Dokładnie 10 lat temu pojawił się na horyzoncie polskiej kinematografii. Skradł serca, umysły i języki. Wszystko uczynił mojszym lub nawet najmojszym. Z gówna (psiego) ukręcił bicz. I to niejeden. Długo urok ten docierał do mnie w odcinkach, częściowo. Aż wreszcie gruchnął całą swoją świrowatością. W każdej kropelce. Starannie odliczonej i rytualnej. Klasyk. Miauczyńskiego, Koterskiego, Kondrata.
I na ojców sukcesu czekam jutro. Wraz z Polską. Może nie całą, ale dużą jej częścią. W wigilię. Święto takie rodzinne, a wcale nie bożonarodzeniowe. Choć na bogów czas rzeczywiście przyjdzie jutro. Serce zabije za 24 godziny mocniej. Huknie "Mazurkiem Dąbrowskiego", który może nawet zafałszuję.
Cieszę się! Jakże ja się cieszę! A Euromalkontenci są dla mnie sprytną zagrywką sił politycznych lub ogólnoludzkich, które gotowe są zrobić wiele, byle wyszło na ich. To zacieranie rąk, czekanie na błąd, palenie się w blokach do krytyki jest przykre dla milionów Polaków. Zwłaszcza dla tych 23 facetów, którzy bywają wszakże biegaczo-kopaczami, ale mogą się stać ikonami polskiego sportu. A my wszyscy (z wyjątkami tylko na życzenie), szarzy i zwykli, z Adasiową najniższą krajową dotkniemy wtedy bram społecznego eldorado.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz