poniedziałek, 4 marca 2013

Życie jest piękne

Cudowny w każdym celu Roberto Benigni. Czarujący włoskim temperamentem (którego fanką na co dzień nie jestem) w najlepszym wydaniu i w każdej sytuacji. Rezygnujący z mitu wojennego męczeństwa spod znaku zbolałej miny i patosu. Stworzył film poruszający, chociaż dla części Polaków trudny do przyjęcia, może nawet nieco uwłaczający podręcznikom do historii, które znamy. Mimo tych rys, ja uważam go za... zwyczajnie piękny.

Ot, taki pretekst dla klimatu, który powstał po Mistrzostwach Świata w Narciarstwie Klasycznym w Val Di Fiemme. Nie mogłam uwierzyć, że życie może być takie. Że takie rzeczy mają szansę się zdarzać. Że można w ogóle śmieć o nich myśleć. Czwartkowy konkurs skoków oglądałam z sentymentu i dla sprawdzenia możliwości mojego świeżo naprawionego komputera (przetrzymał!). Bez przesadnej spiny i nadziei na sukces. Uważałam, że Predazzo 10 lat temu przyniosło już polskiemu sportowi chwile tak magiczne, że na więcej liczyć po prostu nie wypadało. A jednak. Znów serce stawało w gardle, a oczy na koniec zaczęły się dziwnie pocić. Kamil Stoch został mistrzem świata i z miejsca okrzyknięto go bohaterem narodowym, co jest w Polsce typowe, gdy któryś z naszych sportowców osiąga sukces tego kalibru. Sama radość zaś, jak zwykle, przerodziła się w dziesiątki wywiadów i setki spekulacji. Bo Stoch wygrał w najpiękniejszy możliwy sposób i w najgorszych okolicznościach, jakie tylko jestem sobie w stanie wyobrazić.

Po pierwsze, Kamil został mistrzem świata na skoczni, na której dekadę temu triumfował Adam Małysz, co samo w sobie jest wystarczająco przytłaczające. Po drugie jednak, wygrał dokładnie w 10. rocznicę zwycięstwa Adama na normalnej skoczni w Predazzo, co oznaczało wówczas skompletowanie fenomenalnego dubletu. Po trzecie, Stoch wygrał po tym, jak we Włoszech pojawił się Małysz. Po czwarte, wygrał 5 dni po tym, jak stracił szansę na medal na normalnej skoczni po nieudanym skoku w drugiej serii. I tak, z 2. miejsca spadł na 8., prowokując gorącą dyskusję o słabej głowie, nieumiejętności radzenia sobie z presją i stracie wielkiej, życiowej szansy. Po piąte, wygrał, gdy na mistrzostwach wiodło się całej polskiej reprezentacji słabo. Przyzwyczajeni do medali, rozpieszczeni zimowymi sukcesami, czekaliśmy na worek krążków, a nadzieje rozwiewały się wraz z kolejnymi startami Justyny Kowalczyk i niepowodzeniem Stocha właśnie. Po szóste, Kamil wygrał na rok przed igrzyskami olimpijskimi, co z miejsca rodzi wiadome oczekiwania. Po siódme, wygrał w sezonie, który zaczął się dla wszystkich polskich skoczków totalną klapą, a on sam nie zwyciężył wcześniej w żadnym konkursie. Po ósme, do mistrzostwa dochodził powoli, do czołówki wspinał się krok po kroku, ciężką pracą, uporem i wyrzeczeniami. W jego karierze nie było szarży na miarę tej Małyszowej z przełomu wieków. Było za to stopniowe zdobywanie terenu. Po dziewiąte, wygrał, zmagając się tak właściwie od początku pojawienia się w kadrze z ikoną Orła z Wisły. Tłumaczył, że nie będzie i nie chce być drugim Małyszem. Teraz mówi, że takie porównania to dla niego komplement.

Myślę, że scenariusz filmowy nie zniósłby podobnego natłoku historii bez szkody dla ostatecznego kształtu dzieła. Ale ja, mimo obaw, które przynosi, nie potrafię nie uwielbiać tej cudownej opowieści, bo przywraca mi wiarę w to, że niemożliwe nie istnieje. Na taki finał czekałam bowiem i w Turynie, i w Vancouver, i w Oslo, gdy może trochę wbrew zdrowemu rozsądkowi nieśmiało czekałam na zwycięstwa Małysza. Nie udało się ani razu. Myślałam, że w skokach nie uda się długo. Bo, przyznam szczerze, Stocha nie potrafiłam uważać za zawodnika wielkiego kalibru, takiego na miarę "dawnych" lub "nowych" mistrzów, których popisy mogłam i mogę podziwiać (Małysz, Ahonen, Schmitt, Hannawald, Ammann, Morgenstern, Schlierenzauer...). Zaliczyłam go do kategorii, której idealnym przedstawicielem jest dla mnie Anders Bardal, czyli grupy skoczków dobrych, będących w stanie wygrywać pojedyncze konkursy, ale jednak nie te najważniejsze w sezonie, prawdziwy błysk prezentujących tylko okazyjnie i to i tak nie na miarę wielkich mistrzów.

Tak, dostałam potężnego prztyczka w nos, bo i Stoch, i Bardal zostali we Włoszech mistrzami świata :). Ogarnięta początkiem mojej przygody ze skokami, chyba zapominam, że tak, jak w czasach Małysza się już dzisiaj po prostu nie skacze, bo zwyczajnie się nie da. Muszę przywyknąć. Cholera, w blasku złota Kamila i brązu całej drużyny będzie to naprawdę przyjemne przyzwyczajanie się.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz