środa, 11 kwietnia 2012

Mamuśka

Zero wzniosłego kina. Chociaż może? Jak dla kogo. Macierzyństwo Susan Sarandon na pierwszym planie, w tle i nawet w szerokim uśmiechu Julii Roberts (co to podobno gorsza jest od Małgorzaty Foremniak aktorsko, ale lepsza marketingowo). Wszystko w hollywoodzkim sosie, który trąci, jak to bywa, cukierkowym smaczkiem.

Ale my gorsi od Hollywoodu nie jesteśmy wcale. Też mamy swoją mamuśkę. I to od ponad dwóch miesięcy, a sprawa jest rozwojowa. I nie, chociaż mięsożerna, to ludożercą nie jestem: nie zamierzam karmić się tragedią, która w istocie już od dawna nią nie jest. Przynajmniej nie w moim rozumieniu tragedii. Tak zwyczajnie i po ludzku gratuluję po prostu scenarzyście/scenarzystom widowiska. Sztuka to wielka tworzyć taką fabułą, mając do dyspozycji tak skromną obsadę aktorską. Wciąż ci sami bohaterowie, a tyle interesujących wątków. Zwroty akcji. Emocje. Ach... Naprawdę lepsza to historia niż te odgrzewane smoleńskie kotlety. Nie mam tu na myśli ofiar katastrofy ani ich rodzin. Obrazić nikogo nie chcę. Szydzić wcale nie mam ochoty. Trwający od prawie dwóch lat spektakl raczej polityczny niż ogólnoludzki odbieram po prostu jako nieudolny. W zestawieniu ze sprawą z Sosnowca wygląda zaś już szczególnie żałośnie. Bo wciąż te same wątki, które nie nużą chyba wyłącznie głównych aktorów przedstawienia. Do znudzenia powtarzających swoje kwestie. Grających jedną, wcale nieoscarową miną, źle napisane role.

Dumni więc być chyba powinniśmy ze scenariusza rodzinnej tragedii, której nie łyknęłaby antyczna zasada decorum, ale którą połykamy my. Chociaż łykowata. Dumni, dumni. Bo do tego wszystkiego to nie jest żaden zagraniczny format (przynajmniej nic mi na ten temat nie wiadomo), przerobiony mniej lub bardziej zręcznie. Ale nasza, polska, rodzima produkcja! Szkoda tylko, że na razie Galla Anonima. Bo jakby autor się ujawnił, to mógłby pisać więcej. Tak, żeby uchronić polski przemysł filmowy przed kolejną skacowaną Warszawą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz