poniedziałek, 10 września 2012

GoldenEye

Nie lubię filmów o Jamesie Bondzie i nie przypominam sobie, żebym i ten zobaczyła w całości, od deski do deski. Nie lubię filmów o Jamesie Bondzie od dawna i nie mogę przymierzyć się do zmiany tego stanu rzeczy. Nie pomogła Izabela Scorupco, której warkocz majtał się później po twarzy Michała Żebrowskiego i której były mąż jako pierwszy Polak strzelił później niż później gola na Stadionie Narodowym w Warszawie. Strzelił nogą i trafił w piłkę, co w przypadku jego profesji warto podkreślić, nawet jeśli jest dzisiaj tylko byłą profesją. Nie lubię filmów o Jamesie Bondzie i nie przekonał mnie spadochroniarski wyczyn Daniela Craiga (ostatnio podpisał umowę na jeszcze dwa Bondy) i królowej Elżbiety II (ostatnio straciła psa i odzyskała wnuka aferzystę). Ale dziwnie myślę, że GoldenEye samo w sobie bym polubiła.

Broń to śmiercionośna, a chociaż zapędy zbrodnicze tylko miewam, w jej posiadanie weszłabym chętnie. Temu i owemu przydałoby się prawdziwe widmo zagłady przed oczami. Zagłady większej niż debiutancki start w zawodach najwyższej sportowej rangi, presja kibiców, długie podróże, niedobre jedzenie i dziwnie słoneczna pogoda w Londynie. Nie chciałam jednak i nie chcę pastwić się nad tymi, którzy podczas igrzysk olimpijskich zaliczyli glebę, chociaż na różne szczyty chcieli się wdrapać i z różnych wysokości spadali. Głośniejszy od upadków był huk pękających balonów wypełnionych absurdalnymi medalowymi szansami, także tymi pewnymi, czekającymi tylko na wykucie ostatniej litery nazwiska zwycięzcy znad Wisły.

Medialno-kibicowskie przebudzenie przyszło za późno. A może przerodziło się tylko w drzemkę. Dzisiaj chyba znów jesteśmy już pogrążeni w zimowym śnie. Na krótko budzą nas z niego bohaterskie przemarsze medalistów po telewizjach śniadaniowych, talk-showach, programach rozrywkowych, wydarzeniach na poły sportowych, na poły celebryckich. Niech chodzą - proszę bardzo. W końcu sukcesy zwykle osiągnęli sami z siebie, na opak z systemem, którego de facto nie ma. W końcu medale wykuli z ciężkiej pracy, poświęcenia, łez i starań dobrych dusz, które spotkali na swojej drodze. Niech tylko zostaną sobą, bo medialne małpy tworzy się u nas z zawrotną celebrycką prędkością pytań: "Jak cię czujesz?", "Jakie to uczucie?", "Jakie to emocje?". Na rozgrzewkę. Po komendzie startera czeka już bowiem seria z ulubionym jedzeniem, dzieciństwem i łóżkiem na pierwszym planie.

Olimpijscy herosi z Londynu (bo każdy z naszych medalistów jest dla mnie rzeczywiście godny jakoś tak szczególnie i fajny tak po ludzku) zostają jeszcze na dodatek zestawieni z klęską swoich kolegów, prowizorką sportu jako dziedziny życia i instrumentu działań państwa oraz sukcesami paraolimpijczyków. Ci ostatni mogą dzisiaj krzyczeć głośniej, choćby i wykorzystując wszechwładzę politycznej poprawności i sezon na Korwin-Mikkego.

Aż firma Sportfive zainspirowana tym, że sukcesy przychodzą wtedy, gdy nikt ich nie pokazuje, poszła po rozum do głowy i chce zakląć rzeczywistość dla polskich piłkarzy. Oficjalnie poszło o cenę za prawo do pokazywania meczów reprezentacji w eliminacjach do MŚ 2014. Nieoficjalnie myślę, że mogło dojść do spisku PZPN-u z nadawcami. Grzegorz Lato ostrzegł najpewniej Włodzimierza Szaranowicza i Mariana Kmitę. Tylko narodu nie ostrzegł.

A biedny James Bond, którego filmów nie lubię, zamiast przylecieć mi tu z GoldenEye, wciąż nie może z tym swoim spadochronem wylądować. Względnie: śpiewa i tańczy z Meryl Streep do piosenek Abby. Bez broni.

PS Sportowa kartka z kalendarza. 10 września 1972 roku polska reprezentacja w piłce nożnej zdobyła złoty medal Igrzysk Olimpijskich w Monachium. Po 2 bramkach Kazimierza Deyny biało-czerwoni ograli Węgrów 2:1. Na ławce trenerskiej siedział Kazimierz Górski.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz