą. Pewnie i tak w kategorii wulgarności wygrałby z nią pierwszy stołowy RP Kamil Durczok, ale ze względu na pozaantenowy czas nagrania i ograniczoną językową nośność jego wyczyn nieco blednie. Limanowa była subtelniejsza i bardziej międzynarodowa, za co zapłaci posadą prezenterki. Nie da się jednak ukryć, że pewnie bez palcowania nigdy nie osiągnęłaby takiej popularności, choćby zapowiadała wiadomości do śmierci.
PS Muzyczna kartka z kalendarza. Dzień, w którym skończyło się "królowanie". 24 listopada 1991 roku w wieku 45 zmarł wokalista "Queen" Freddy Mercury. Jak przystało na rockmana, śmierć nie mogła być zwykła i naturalna. Na scenie był zwycięzcą, w życiu przegrał z AIDS. Homo- czy biseksualny narkoman. Legenda muzyki.
Nie grała też w ogóle Tatiana Limanowa z Ren-TV. Zamiast serwisu informacyjnego urządziła sobie kabaret, pokazując środkowy palec. A że nie Dmitrijowi Medwiedwiewowi ani nawet nie Barackowi Obamie, na dodatek właśnie wtedy, gdy myślała, że emitowany jest materiał filmowy - okazało się zbyt słabą okolicznością łagodzącą. Pewnie i tak w kategorii wulgarności wygrałby z nią pierwszy stołowy RP Kamil Durczok, ale ze względu na pozaantenowy czas nagrania i ograniczoną językową nośność jego wyczyn nieco blednie. Limanowa była subtelniejsza i bardziej międzynarodowa, za co zapłaci posadą prezenterki. Nie da się jednak ukryć, że pewnie bez palcowania nigdy nie osiągnęłaby takiej popularności, choćby zapowiadała wiadomości do śmierci.
PS Muzyczna kartka z kalendarza. Dzień, w którym skończyło się "królowanie". 24 listopada 1991 roku w wieku 45 zmarł wokalista "Queen" Freddy Mercury. Jak przystało na rockmana, śmierć nie mogła być zwykła i naturalna. Na scenie był zwycięzcą, w życiu przegrał z AIDS. Homo- czy biseksualny narkoman. Legenda muzyki.
wtorek, 22 listopada 2011
Sprawa się rypła
Film bardzo specyficzny. Wcale nie tak łatwo go zrozumieć. I nie chodzi wcale o skomplikowaną fabułę, a o warstwę najprostszą: język. Gwara rządzi! Taki Polaków portret własny.
Na koszulki piłkarzy też wróci. W postaci białego orła w złotej koronie na czerwonym tle. Piłko-orzeł będzie więc miał pośrodku kumpla. Ten, co spędzał sen z powiek nie tylko kibicom futbolu, bo zwali go logo PZPN. Kolejna narodowa telenowela dobrnęła więc do szczęśliwego finału. Grzegorz Lato i spółka pokazali jesienią, że można upolitycznić kolejny z ważnych dla Polaków symboli, co sprytnie chcieli wykorzystać już sami politycy, zamierzając się z zapisem o obowiązkowym orle na wszystkich trykotach naszych sportowców. Związek jednak pokazał figę i się w porę zreflektował. Piłko-orła przestawał bronić zażarcie po cichu. Gdzieś zniknęli recenzenci, którym się nowe koszulki podobały. Umknęła nowoczesność. Rozpłynęły się we mgle inne reprezentacje, grające bez godła państwowego na strojach. Nawet te, które w święto narodowe sprawiły nam baty.
Sprawa się rypła, bo chodziło o pieniądze. A PZPN zarabiać na nie swojej reprezentacji nie może. Bo kadra jest w końcu własnością ogólnonarodową, a nie prywatnym folwarkiem do nabijania kieszeni. Tak więc stanęło na polskim "Jestem za, a nawet przeciw". Wilk syty i owca cała. Jeśli przywrócenie orzełka na koszulki piłkarzy po dwutygodniowej debacie i wszechobecnej krytyce związku ma być wyjściem z tej sytuacji z twarzą, to nawet częściowo się udało. Tyle, że jest to twarz dziwnie czerwona. Nie wiem, czy bardziej ze złości, czy ze wstydu.
Na koszulki piłkarzy też wróci. W postaci białego orła w złotej koronie na czerwonym tle. Piłko-orzeł będzie więc miał pośrodku kumpla. Ten, co spędzał sen z powiek nie tylko kibicom futbolu, bo zwali go logo PZPN. Kolejna narodowa telenowela dobrnęła więc do szczęśliwego finału. Grzegorz Lato i spółka pokazali jesienią, że można upolitycznić kolejny z ważnych dla Polaków symboli, co sprytnie chcieli wykorzystać już sami politycy, zamierzając się z zapisem o obowiązkowym orle na wszystkich trykotach naszych sportowców. Związek jednak pokazał figę i się w porę zreflektował. Piłko-orła przestawał bronić zażarcie po cichu. Gdzieś zniknęli recenzenci, którym się nowe koszulki podobały. Umknęła nowoczesność. Rozpłynęły się we mgle inne reprezentacje, grające bez godła państwowego na strojach. Nawet te, które w święto narodowe sprawiły nam baty.
Sprawa się rypła, bo chodziło o pieniądze. A PZPN zarabiać na nie swojej reprezentacji nie może. Bo kadra jest w końcu własnością ogólnonarodową, a nie prywatnym folwarkiem do nabijania kieszeni. Tak więc stanęło na polskim "Jestem za, a nawet przeciw". Wilk syty i owca cała. Jeśli przywrócenie orzełka na koszulki piłkarzy po dwutygodniowej debacie i wszechobecnej krytyce związku ma być wyjściem z tej sytuacji z twarzą, to nawet częściowo się udało. Tyle, że jest to twarz dziwnie czerwona. Nie wiem, czy bardziej ze złości, czy ze wstydu.
sobota, 12 listopada 2011
Wszyscy jesteśmy Chrystusami
Jakoś się tak złożyło, że wczoraj oglądałam. Krótkie "klik" i poooszło. Nie powiem, że mnie porwało, olśniło czy zachwyciło. Może też wcale nie o to chodziło? Tyle, że to, co gdzieś tam intuicyjnie zdaję się w tym filmie widzieć, ginęło w morzu przejść i zajść, tworząc gmatwaninę i burząc uwagę. Ze wstydu nie wspomnę, jak mi się trochę przymykało oko.
Oby nikomu się nie przymykało w ocenie wczorajszych wydarzeń w Warszawie. Choć tu już się wcześniej komuś wcale nie otworzyło. Muszę przyznać, że średnio mnie obchodzi, kto zaczął, a kto spuentował. Zrzucanie winy i wybielanie obu stron jest co prawda dość zrozumiałe, ale niczego nie załatwia. Tak samo, jak ukaranie winnych i zaostrzanie prawa. Mam nieodparte wrażenie, że furtki, bramki i chętni do ich przekraczania teraz się już po prostu znajdować będą. To smutne i przykre. Nawet żałosne.
Wczorajsze wydarzenia świetnie podsumowują zresztą polską gównarzerię ostatnich tygodni. Gdyby jednak okazało się, że, tak jak na podwórku, po tym mordobiciu przyjdzie moment opamiętania, podanie rąk i oczyszczenie atmosfery, można by chociaż powiedzieć, że było warto. A tak, konflikt został podsycony, podziały pogłębione, a ważne dla Polski tematy zagłuszone hukiem petard, rykiem policyjnych syren i głosami polityków. Jak przystało, ku chwale ojczyzny. Mojszej, nie twojszej.
Oby nikomu się nie przymykało w ocenie wczorajszych wydarzeń w Warszawie. Choć tu już się wcześniej komuś wcale nie otworzyło. Muszę przyznać, że średnio mnie obchodzi, kto zaczął, a kto spuentował. Zrzucanie winy i wybielanie obu stron jest co prawda dość zrozumiałe, ale niczego nie załatwia. Tak samo, jak ukaranie winnych i zaostrzanie prawa. Mam nieodparte wrażenie, że furtki, bramki i chętni do ich przekraczania teraz się już po prostu znajdować będą. To smutne i przykre. Nawet żałosne.
Wczorajsze wydarzenia świetnie podsumowują zresztą polską gównarzerię ostatnich tygodni. Gdyby jednak okazało się, że, tak jak na podwórku, po tym mordobiciu przyjdzie moment opamiętania, podanie rąk i oczyszczenie atmosfery, można by chociaż powiedzieć, że było warto. A tak, konflikt został podsycony, podziały pogłębione, a ważne dla Polski tematy zagłuszone hukiem petard, rykiem policyjnych syren i głosami polityków. Jak przystało, ku chwale ojczyzny. Mojszej, nie twojszej.
poniedziałek, 7 listopada 2011
Avatar
Za oceanem mają swoją krainę Na'vi, a my w Polsce - salę samobójców. Tak czy siak, na filmie Jamesa Camerona się ciut znudziłam. Co prawda, oglądałam sprzed komputera, a nie w sali kinowej, co perspektywę oglądu znacząco zmienia. Inna rzecz, że fanką cudów i cudzików, technik i techniczek jestem niespecjalną.
Dzieje się. Tu, tam, siam. W polityce, w kulturze, w życiu. Grom za gromem. A pierwsze posiedzenie nowego parlamentu dopiero jutro. To wtedy miało się zacząć na dobre.
Przyznam: nie wierzyłam, że Jarosław Kaczyński przygotuje dla swoich partyjnych tub cykutę. Bo chyba tym razem nie powie, że był na lekach i ktoś go otumanił. Tego, że Cymański, Kurski i Ziobro grzecznie czekać w Brukseli nie będą, pewnie mógł się spodziewać. I może właśnie dlatego wyjechali na unijne zesłanie. Prezes władzy im dać nie chciał, a kalać pisowskiego gniazda nie pozwolił. Drogę w podboju ojczyzny w jakimś jednak stopniu europarlamentem utrudnił. Teraz znaleźli się solidarni. Trzeba więc czekać, jak uda im się zupa na gwoździu. I jak szybko i skutecznie gryźć będzie Adam Szablozębny.
Z rzeczy innych:
Polska opinia publiczna pozostaje wstrząśnięta śmiercią Hanki Mostowiak. Wieść grabinowa niesie, że gdyby po wypadku przewieziono ją do szpitala w Leśnej Górze (otwartego równo 12 lat temu), mogłaby żyć. Niestety zajął się nią Conrad Murray, osobisty lekarz Michaela Jacksona, który niecałą godzinę po odejściu Hanki, został uznany za winnego śmierci Króla Popu. W akcie protestu przeciwko pochówkowi pani Mostowiak na Wawelu, Wisła Kraków zwolniła z funkcji trenera zespołu Roberta Maaskanta.
Tak po dwudziestu latach od ogłoszenia przez Earvina "Magica" Johnsona zakończenia sportowej kariery w związku z pozytywnym wynikiem testu na obecność wirusa HIV, ze sceny schodzi kolejna wielka gwiazda masowej widowni. Hanka Mostowiak dołącza do klubu "7 listopada".
Dzieje się. Tu, tam, siam. W polityce, w kulturze, w życiu. Grom za gromem. A pierwsze posiedzenie nowego parlamentu dopiero jutro. To wtedy miało się zacząć na dobre.
Przyznam: nie wierzyłam, że Jarosław Kaczyński przygotuje dla swoich partyjnych tub cykutę. Bo chyba tym razem nie powie, że był na lekach i ktoś go otumanił. Tego, że Cymański, Kurski i Ziobro grzecznie czekać w Brukseli nie będą, pewnie mógł się spodziewać. I może właśnie dlatego wyjechali na unijne zesłanie. Prezes władzy im dać nie chciał, a kalać pisowskiego gniazda nie pozwolił. Drogę w podboju ojczyzny w jakimś jednak stopniu europarlamentem utrudnił. Teraz znaleźli się solidarni. Trzeba więc czekać, jak uda im się zupa na gwoździu. I jak szybko i skutecznie gryźć będzie Adam Szablozębny.
Z rzeczy innych:
Polska opinia publiczna pozostaje wstrząśnięta śmiercią Hanki Mostowiak. Wieść grabinowa niesie, że gdyby po wypadku przewieziono ją do szpitala w Leśnej Górze (otwartego równo 12 lat temu), mogłaby żyć. Niestety zajął się nią Conrad Murray, osobisty lekarz Michaela Jacksona, który niecałą godzinę po odejściu Hanki, został uznany za winnego śmierci Króla Popu. W akcie protestu przeciwko pochówkowi pani Mostowiak na Wawelu, Wisła Kraków zwolniła z funkcji trenera zespołu Roberta Maaskanta.
Tak po dwudziestu latach od ogłoszenia przez Earvina "Magica" Johnsona zakończenia sportowej kariery w związku z pozytywnym wynikiem testu na obecność wirusa HIV, ze sceny schodzi kolejna wielka gwiazda masowej widowni. Hanka Mostowiak dołącza do klubu "7 listopada".
czwartek, 3 listopada 2011
Pasja
Film tyleż ważny, co kontrowersyjny. Znakomicie wpasowujący się w ludzką potrzebę wiarygodności względem religii poza murami kościołów - na pewno. Z jednej strony daleki od cukierkowych historyjek o Panu Jezusku, który zbawia człowieka, z drugiej - do bólu prawdziwy w wyrazie najprostszym, bo językowym, łączący przekaz biblijny z historią i teologią.
Dlatego tym bardziej boli mnie, że człowiek świecki jest w stanie tak dobrze odrobić pracę domową za duchownych, a ci nie potrafią uszanować swojego współbrata. Włos się jeży na głowie, gdy się czyta o zamknięciu ust księdzu Adamowi Bonieckiemu. Za co? Za to, że pokazuje Kościół otwarty, Kościół dialogu i porozumienia, Kościół zatroskany, a nie gotujący stosy i dający linijką po łapach. Zgromadzenie Księży Marianów chyba się zapędziło. To, że ktoś odstaje od "linii programowej" (przepraszam, ale nie potrafię tego inaczej nazwać) duchowieństwa w Polsce, nie oznacza jeszcze, że kala wizerunek jego, a religijność czyjąkolwiek. Ksiądz Boniecki ze swoim dorobkiem i doświadczeniem, także medialnym, a przy tym sympatią i szacunkiem ludzi naprawdę może mieć swoje poglądy i zupełnie osobiście je wypowiadać. Tym bardziej, że nie ma w nich ani grama wywrotowości czy duchowego wykolejenia. Cóż, budowanie pomostów między coraz bardziej zeświedczonym społeczeństwem a Kościołem widać nie wszystkim się podoba. I wcale nie o Boga tu chodzi.
PS Brawa dla Szymona Hołowni za głos rozsądku i powodzenia dla księdza Bonieckiego.
Dlatego tym bardziej boli mnie, że człowiek świecki jest w stanie tak dobrze odrobić pracę domową za duchownych, a ci nie potrafią uszanować swojego współbrata. Włos się jeży na głowie, gdy się czyta o zamknięciu ust księdzu Adamowi Bonieckiemu. Za co? Za to, że pokazuje Kościół otwarty, Kościół dialogu i porozumienia, Kościół zatroskany, a nie gotujący stosy i dający linijką po łapach. Zgromadzenie Księży Marianów chyba się zapędziło. To, że ktoś odstaje od "linii programowej" (przepraszam, ale nie potrafię tego inaczej nazwać) duchowieństwa w Polsce, nie oznacza jeszcze, że kala wizerunek jego, a religijność czyjąkolwiek. Ksiądz Boniecki ze swoim dorobkiem i doświadczeniem, także medialnym, a przy tym sympatią i szacunkiem ludzi naprawdę może mieć swoje poglądy i zupełnie osobiście je wypowiadać. Tym bardziej, że nie ma w nich ani grama wywrotowości czy duchowego wykolejenia. Cóż, budowanie pomostów między coraz bardziej zeświedczonym społeczeństwem a Kościołem widać nie wszystkim się podoba. I wcale nie o Boga tu chodzi.
PS Brawa dla Szymona Hołowni za głos rozsądku i powodzenia dla księdza Bonieckiego.
środa, 26 października 2011
Kto nigdy nie żył...
Pewnie po tym filmie powinnam się przekonać do Michała Żebrowskiego. Zrobiłabym to, naprawdę! Tyle, że wcześniej stało się to za sprawą "Pręg" (kocham tę scenę z lustrem!). Andrzejowi Sewerynowi udało się uchwycić w tym obrazie kilka uderzających jak obuchem w łeb sytuacji, może trochę stereotypowo, ale z jakąś chwytającą za serce subtelnością. W zasadzie jedyną rysą na tym filmie jest w moich oczach spłycanie jego odbioru i przesłania. Cóż, nie można mieć wszystkiego.
Czasami się wydaje, że wszystko bierze w łeb. Nic, tylko: zero, lufa, pała i wylecieć za burtę. Najmilej jest wtedy zostać pozytywnie zaskoczonym. Przez ludzi, którzy zaskakiwać to potrafią tylko burknięciem, chamstwem i zadzieraniem nosa z tytułu jaśnie służbistości wysokiej, najwyższej.
A jednak się kręci! Zapewniam. Wczoraj dostałam do ręki dwa argumenty zwykłej ludzkiej uprzejmości. Pewnie w gruncie rzeczy drobnej, może nawet obliczonej na własną korzyść tudzież spowodowanej obrazem nędzy i rozpaczy niżej podpisanej. Tak czy siak, ładują takie rzeczy niesamowicie. Chociaż mniej niż pokazanie drogi małemu chłopcu i jego tacie, żeby dzieciak dotarł na czas na jakiś tam superwyjebisty event.
Naprawdę, MasterCard niech się ze wstydu schowa.
Czasami się wydaje, że wszystko bierze w łeb. Nic, tylko: zero, lufa, pała i wylecieć za burtę. Najmilej jest wtedy zostać pozytywnie zaskoczonym. Przez ludzi, którzy zaskakiwać to potrafią tylko burknięciem, chamstwem i zadzieraniem nosa z tytułu jaśnie służbistości wysokiej, najwyższej.
A jednak się kręci! Zapewniam. Wczoraj dostałam do ręki dwa argumenty zwykłej ludzkiej uprzejmości. Pewnie w gruncie rzeczy drobnej, może nawet obliczonej na własną korzyść tudzież spowodowanej obrazem nędzy i rozpaczy niżej podpisanej. Tak czy siak, ładują takie rzeczy niesamowicie. Chociaż mniej niż pokazanie drogi małemu chłopcu i jego tacie, żeby dzieciak dotarł na czas na jakiś tam superwyjebisty event.
Naprawdę, MasterCard niech się ze wstydu schowa.
czwartek, 20 października 2011
28 dni
Wreszcie idealnie przetłumaczony na polski tytuł filmu! Nowina, którą trzeba obwieścić światu. Poza tym, rzecz się tyczy uzależnienia. W jego szponach - Sandra Bullock - ta, która w jednym roku zgarnęła i Złotą Malinę, i Oscara. Dwie najważniejsze nagrody filmowe, ho, ho;). Tylko za role inne. W "babskim" filmie o alkoholizmie, klinice odwykowej i "utapianym" życiu, co się chce je ratować, zdecydowanie też daje radę.
Bez Internetu sobie dawać radę trudno, trudniście. Wystarczy dzień odcięcia od sieci, a tu w prześnionym konkursie popularności w SLD wygrywa Leszek Miller, Sławomir Kopyciński zaczyna popierać Palikota, pierwszy raz od prawie dwóch lat Polak strzela gola w piłkarskiej Lidze Mistrzów, Carla Bruni rodzi córkę, Maciej Iłowiecki przez Nergala odchodzi z Rady Etyki Mediów... I wreszcie hit: Muammar Kadafi nie żyje.
Media trochę o tym poopowiadają, popiszą, jakoś mi się widzi, że krócej niż 28 dni. Temat ucichnie i trzeba będzie szukać kolejnego diabła wcielonego. Z nim: źle, bez niego: jeszcze gorzej. Daleka jestem od artykułowania jakichkolwiek ciepłych słów na temat dyktatora Libii. Czy dyktatora w ogóle. Ale nakręcanie spirali wokół Kadafich czy innych Mubaraków z wieloletnim ludzkim cierpieniem w tle czasami zaczyna nie tyle dotykać sensu rzeczy, ile promować kolejnych ziemskich szatanów. Układ wygodny, choć cyniczny. Informacja karmi się tragedią Kowalskich, ale delektuje osobowością. A dyktatorom osobowości odmówić nie można. Giną więc (niekoniecznie dosłownie) też w filmowych okolicznościach, z aparatami i kamerami niemal wciśniętymi w cztery litery. W maju bin Laden, teraz Kadafi - luźno się robi po ciemnej stronie mocy. Jakiś Voldemort kolejny wypłynąć po prostu musi. Media pomogą.
A podobno Polska to dziki kraj.
Bez Internetu sobie dawać radę trudno, trudniście. Wystarczy dzień odcięcia od sieci, a tu w prześnionym konkursie popularności w SLD wygrywa Leszek Miller, Sławomir Kopyciński zaczyna popierać Palikota, pierwszy raz od prawie dwóch lat Polak strzela gola w piłkarskiej Lidze Mistrzów, Carla Bruni rodzi córkę, Maciej Iłowiecki przez Nergala odchodzi z Rady Etyki Mediów... I wreszcie hit: Muammar Kadafi nie żyje.
Media trochę o tym poopowiadają, popiszą, jakoś mi się widzi, że krócej niż 28 dni. Temat ucichnie i trzeba będzie szukać kolejnego diabła wcielonego. Z nim: źle, bez niego: jeszcze gorzej. Daleka jestem od artykułowania jakichkolwiek ciepłych słów na temat dyktatora Libii. Czy dyktatora w ogóle. Ale nakręcanie spirali wokół Kadafich czy innych Mubaraków z wieloletnim ludzkim cierpieniem w tle czasami zaczyna nie tyle dotykać sensu rzeczy, ile promować kolejnych ziemskich szatanów. Układ wygodny, choć cyniczny. Informacja karmi się tragedią Kowalskich, ale delektuje osobowością. A dyktatorom osobowości odmówić nie można. Giną więc (niekoniecznie dosłownie) też w filmowych okolicznościach, z aparatami i kamerami niemal wciśniętymi w cztery litery. W maju bin Laden, teraz Kadafi - luźno się robi po ciemnej stronie mocy. Jakiś Voldemort kolejny wypłynąć po prostu musi. Media pomogą.
A podobno Polska to dziki kraj.
piątek, 14 października 2011
Szansa na sukces
Mierzi mnie, że polski tytuł naiwniutkiego filmiku o muzycznej karierze dziewczyny z prowincji kala jeden z moich ulubionych telewizyjnych programów. Elżbieta Skrętkowska wymyśliła diament, który od samego początku niezmiennie szlifuje Wojciech Mann. Niestety, ten rdzennie polski format, dla którego lekko obrazą byłoby określenie "talent show", zaczyna moim zdaniem tracić. Nie tyle jednak przez wysyp innych muzycznych widowisk, które kuszą walizkami pieniędzy i kontraktami płytowymi, a przez dziwne zabiegi przy koncercie laureatów podsumowującym roczny cykl programu i upadek Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu.
Nowy show TVP2 "Voice of Poland" miał w moich oczach okazję zbliżyć się do "Szansy...", ale ostatnie wypowiedzi prezesa TVP Juliusza Brauna (link) właśnie szansę na dłuższy sukces zabrały. Jak można odcinać nowemu programowi tlen wtedy, gdy tak naprawdę bieg dopiero się zaczyna? Nie chcę się powtarzać (patrz: "Czarny łabędź"), ale Nergal jest duszą całego show. W Internecie aż roi się od wypowiedzi ludzi, którzy oglądają go ze względu na obecność Darskiego, oceniają bardzo pozytywnie i nie czują się urażeni obecnością. Gdy odejdzie, oni prawdopodobnie odejdą wraz z nim.
Od zabawy w Pytię ważniejsza jest jednak rzeczywistość. W świecie biznesu, a takim jest bez wątpienia telewizja, okazanie słabości i uleganie presji w stylu Brauna wydaje się samobójstwem. Samą decyzję zrozumieć jestem w stanie (w końcu - teoretycznie - TVP to nie prywatny folwark), podobnie jak poprzedzające ją krytyczne głosy pod adresem lidera Behemotha (różny jest poziom ludzkiej wrażliwości i religijności), ale już czas i sposób jej przedstawienia zakrawają na amatorszczyznę.
Prezesowi Braunowi pozostaje mi pogratulować roztropności, a Nergalowi życzyć jeszcze lepszej zabawy z polskim grajdołkiem i powodzenia w pracy dla TVN-u, Polsatu czy innej stacji.
Nowy show TVP2 "Voice of Poland" miał w moich oczach okazję zbliżyć się do "Szansy...", ale ostatnie wypowiedzi prezesa TVP Juliusza Brauna (link) właśnie szansę na dłuższy sukces zabrały. Jak można odcinać nowemu programowi tlen wtedy, gdy tak naprawdę bieg dopiero się zaczyna? Nie chcę się powtarzać (patrz: "Czarny łabędź"), ale Nergal jest duszą całego show. W Internecie aż roi się od wypowiedzi ludzi, którzy oglądają go ze względu na obecność Darskiego, oceniają bardzo pozytywnie i nie czują się urażeni obecnością. Gdy odejdzie, oni prawdopodobnie odejdą wraz z nim.
Od zabawy w Pytię ważniejsza jest jednak rzeczywistość. W świecie biznesu, a takim jest bez wątpienia telewizja, okazanie słabości i uleganie presji w stylu Brauna wydaje się samobójstwem. Samą decyzję zrozumieć jestem w stanie (w końcu - teoretycznie - TVP to nie prywatny folwark), podobnie jak poprzedzające ją krytyczne głosy pod adresem lidera Behemotha (różny jest poziom ludzkiej wrażliwości i religijności), ale już czas i sposób jej przedstawienia zakrawają na amatorszczyznę.
Prezesowi Braunowi pozostaje mi pogratulować roztropności, a Nergalowi życzyć jeszcze lepszej zabawy z polskim grajdołkiem i powodzenia w pracy dla TVN-u, Polsatu czy innej stacji.
Skazani na Shawshank
Najpierw przeproszę. Film jest dobry, ale mnie zwyczajnie nie rusza. Zrobienie z czegoś, co wyszło spod ręki Stephena Kinga dzieła wzniosłego jawi mi się jako straszna nieodpowiedniość. A mam dziwne przekonanie, że wielu tak chce "Skazanych..." postrzegać. Świadczą o tym miejsce tego filmu w rankingu na jednym z tematycznych wortali i komentarze widzów. Nie godzę się ani na to, ani tym bardziej: na windowanie jakiegokolwiek artystycznego wytworu li tylko ze względów techniczno-warsztatowych. Pozostaje mi zaakceptowanie faktu, że (być może) film ten po prostu nie ma wrogów.
Na oponentów wydaje się skazany Janusz Palikot. Jego 10% w sejmie będzie pewnie co niektórych uwierać. Zaczęło się od chęci zdejmowania krzyża z sali posiedzeń, więc napięcie musi wzrastać.
Trudno odmawiać najsłynniejszemu winiarzowi nad Wisłą charyzmy, sprawności i umiejętności socjotechnicznych, ale dla mnie jego sukces jest pokłosiem wojny polsko-polskiej. Przesiąknięci platformiano-pisowskim smrodkiem Polacy zagłosowali na tego, który wnosi świeżość, nowość i ma szansę przeciwstawić się największym. Żadna w tym siła programu i poglądów Ruchu (nie mylić z kioskiem Ruchu). Dlatego też ogólnonarodowego katharsis, nawet po winie Palikota, w ogóle się nie spodziewam. Inna rzecz, że Polacy kochają nie tylko sielanki, ale też rozrywkę, a tej (bez urazy) z czterdziestoma posłami debiutującego w sejmie ugrupowania nie powinno zabraknąć.
W związku z zaistniałą sytuacją Pan Janusz z Biłgoraja, szerzej znany jako Pan Janusz z Lublina powinien podziękować wszystkim Tuskom i Kaczyńskim, a także środkom masowego przekazu za to, że ci pierwsi tak pięknie się nie lubią na oczach całej Polski, a ci drudzy tak chętnie i obszernie prezentowali rosnące poparcie Ruchu (nie mylić z kioskiem Ruchu), chociaż wcześniej zdawało się, że wykopali go ze swoich czołówek politycznych.
Na oponentów wydaje się skazany Janusz Palikot. Jego 10% w sejmie będzie pewnie co niektórych uwierać. Zaczęło się od chęci zdejmowania krzyża z sali posiedzeń, więc napięcie musi wzrastać.
Trudno odmawiać najsłynniejszemu winiarzowi nad Wisłą charyzmy, sprawności i umiejętności socjotechnicznych, ale dla mnie jego sukces jest pokłosiem wojny polsko-polskiej. Przesiąknięci platformiano-pisowskim smrodkiem Polacy zagłosowali na tego, który wnosi świeżość, nowość i ma szansę przeciwstawić się największym. Żadna w tym siła programu i poglądów Ruchu (nie mylić z kioskiem Ruchu). Dlatego też ogólnonarodowego katharsis, nawet po winie Palikota, w ogóle się nie spodziewam. Inna rzecz, że Polacy kochają nie tylko sielanki, ale też rozrywkę, a tej (bez urazy) z czterdziestoma posłami debiutującego w sejmie ugrupowania nie powinno zabraknąć.
W związku z zaistniałą sytuacją Pan Janusz z Biłgoraja, szerzej znany jako Pan Janusz z Lublina powinien podziękować wszystkim Tuskom i Kaczyńskim, a także środkom masowego przekazu za to, że ci pierwsi tak pięknie się nie lubią na oczach całej Polski, a ci drudzy tak chętnie i obszernie prezentowali rosnące poparcie Ruchu (nie mylić z kioskiem Ruchu), chociaż wcześniej zdawało się, że wykopali go ze swoich czołówek politycznych.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

