Jakoś się tak złożyło, że wczoraj oglądałam. Krótkie "klik" i poooszło. Nie powiem, że mnie porwało, olśniło czy zachwyciło. Może też wcale nie o to chodziło? Tyle, że to, co gdzieś tam intuicyjnie zdaję się w tym filmie widzieć, ginęło w morzu przejść i zajść, tworząc gmatwaninę i burząc uwagę. Ze wstydu nie wspomnę, jak mi się trochę przymykało oko.
Oby nikomu się nie przymykało w ocenie wczorajszych wydarzeń w Warszawie. Choć tu już się wcześniej komuś wcale nie otworzyło. Muszę przyznać, że średnio mnie obchodzi, kto zaczął, a kto spuentował. Zrzucanie winy i wybielanie obu stron jest co prawda dość zrozumiałe, ale niczego nie załatwia. Tak samo, jak ukaranie winnych i zaostrzanie prawa. Mam nieodparte wrażenie, że furtki, bramki i chętni do ich przekraczania teraz się już po prostu znajdować będą. To smutne i przykre. Nawet żałosne.
Wczorajsze wydarzenia świetnie podsumowują zresztą polską gównarzerię ostatnich tygodni. Gdyby jednak okazało się, że, tak jak na podwórku, po tym mordobiciu przyjdzie moment opamiętania, podanie rąk i oczyszczenie atmosfery, można by chociaż powiedzieć, że było warto. A tak, konflikt został podsycony, podziały pogłębione, a ważne dla Polski tematy zagłuszone hukiem petard, rykiem policyjnych syren i głosami polityków. Jak przystało, ku chwale ojczyzny. Mojszej, nie twojszej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz