Wiem, że to takie banalne, takie przyziemne, takie boleśnie mainstreamowe. Dotyczy to tak samego filmu, jak i mojego wyboru. Przepraszam więc, że losy Santiago Muneza pasują mi do atmosfery Euro, w której rodzą się herosi i zmartwychwstają bogowie.
Wszystko to w klimacie dwóch goli Andrija Szewczenki. Takich iście filmowych. Bo takie rzeczy się nie zdarzają w wypełnionym brutalną codziennością życiu. Żeby po kontuzji, u schyłku kariery, w swoim kraju i w mieście, które dało tyle wzruszeń, zbliżać rodaków do piłkarskiego raju. Niby takie nic. Taka tam piłka nożna. Ale serce mi wariuje, a oczy się pocą na myśl, jak cieszą się teraz ludzie w Kijowie i na całej Ukrainie. I jakkolwiek okrutnie to nie zabrzmi, raczej w radości tej nie będzie myśli o zachodnim bojkocie Euro, łamaniu praw człowieka i więzionej Julii Tymoszenko. Sukces spycha na drugi plan problemy, formatuje świadomość. Nawet, jeśli dotyczy sprawy tak prymitywnej, jak kopanie piłki.
Dzisiaj zazdroszczę Ukraińcom tego prymitywizmu. Tego, że mogą się z niego tak głęboko, prawdziwie, po ludzku ucieszyć. Że mają pełne prawo zwariować zamiast robienia dobrej miny do złej gry.
I wielki jest Szewa! Polska łza się aż w oku zakręciła... Król nie umarł. I nagi też wcale nie jest.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz