sobota, 28 stycznia 2012

Rozmowy kontrolowane

Z góry uprzedzam: nie jestem fanką filmów z PRL-owym kontekstem. Za krótko żyję i za mało uczyłam się historii. Ale nie mogę równocześnie powiedzieć, że nie lubię takiego klimatu. Po prostu patrzę (lub, jak wolą niektórzy, pacze). Bez wspomnień, których nie mam. I bez żalu, którego nie czuję, bo też czuć go nie mam prawa.

Ale mam prawo widzieć w tej szaleńczej, goniącej ACTA rzeczywistości, echa tamtych czasów. Poskładać gdzieś z okruchów własnej mizernej wiedzy i opowieści tych, którzy tamten świat przeżyli, swoje wyobrażenia. Przefiltrować przez siebie i zobaczyć, jak śmieje się historia.

A temat prozaiczny. Dla mnie jednak jakiś taki nie do pogodzenia. Bo gdy nowoczesny, współczesny sklep przypomina ten znany mi tylko z filmów i kronik filmowych PRL-u, to dzieje się według mnie źle. I jestem w tym nowoczesnym, współczesnym sklepie, i humor mój staje się kwaśny jak ocet, który łączy dwa światy i dwa czasy. Nie potrafię przyjąć, że normalnością jest obsługa sklepowa fukająca na klientów li tylko za to, że nie mają drobnych. Mająca do nich pretensje za banknot o dużym nominale. I swoją bilonową pustkę w kasie. To co, to może zostawić zakupy i wyjść? Niech sobie pani kasuje paragon i nie ma problemu? Jakby ten klient kupujący chleb za 2,19 zł miał jakąś szczególną przyjemność z utrudniania życia Wielkiej w Swej Łaskawości i Uprzejmości Pani Sklepowej. I te spojrzenia, westchnienia te - zniosłabym. Gdyby nie komentarze po wyjściu nieszczęsnego klienta. Bo jedna pani kasjerka musi drugiej pani kasjerce od razu swój żal opowiedzieć. A że ogonek ludzi czeka i tu, i tam? A kto zajmowałby się tym w ogóle? Grunt, że człowiek niepoważny za chleb płaci stówą. Profesjonalizm pierwsza klasa. Mistrzowska.

Niech będzie, że jestem inna. Że małomiasteczkowa. Że prowincjonalna. Że czepialska. A i owszem - jestem. Bo zwyczajnie nie kupuję w dobie pełnych półek i coraz bardziej pustawych kieszeni, pięknych budynków i układanych według klucza towarów, takiej nieprzystawalności obsługi. Pewnie w mojej "łupince" właściciela czy kierownika sklepu po takich zachowaniach personelu bolałyby już od słuchania uszy. Cóż, tutaj widocznie tak nie jest.

PS Aha, a ja za swoje zakupy zapłaciłam kartą. 7,19 zł. Pani nie musiała biegać za resztą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz