Nieziemska rola Danuty Szaflarskiej. Jedna, drobna, posunięta już w latach kobieta zrobiła cały film. Który wygląda zresztą prawie jak dokument czy nawet reportaż. Tylko, jak zawsze w polskim kinie, dźwięk nagrywali chyba w jakimś rowie oceanicznym. Cicho i niewyraźnie.
A tu przed świętami głośno wcale nie o świątecznych zakupach, promocjach, wędlinach bez mięsa, cukrze bez słodyczy, Mikołaju bez sań czy nawet karpiu bez wody. Gdy jedna śmierć nie zdąży jeszcze wybrzmieć marszem żałobnym, pojawia się wieść o kolejnej. W grudniu można się więc poczuć trochę jak w listopadzie. Względnie jak w kwietniu, pod warunkiem, że umrze Papież Polak lub zdarzy się katastrofa smoleńska.
Bo trup nakręca niesamowicie. Można pisać setki artykułów. Zrobić dziesiątki wywiadów. Nakręcić kilka filmów wspomnieniowych. I napisać ze dwa dobre reportaże. I w publicystycznych programach wcale już nie trzeba gadać o wystąpieniu ministra Sikorskiego w Niemczech ani unii fiskalnej, którą zgotował nam premier Tusk na szczycie w Brukseli. Nawet krzyż, co go chciał zdejmować z sali posiedzeń Sejmu prezes Palikot gdzieś się rozpłynął. I utarczki pisowsko - solidarne jakby nagle ustały. Czy to oznacza, że wszystkie te sprawy przestają być ważne? Nie. Po prostu pojawiają się nowsze i ciekawsze. A jeśli trup nie wyłazi z niewłaściwej szafy, to jest tematem wdzięcznym i dla większości wygodnym. A jak się dobrze ułoży, będzie się ścielił gęsto i różnorodnie, to środowisk można do komentowania zaangażować, że ho ho. Muzyk powspomina Cesarię Evorę, polityk poubolewa nad śmiercią Vaclava Havla, a politolo-socjolog wypowie się w sprawie Kim Dzong Ila.
Fajnie, zgrabnie i powabnie. My w Polsce tak lubimy: Wszystko nie o nas - z nami. Na zdrowie. Tak, że nikomu nawet news o trupie (co z tego, że - jakby na to nie patrzeć - obcym) ością w gardle nie stanie.
Ale jakby tak jeszcze jakaś polska ploteczka gdzieś się w tle pojawiła - mimo wszystko wyglądałoby lepiej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz