Kolejny przykład znakomitych zdolności translatorskich. Do przełknięcia bardziej niż wirujący seks, który wyrósł z całkiem niewinnie brzmiącego nieprzyzwoitego tańca. Chociaż, w końcu Johny Depp może budzić różne emocje, zwłaszcza, gdy swoimi poczynaniami znacznie oddala się od Jamesa Barriego. Chodzącej niewinności gładko ogolonej twarzy marzyciela. I to wcale nie dlatego, że na horyzoncie znajduje się dla mnie zwyczajnie świetna Kate Winslet.
Też miałam marzenie. Obiecałam sobie, że jeśli Polska i Ukraina dostaną zadanie organizacji EURO 2012, to przynajmniej jeden mecz obejrzę na żywo. Ja, nieopierzony wówczas podlotek, z nutką romantycznej natury i wiarą w sukces.
Pamiętam 18 kwietnia 2007 roku. Dzień wyboru polsko-ukraińskiej kandydatury, który tak zupełnie realnie stał się początkiem. Jakkolwiek śmiesznie to nie zabrzmi, od tamtego czasu zaczęłam zbierać pieniądze na bilet i wyjazd. Wakacyjna praca, urodziny, imieniny, święta - cieszyła się z takich okazji moja finansowa skarpeta. Ograniczenie spod znaku $$$ szybko przestało być problemem.
Wierzyłam, że się uda. Że zdążymy. Może przestawałam traktować EURO 2012 z takim entuzjazmem, jak na początku. Może mój chłodny ogląd sytuacji coraz częściej przysłaniał optymizm. Może rozumiałam braki i widziałam niedociągnięcia.
Ale nic nie mogło zepsuć mi radości i nadziei, kiedy 30 kwietnia 2011 roku zobaczyłam w swojej skrzynce mailowej temat wiadomości: "Twój wniosek na UEFA EURO 2012 został wylosowany". Ćwierćfinał 1A - 2B. Stadion Narodowy. 21 czerwca 2012 roku. Yes, yes, yes!
To dlatego tak bolała porażka z Czechami. Bo to mógł być nie tylko mój, ale całej Polski mecz. Wcześniej obiecałam nawet samej sobie, że kupię wszystkie gadżety, by utonąć w biało-czerwonym świecie i kibicowskim szaleństwie. A że pływam po warszawsku, to deklaracja była to nie byle jaka. Infantylizm porwał jednak do tańca piłkoszał, zrywając tym samym z całym pragmatyzmem. Tak chciałam odchudzić ten cholerny portfel. A tu tylko, dosłownie i w przenośni, Cesky Sen.
Marzenie, które nie wyśniło się do końca, miało trwać i bez polskich piłkarzy na płycie Stadionu Narodowego. Więcej o tym tutaj. A to jeszcze nie koniec wyprawy na mecz EURO 2012...
Mecz, który nie zmienił historii i był prawdopodobnie najmniej atrakcyjnym ćwierćfinałem polsko-ukraińskiego turnieju. Mecz jeden z 31 na tych mistrzostwach. I ja też tak zwyczajnie wyrwana z tłumu, który cokolwiek obejrzał na żywo. Ale, cholera, jak dobrze było być jego częścią!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz