Film, który powinien skończyć się kilka razy. Jakby ktoś na siłę upchnął w nim wszystkie pomysły zakończenia, które przyszły do głowy, chcąc przy tym zrekompensować momentami naprawdę męczące dłużyzny. Dobry pomysł, dla mnie nie do końca dobrze zrealizowany. Bo wybrakowany niedoróbkami fabularnymi i nieprzemyślanymi ostatnimi kilkunastoma minutami. Opowieść o polskim Robin Hoodzie z niemieckiego pogranicza trochę śmieszy głupkowatymi dialogami i trochę drażni niepotrzebnym, filmowym wydumaniem. Mogło być bardzo dobrze, a wyszło średniawo. Film zajumała groteska.
Ostatnio zaobserwować da się sytuację dość podobną. Chwilowi bohaterowie prześwietlani z każdej strony biją po oczach z okładek i czołówek. I wcale nie mam tu na myśli niejakiego Psy, który szerzy tajemnicze ujeżdżanie rodem z Korei Południowej.
Był więc bohater negatywny - czarny charakter spod znaku dwóch kółek. Postać władająca wyobraźnią i sercami. Bo tak dobrze było wierzyć, że Lance Armstrong wyrwał się szponom śmiertelnej choroby, po czym siłą woli i katorżniczego treningu wszedł na sam szczyt światowego sportu. On prześcignął historię, teraz dogoniła go sprawiedliwość. Wrzutki z opasłego raportu Amerykańskiej Agencji Antydopingowej zapełniały Armstrongiem informacje sportowe tak jak wtedy, gdy z dziecinną łatwością wyprzedzał rywali na górskich etapach Tour de France.
Ramię w ramię szedł z Lancem bohater pozytywny. Nieustraszony śmiałek udowadniający, że Red Bull rzeczywiście dodaje skrzydeł. Felix Baugmartner skoczył ze stratosfery, pobił kilka rekordów czysto technicznych i wiele medialnych. Do dzisiaj zachodzę w głowę, jak udało się TVN-owi wygenerować tak duże zainteresowanie wydarzeniem, które pozostaje dla mnie eleganckim opakowaniem lokowanego produktu. Nie chcę być cyniczna, ale pompowanie takiego faktu jak wyczyn Felixa zakrawa wręcz o rzeczywistość sztucznie stworzoną. Choć pewnie to ja się nie znam.
Po chwilowym odpoczynku na niebie zalśnili bohaterowie kolejni. Jeden bezosobowy trotylem zwany i drugi pieszczotliwie ochrzczony Jerzykiem. Co ciekawe, sukces naszego tenisisty przyblakł w sposób naturalny, ale kolejna odsłona smoleńskiego serialu dopiero nabiera rozpędu. Show Rzepie w pierwotnym stadium sprawy ukradł trochę wspomniany Janowicz, który z dnia na dzień poznał słodko-gorzki smak American Dream. Syndrom wyskakiwania z lodówki osiągnął szczyty, a komentujący wyczyny Jerzyka Andrea Anastasi, siatkarski trener znany z zamiłowania do tenisa, przelał czarę goryczy. Choć pomysł, trzeba przyznać, oryginalny po ustawicznej medialnej wędrówce Janowiczów i Wojciecha Fibaka.
Ostatnio na tapecie pojawił się Barack Obama, który do spółki z Mittem Romneyem zajumał czas duetowi Lewandowski & Piszczek. A to oni przecież mogą być naprawdę galaktyczni. Mogą i powinni. Czekam wprost na zmiany w ustawie o radiofonii i telewizji, wymieniające wśród ważnych wydarzeń sportowych mecze Borussii Dortmund w każdym możliwym rodzaju rozgrywek.
Opadłam na krzesło jednak dzisiaj, gdy obok wypowiedzi profesora Zbigniewa Brzezińskiego na temat Smoleńska zobaczyłam materiał prezentujący jego sylwetkę. Moje poczucie skretynienia zaczyna zbliżać się tym samym do stanów mocno wysokich. Za dużo siedzenia na tvn24.pl. Dochodzę do przekonania, że chyba w tym całym medialnym kotle najlepiej czerpać wiedzę z pudelka. Tam to są przynajmniej streszczenia tekstów z różnych źródeł pochodzące, więc orientację można sobie wyrobić dobrą, a przy tym zidiocieć wcale nie trzeba.
Przegląd bohaterów przypadkowy i subiektywny. Korzyści finansowych z reklamy pudelka nie czerpię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz