Podchodziłam do tego filmu jak do jeża, rozczarowana wcześniejszymi przygodami z klasykami kina. Gdy w ręce wpadła mi książka Thomasa Harrisa z Jodie Foster i Anthonym Hopkinsem na okładce, myślałam, że teraz to już szybko nadejdzie wiekopomna chwila z przyciskiem "play" w roli głównej. Tymczasem nadeszła pierwsza w moim życiu finansowa kara za przetrzymanie wypożyczonej z biblioteki książki. Mam zbiednieć o 2 zł (chlip, chlip ;)), bo nie zamierzałam wydać 30 na podróż po ratunek dla mojej regulaminowej postawy.
Film w końcu obejrzałam. I tak za szybko po przeczytaniu książki. Nieustanna i mimowolna gimnastyka umysłu z wyszukiwaniem różnic jednak psuje odbiór. Nie polecam. Film tak, bo pozbawił powieść Harrisa, ku mojej zresztą uciesze, dwóch maksymalnie wkurzających wątków rodem z taniej obyczajówki.
Ale o taniej obyczajówce mowy tu nie będzie. Raczej o milczeniu owiec, które tym akurat razem wcale nie było pożądane i oczekiwane. Pewnie wielu na złość zostało przerwane. Katarzyna Figura udzieliła wywiadu o swoim toksycznym małżeństwie i agresywnym mężu, o życiu, które przypominało dramat, strachu i wstydzie niszczonej psychicznie i fizycznie kobiety, żony i matki. W mediach rozpętała się burza. Jakby pierwszy raz okazało się, że sielski obrazek z życia gwiazd maluje się tylko na użytek świata zewnętrznego. Jakby ręki nie można było podnieść na znaną aktorką. Jakby nigdy nie słyszano historii kobiet przez lata żyjących obok mężczyzn, którzy je krzywdzą.
Katarzyna Figura opowiedziała swoją historię w kolorowym piśmie i chyba w tym tkwi dla wielu sedno problemu. Pytania o sens tego wywiadu idą ramię w ramię z tymi o lata życia w koszmarze milczenia. Jasne, że taka forma zwierzenia się ze swego dramatu jest większości ludzi niedostępna. Oburza, gdy gdzieś obok niej pojawiają się rzewne historie o braku pieniędzy na cotygodniowego wyjście na sushi, wzruszające sesje zdjęciowe z dopiero co urodzonymi dziećmi czy spekulacje o kolejnych operacjach plastycznych. Powszednieje, gdy rozstania znanych par stają się dodatkiem do porannej kawy. Siłą rzeczy i medialnego rozpędu historia Katarzyny Figury jest więc kojarzona z kolejnym aktem ekshibicjonizmu i wołaniem o zainteresowanie wielkiego świata showbiznesu. W erze podglądactwa i celebryckich wynurzeń gubimy zwyczajną ludzką wrażliwość, wszędzie doszukując się spisku i ustawki.
Tym bardziej, że aktorce udawać łatwiej. Skoro dawała radę ponad 10 lat...
Czy łzy Katarzyny Figury w przerwanym wywiadzie telewizyjnym i rozmowie z Tomaszem Lisem mogą do czegokolwiek kogokolwiek przekonać? Czy opowieści o rodzinnym koszmarze w programie aspirującym do poważnej publicystyki politycznej, mogą odciągnąć widzów od utopijnego serialu o lekarzach z wyimaginowanego szpitala? Czy w tym całym cyrku są jeszcze jacyś pozytywni bohaterowie, którzy po prostu mówią prawdę i chcą coś zmienić, nie myśląc o wizerunkowych i finansowych korzyściach?
Po erze Big Brothera stajemy się z każdą chwilą coraz bardziej czujni na wylewającą się z mediów realność. To dobrze, że nie chcemy dawać się ogłupiać. Do momentu, gdy pojawia się sytuacja, gdzie normalne nie jest kiwanie głową z niedowierzaniem i internetowy hejt.
wtorek, 25 września 2012
czwartek, 20 września 2012
Przypadkowy mąż
O, Panie, litości! Nawet moja prymitywna popkulturowość ciężko to zniosła. Są po prostu rzeczy, których robić nie należy, a zaliczyć do nich trzeba obsadzanie Umy Thurman w komedii romantycznej klasy Z. Tylko moja chora pamięć do tytułów potwierdza dzisiaj obejrzenie. Choć, w sumie, trudno od komedii romantycznej oczekiwać wbicia się na banię i krążenia w czeluściach mózgu dłużej niż do napisów końcowych.
To, że koniec może być nowym początkiem, pokazuje Kamila Łapicka. Tak, ta od Andrzeja Łapickiego. Tak, ta, co to wyrzuciła pamiątki po mężu do śmietnika, gdy łzy po pogrzebie obeschnąć jeszcze nie powinny. Ta sama, która przez ostatnie 3 lata budziła sensację swoją młodością, która dzielnie stała ramię w ramię przy podeszłym wieku najpierw swego narzeczonego, a potem - męża. Oj, zapomnieć o sobie nie daje...
... czyli książkę wydaje. Napisała znaczy się. Rozmowy z mężem. "Łapa w łapę ". Tytuł zgrabny, treści nie znam. Pobieżnie może tylko, bo czego można się dowiedzieć z dwóch wizyt w programach śniadaniowych i jednego wywiadu w tygodniku? Wszystko co prawda w tempie godnym sprintera, i to niekoniecznie takiego z Polski, bo w 4 dni, ale jednak.
Przyznaję, że gdy wczoraj zobaczyłam zapowiedź jej wizyty w TVP2, to sobie pomyślałam, że ho ho. O książce nie pomyślałam. Gdy dzisiaj zobaczyłam ją w TVN-ie, to tylko na uśmiech pod nosem się zdobyłam. Ale kiedy w ręce wpadł mi najnowszy "Newsweek" z wywiadem, to już nawet buzię otworzyłam. Może trochę z podziwu. Bo jednak jakoś się przełamała i poopowiadała. Bo jednak twardo na żadne pytania o tabloidowe doniesienia nie odpowiadała. Bo jednak tym swoim milczeniem zachęcić do kupienia i przeczytania była gotowa. Ja nie wiem, czy to taki charakter, czy taki tupet, ale Kamila Łapicka niewątpliwie żyje po życiu. Po książce może żyć nawet bardzo godnie, chociaż reklamuje ją jako skończoną kilka dni przed śmiercią męża. Nie potępiam. Na razie nie mam stanowiska. Ot, taka po prostu ciekawostka plus mały syndrom wyskakiwania z lodówki. I do tego kontynuacja na razie nieformalnej akcji "Cała Polska pisze książki".
To, że koniec może być nowym początkiem, pokazuje Kamila Łapicka. Tak, ta od Andrzeja Łapickiego. Tak, ta, co to wyrzuciła pamiątki po mężu do śmietnika, gdy łzy po pogrzebie obeschnąć jeszcze nie powinny. Ta sama, która przez ostatnie 3 lata budziła sensację swoją młodością, która dzielnie stała ramię w ramię przy podeszłym wieku najpierw swego narzeczonego, a potem - męża. Oj, zapomnieć o sobie nie daje...
... czyli książkę wydaje. Napisała znaczy się. Rozmowy z mężem. "Łapa w łapę ". Tytuł zgrabny, treści nie znam. Pobieżnie może tylko, bo czego można się dowiedzieć z dwóch wizyt w programach śniadaniowych i jednego wywiadu w tygodniku? Wszystko co prawda w tempie godnym sprintera, i to niekoniecznie takiego z Polski, bo w 4 dni, ale jednak.
Przyznaję, że gdy wczoraj zobaczyłam zapowiedź jej wizyty w TVP2, to sobie pomyślałam, że ho ho. O książce nie pomyślałam. Gdy dzisiaj zobaczyłam ją w TVN-ie, to tylko na uśmiech pod nosem się zdobyłam. Ale kiedy w ręce wpadł mi najnowszy "Newsweek" z wywiadem, to już nawet buzię otworzyłam. Może trochę z podziwu. Bo jednak jakoś się przełamała i poopowiadała. Bo jednak twardo na żadne pytania o tabloidowe doniesienia nie odpowiadała. Bo jednak tym swoim milczeniem zachęcić do kupienia i przeczytania była gotowa. Ja nie wiem, czy to taki charakter, czy taki tupet, ale Kamila Łapicka niewątpliwie żyje po życiu. Po książce może żyć nawet bardzo godnie, chociaż reklamuje ją jako skończoną kilka dni przed śmiercią męża. Nie potępiam. Na razie nie mam stanowiska. Ot, taka po prostu ciekawostka plus mały syndrom wyskakiwania z lodówki. I do tego kontynuacja na razie nieformalnej akcji "Cała Polska pisze książki".
poniedziałek, 10 września 2012
GoldenEye
Nie lubię filmów o Jamesie Bondzie i nie przypominam sobie, żebym i ten zobaczyła w całości, od deski do deski. Nie lubię filmów o Jamesie Bondzie od dawna i nie mogę przymierzyć się do zmiany tego stanu rzeczy. Nie pomogła Izabela Scorupco, której warkocz majtał się później po twarzy Michała Żebrowskiego i której były mąż jako pierwszy Polak strzelił później niż później gola na Stadionie Narodowym w Warszawie. Strzelił nogą i trafił w piłkę, co w przypadku jego profesji warto podkreślić, nawet jeśli jest dzisiaj tylko byłą profesją. Nie lubię filmów o Jamesie Bondzie i nie przekonał mnie spadochroniarski wyczyn Daniela Craiga (ostatnio podpisał umowę na jeszcze dwa Bondy) i królowej Elżbiety II (ostatnio straciła psa i odzyskała wnuka aferzystę). Ale dziwnie myślę, że GoldenEye samo w sobie bym polubiła.
Broń to śmiercionośna, a chociaż zapędy zbrodnicze tylko miewam, w jej posiadanie weszłabym chętnie. Temu i owemu przydałoby się prawdziwe widmo zagłady przed oczami. Zagłady większej niż debiutancki start w zawodach najwyższej sportowej rangi, presja kibiców, długie podróże, niedobre jedzenie i dziwnie słoneczna pogoda w Londynie. Nie chciałam jednak i nie chcę pastwić się nad tymi, którzy podczas igrzysk olimpijskich zaliczyli glebę, chociaż na różne szczyty chcieli się wdrapać i z różnych wysokości spadali. Głośniejszy od upadków był huk pękających balonów wypełnionych absurdalnymi medalowymi szansami, także tymi pewnymi, czekającymi tylko na wykucie ostatniej litery nazwiska zwycięzcy znad Wisły.
Medialno-kibicowskie przebudzenie przyszło za późno. A może przerodziło się tylko w drzemkę. Dzisiaj chyba znów jesteśmy już pogrążeni w zimowym śnie. Na krótko budzą nas z niego bohaterskie przemarsze medalistów po telewizjach śniadaniowych, talk-showach, programach rozrywkowych, wydarzeniach na poły sportowych, na poły celebryckich. Niech chodzą - proszę bardzo. W końcu sukcesy zwykle osiągnęli sami z siebie, na opak z systemem, którego de facto nie ma. W końcu medale wykuli z ciężkiej pracy, poświęcenia, łez i starań dobrych dusz, które spotkali na swojej drodze. Niech tylko zostaną sobą, bo medialne małpy tworzy się u nas z zawrotną celebrycką prędkością pytań: "Jak cię czujesz?", "Jakie to uczucie?", "Jakie to emocje?". Na rozgrzewkę. Po komendzie startera czeka już bowiem seria z ulubionym jedzeniem, dzieciństwem i łóżkiem na pierwszym planie.
Olimpijscy herosi z Londynu (bo każdy z naszych medalistów jest dla mnie rzeczywiście godny jakoś tak szczególnie i fajny tak po ludzku) zostają jeszcze na dodatek zestawieni z klęską swoich kolegów, prowizorką sportu jako dziedziny życia i instrumentu działań państwa oraz sukcesami paraolimpijczyków. Ci ostatni mogą dzisiaj krzyczeć głośniej, choćby i wykorzystując wszechwładzę politycznej poprawności i sezon na Korwin-Mikkego.
Aż firma Sportfive zainspirowana tym, że sukcesy przychodzą wtedy, gdy nikt ich nie pokazuje, poszła po rozum do głowy i chce zakląć rzeczywistość dla polskich piłkarzy. Oficjalnie poszło o cenę za prawo do pokazywania meczów reprezentacji w eliminacjach do MŚ 2014. Nieoficjalnie myślę, że mogło dojść do spisku PZPN-u z nadawcami. Grzegorz Lato ostrzegł najpewniej Włodzimierza Szaranowicza i Mariana Kmitę. Tylko narodu nie ostrzegł.
A biedny James Bond, którego filmów nie lubię, zamiast przylecieć mi tu z GoldenEye, wciąż nie może z tym swoim spadochronem wylądować. Względnie: śpiewa i tańczy z Meryl Streep do piosenek Abby. Bez broni.
PS Sportowa kartka z kalendarza. 10 września 1972 roku polska reprezentacja w piłce nożnej zdobyła złoty medal Igrzysk Olimpijskich w Monachium. Po 2 bramkach Kazimierza Deyny biało-czerwoni ograli Węgrów 2:1. Na ławce trenerskiej siedział Kazimierz Górski.
Broń to śmiercionośna, a chociaż zapędy zbrodnicze tylko miewam, w jej posiadanie weszłabym chętnie. Temu i owemu przydałoby się prawdziwe widmo zagłady przed oczami. Zagłady większej niż debiutancki start w zawodach najwyższej sportowej rangi, presja kibiców, długie podróże, niedobre jedzenie i dziwnie słoneczna pogoda w Londynie. Nie chciałam jednak i nie chcę pastwić się nad tymi, którzy podczas igrzysk olimpijskich zaliczyli glebę, chociaż na różne szczyty chcieli się wdrapać i z różnych wysokości spadali. Głośniejszy od upadków był huk pękających balonów wypełnionych absurdalnymi medalowymi szansami, także tymi pewnymi, czekającymi tylko na wykucie ostatniej litery nazwiska zwycięzcy znad Wisły.
Medialno-kibicowskie przebudzenie przyszło za późno. A może przerodziło się tylko w drzemkę. Dzisiaj chyba znów jesteśmy już pogrążeni w zimowym śnie. Na krótko budzą nas z niego bohaterskie przemarsze medalistów po telewizjach śniadaniowych, talk-showach, programach rozrywkowych, wydarzeniach na poły sportowych, na poły celebryckich. Niech chodzą - proszę bardzo. W końcu sukcesy zwykle osiągnęli sami z siebie, na opak z systemem, którego de facto nie ma. W końcu medale wykuli z ciężkiej pracy, poświęcenia, łez i starań dobrych dusz, które spotkali na swojej drodze. Niech tylko zostaną sobą, bo medialne małpy tworzy się u nas z zawrotną celebrycką prędkością pytań: "Jak cię czujesz?", "Jakie to uczucie?", "Jakie to emocje?". Na rozgrzewkę. Po komendzie startera czeka już bowiem seria z ulubionym jedzeniem, dzieciństwem i łóżkiem na pierwszym planie.
Olimpijscy herosi z Londynu (bo każdy z naszych medalistów jest dla mnie rzeczywiście godny jakoś tak szczególnie i fajny tak po ludzku) zostają jeszcze na dodatek zestawieni z klęską swoich kolegów, prowizorką sportu jako dziedziny życia i instrumentu działań państwa oraz sukcesami paraolimpijczyków. Ci ostatni mogą dzisiaj krzyczeć głośniej, choćby i wykorzystując wszechwładzę politycznej poprawności i sezon na Korwin-Mikkego.
Aż firma Sportfive zainspirowana tym, że sukcesy przychodzą wtedy, gdy nikt ich nie pokazuje, poszła po rozum do głowy i chce zakląć rzeczywistość dla polskich piłkarzy. Oficjalnie poszło o cenę za prawo do pokazywania meczów reprezentacji w eliminacjach do MŚ 2014. Nieoficjalnie myślę, że mogło dojść do spisku PZPN-u z nadawcami. Grzegorz Lato ostrzegł najpewniej Włodzimierza Szaranowicza i Mariana Kmitę. Tylko narodu nie ostrzegł.
A biedny James Bond, którego filmów nie lubię, zamiast przylecieć mi tu z GoldenEye, wciąż nie może z tym swoim spadochronem wylądować. Względnie: śpiewa i tańczy z Meryl Streep do piosenek Abby. Bez broni.
PS Sportowa kartka z kalendarza. 10 września 1972 roku polska reprezentacja w piłce nożnej zdobyła złoty medal Igrzysk Olimpijskich w Monachium. Po 2 bramkach Kazimierza Deyny biało-czerwoni ograli Węgrów 2:1. Na ławce trenerskiej siedział Kazimierz Górski.
Subskrybuj:
Posty (Atom)