Często mówisz: "Kocham Cię nad życie", "Lubię to robić nad życie"... A można też po prostu nad życie żyć. Wiem, że to takie wzniosłe, górnolotne, ociekające patosem. A ja łapię się raz za razem na tym, jak mi to coraz bardziej wadzi. Dlatego tak trudno mi jakoś się odnieść do filmu o Agacie Mróz-Olszewskiej, siatkarce, która najpierw chciała urodzić dziecko, a dopiero potem poddała się przeszczepowi szpiku kostnego. Która nie umarła jednak wcale na białaczkę, a na sepsę. Której mąż nie chciał przyjąć przyznanego jej pośmiertnie Krzyża Kawalerskiego Orderu Odrodzenia Polski.
Filmu jeszcze nie widziałam. Znam go tylko z zapowiedzi i komentarzy. I nie wiem, co z tym fantem zrobić. Bo nawet unikając taniego sentymentalizmu, może właśnie go potęgować. Tworzyć mit heroiny, a nie kobiety, która walczyła na siatkarskim boisku i wysoko wystawiała ręce także ponad prywatną siatkę choroby. Czy trzeba wystawiać ludziom pomniki za miłość, spłycając ją przy tym już na samym starcie?
Z podobnie mieszanymi uczuciami, wklejam to:
Teksty moje, ale zabić nie powinny nikogo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz